WAŻNE
Dyrektor z Zamościa w Radzie PISF (Listopad 22, 2017 4:50 pm)
Pirat śródlądowy: Targowisko próżności (Listopad 21, 2017 11:08 am)
70 urodzinowych tomów (Listopad 21, 2017 11:05 am)
Wilgoć w aucie – jak się jej pozbyć (Listopad 16, 2017 3:56 pm)

Będzie tu dziać się współczesność

22 sierpnia 2017
223 Wyświetleń

 

Pomiędzy pniami wiekowych klonów, które są resztką alei prowadzącej niegdyś do dworu, rozpięte są czerwone hamaki. Oprócz tych drzew i ruin budynku gospodarczego z XVI wieku, na powierzchni ziemi nie ma nic pamiętającego czasy dawnej świetności dworu w Bronicach pod Nałęczowem. Wątpliwie uroczym sąsiedztwem jest żółty budynek dawnego punktu skupu mleka.

Siedząc na metalowym, skromnym krzesełku pod kamiennymi kroksztynami wspierającymi balkon, patrzyłam na równe rzędy dyń, biegnące aż po odległe zarośla. Zza rogu dworu wyszedł turysta z aparatem. Mierzyliśmy się kilka sekund wzrokiem. Może to ktoś z właścicieli? W końcu to on zapytał: „Przepraszam, co jest w środku?”.

Na pozór proste pytanie zupełnie mnie przerosło. W środku bowiem jest na przykład ogromna jadalnia, na jej ścianach wiszą reprodukcje szkiców do scenografii sztuk Wyspiańskiego, a długi stół ugina się pod misami truskawek. Na piętrze jest sala balowa z fortepianem i trzema portfenetrami przysłoniętymi kremowymi kotarami. W ogromnych pokojach, każdy wielkości co najmniej blokowej kawalerki, nastroju miejsca pilnują przedwojenne skrzynie, stoliki brydżowe, biblioteczki, ale rządzą pustka i asceza. Ściany pomieszczenia w przyziemiu, zwanego żartobliwie prezbiterium z uwagi na łukowate renesansowe sklepienie, z trudem opierają się gryzącej je wilgoci. W usytuowanej obok jadalni słychać stłumione odgłosy rozmowy kilkorga starszych osób siedzących w wygodnych fotelach. Na polu rytmicznie powarkuje traktor. Dom? Teatr? Pensjonat? Ale tego nie da się tak łatwo opowiedzieć zbłąkanemu turyście. Skłamałam, że nie wiem, czekam na właścicieli.

Karol Wołk-Łaniewski kupił położony pomiędzy Nałęczowem a Markuszowem majątek w Bronicach w 1852 roku. Było to nowoczesne, dobrze prosperujące gospodarstwo rolne oraz pałac w stylu klasycystycznym wybudowany przez Józefa Dembowskiego dla syna Leona, a zaprojektowany przez znanego na Lubelszczyźnie warszawskiego architekta Chrystiana Piotra Aignera. Pewnie dlatego budowla w niektórych detalach przypominała pałac Czartoryskich w Puławach. Obok pałacu znajdował się szereg zabudowań gospodarczych, stawy z nieodłączną w tamtych czasach wysepką miłości, piętnaście hektarów angielskiego parku i słynna na całą okolicę piwoniowa aleja. Trzy pokolenia Wołk-Łaniewskich cieszyły się życiem w bronickiej arkadii aż do reformy rolnej w 1944 roku.

Sztuka przez duże S

Skromne plakaty rozwieszone w Nałęczowie informowały, że dnia 10 czerwca we dworze w Bronicach odbędzie się czytanie performatywne sztuki Pawła Huellego „Zamknęły się oczy ziemi” oraz spotkanie z autorem. Było to intrygujące – dwór, gdański autor, lubelska prowincja. Paweł Huelle to znany prozaik, autor między innymi kultowej powieści „Weiser Dawidek” czy uroczej opowiastki „Mercedes Benz. Z listów do Hrabala”, w której dialoguje z wątkami i stylem twórczości Bogumiła Hrabala, z wirtuozerią czując granicę, do której jest to hołdowanie, a poza którą byłoby to żerowanie na stylu czeskiego pisarza. W jego powieściach głównym bohaterem czy osią, wokół której kręci się kosmos zdarzeń, jest miejsce. Najczęściej, jakżeby inaczej – Gdańsk. Ale w sztuce „Zamknęły się oczy ziemi”, która powstała na zamówienie Teatru im. Juliusza Osterwy w Lublinie, sztuce z lubelskim rodowodem, tym szczególnym miejscem staje się willa w Kazimierzu Dolnym. Autentyczna willa, którą do dziś zobaczyć można na brzegu Wisły. W latach przedwojennych należała do rodziny Łopuskich, a właścicielka willi Helena Łopuska prowadziła tu niezwykle ciekawy artystyczny dom. Częstymi gośćmi byli malarz Jan Wydra i poeta Józef Czechowicz. Łączyła ich sztuka, ale również zamiłowanie do spirytyzmu, przeżyć metafizycznych. Dom ten był więc tym bardziej pociągający, że Helena, przekonana teozofka, znająca swoje poprzednie wcielenia, była osobą widzącą przyszłość. Latem 1920 roku podobno odwiedził ją Józef Piłsudski, czekający na odpowiedni czas rozpoczęcia operacji przeciwko bolszewikom. Helena przepowiedziała mu wiktorię. O swojej willi mówiła, że będzie ona w kolejnych dekadach podupadać, aż będzie tu bardzo, bardzo źle… Po wojnie Łopuska przekazała willę zakonowi betanek. Paweł Huelle pisze dramat, którego część dzieje się w międzywojniu, a część to mocno osadzona w rzeczywistości historia nieszczęsnych kazimierskich zakonnic. Oba wątki łączy miejsce – Willa Łopuszanka i jej niezwykły genius loci. W sztuce pojawia się też wątek wizyty Marszałka.

Pani dziedziczka sama weszła

Pani Agnieszka Koecher-Hensel, jedna z obecnych właścicielek dworu w Bronicach, opowiada, że rodzina starała się o odzyskanie majątku od początku lat dziewięćdziesiątych. Podstawą roszczeń rodziny było to, że majątek odebrano im niezgodnie z przepisami ustawy o reformie rolnej.

Nie staraliśmy się o odzyskanie całości majątku. To są bardzo dobre ziemie, przekazane zresztą już dawno prywatnym rolnikom. Mieliśmy ją chłopom odbierać? Dziadek przewróciłby się w grobie!

Dziadek, czyli Antoni Wołk-Łaniewski, ostatni dziedzic majątku, w skład którego wchodziły Bronice, Drzewce i Łopatki, był postępowym, gruntownie wykształconym właścicielem ziemskim. W Bronicach ufundował szkołę, dbał o zapewnienie opieki medycznej, traktował swoich „dworskich” z odpowiedzialnością i szacunkiem. Stąd bardzo dobre relacje, które trwały także po wojnie, choć zniknął dawny świat i zależność jednych ludzi od drugich.

Dziadek z babcią nigdy tu nie wrócili, natomiast mama za nic miała sobie zakaz zbliżania się do byłego majątku i wpadała tu dość często. Któregoś lata przyjechała tu z moimi synami. Pan Michalewski, mieszkaniec Bronic, zorganizował dla nich przejażdżkę konno wierzchem. Potem wzruszony opowiadał, że pani dziedziczka sama weszła na konia, nikt jej nie podnosił. A miała wtedy ponad osiemdziesiąt lat. Bardzo kochała konie, właściwie wychowała się w stajni – opowiada pani Agnieszka. – Dziadek hodował konie czystej krwi arabskiej. Tak wyrażał się jego patriotyzm – żeby pokazać, że jesteśmy dobrzy, że potrafimy. Nasze konie, nasze krowy miały być najlepsze, zdobywały nagrody na krajowych i zagranicznych wystawach zwierząt.

Po wojnie 15 hektarów parku poszło pod topór. Dwór niszczał. Ceglane budynki gospodarcze znikały w oczach, by odradzać się w postaci kurników w okolicznych gospodarstwach. Nowych właścicieli znalazło także wyposażenie oraz kaflowe piece. Ruina dworu na początku lat siedemdziesiątych została wpisana na listę zabytków i przekazana Wojewódzkiej Bibliotece Publicznej im. Hieronima Łopacińskiego w Lublinie z przeznaczeniem na magazyny książek. Budynek dzięki temu ocalał, ale przez dziesięciolecia pozostawał zamknięty i niedostępny dla lokalnej społeczności. Ostatecznie, w grudniu 2014 roku, dwór z częścią gruntów wrócił do spadkobierców.

Emeryci na włościach

Odetchnęliśmy z ulgą, ale jednocześnie wiedzieliśmy, że teraz zaczną się kłopoty. Bo dom jest zabytkiem, wszystkie remonty trzeba robić zgodnie ze sztuką konserwatorską. A to są rzeczy kosztowne, a my wszyscy jesteśmy emerytami sfery budżetowej! – pani Agnieszka robi przerwę, zapalając kolejnego papierosa. – Współwłaścicielami dworu jest obecnie siedmioro wnucząt Antoniego Wołk-Łaniewskiego. Staramy się, żeby to miejsce ożyło jako dom rodzinny i dom artystów. Takie były tradycje rodzinne i nadal część naszej rodziny ma skłonności artystyczne. Nawet jeśli nie uprawiamy sztuki, to zajmujemy się nią od strony krytycznej czy naukowej. Np. najstarszy spośród nas, Krzysztof Żaboklicki, to profesor italianista, były dyrektor Stacji Naukowej Polskiej Akademii Nauk w Rzymie, tłumacz i literaturoznawca. Kacper Miklaszewski zajmował się badaniem psychologicznych podstaw uczenia się w dziedzinie muzyki, obecnie jest krytykiem i dziennikarzem muzycznym, prowadzi audycje w II Programie Polskiego Radia. Moja siostra Ewa jest indologiem, całe życie pracowała jako redaktor w Ossolineum. Nasza mama była wybitnym tłumaczem i znawcą literatury tureckiej. Ja poszłam w zainteresowania taty, Jana Koechera, który był aktorem i reżyserem i jestem historykiem teatru. Pracuję w Instytucie Sztuki PAN w redakcji „Pamiętnika Teatralnego” i wykładam historię scenografii na Wydziale Scenografii ASP w Warszawie. I stąd te nasze szaleństwa teatralne tu, w Bronicach!

Babcia spirytystka

Sztuka „Zamknęły się oczy ziemi” pokazywana była na Warszawskich Spotkaniach Teatralnych w 2011 roku

Ja w tych spotkaniach wyjątkowo nie uczestniczyłam – wspomina pani Agnieszka. – Natomiast moja siostra, która do teatru nie chodzi, za to dużo czyta, w tym recenzje, przeczytała w „Gazecie Wyborczej” o tym, że pierwowzorem bohaterki w nowej sztuce Huellego jest Helena Łopuska z Kazimierza. A Helena Łopuska jest naszą prababcią! Dokładnie rzecz ujmując, była drugą żoną mojego pradziadka, Jana Łopuskiego, macochą naszej babci.

Kiedy Agnieszka Koecher-Hensel zapoznała się z treścią sztuki, chciała dowiedzieć się, czy autor dotarł może do dokumentów potwierdzających rzekomy kontakt Heleny Łopuskiej z Piłsudskim.

W domu było mnóstwo opowieści o jej zdolnościach, o osobach, z którymi się przyjaźniła, ale o Piłsudskim się nie mówiło. Wydaje się to jednak bardzo prawdopodobne, bo wiem o tym z innych źródeł, że latem 1920 roku Marszałek był z rodziną na Lubelszczyźnie, w Nałęczowie i odwiedzał wówczas wróżkę.

Z autorem „Zamknęły się oczy ziemi” skontaktowała się poprzez łańcuszek znajomych. Wątek wróżenia Marszałkowi przez Łopuską okazał się niemal pewny, choć od niemal pewny do licentia poetica droga krótka. Wtedy pojawił się pomysł, by wystawić sztukę w Bronicach, w formie czytania performatywnego. Do współpracy, tak jak w przypadku wcześniejszych działań teatralnych w Bronicach, zaprosiła Karolinę Kirsz, młodą reżyserkę współpracującą z wieloma warszawskimi teatrami, Pawła Pasztę, reżysera, który niedawno został dyrektorem artystycznym Teatru w Toruniu, a tym razem wystąpił jako aktor.

Dobór obsady był oczywiście w rękach Karoliny. Wybierała aktorów, których znała, o których wiedziała, że praca z nimi będzie przyjemnością, że będzie wzajemną inspiracją, wymianą doświadczeń. W Bronicach pojawiła się więc Jola Olszewska, Andrzej Blumenfeld, Hania Klepacka, szalona śpiewająco-grająca, i inni młodzi, co to życie przed nimi.

We dworze

Długo czekaliśmy na przybycie ostatnich gości, bo pociąg z Warszawy spóźnił się. Od razu na myśl przyszło, że z dworu posłano na stację konie, ale pewnie goście dotarli na miejsce raczej taksówką. A pociągi lada dzień przestaną kursować, bo linia Warszawa – Lublin przez dwa lata będzie remontowana. Paweł Huelle w czarnym garniturze i słomkowym kapeluszu bawił rozmową damę w okazałej kolii, siedząc na tych samych skromnych krzesełkach, na których ja dziś próbuję wydukać z siebie odpowiedź na pytanie, co jest w środku. Krążąc wśród gości czekających na seans, usłyszałam teatralną anegdotkę Autora, że najlepiej siadać na widowni w ostatnim rzędzie po prawej stronie. Kiedy dano hasło do zajęcia miejsc, spragniona kontaktu z aktorami publika zajęła miejsca przy zaimprowizowanej scenie, a mnie zostały te w ostatnim rzędzie. Skoro Autor usiadł obok, zapytałam o wyjaśnienie waloru właśnie tego miejsca.

Bo można łatwo i niepostrzeżenie wyjść, proszę Pani, tak mnie nauczono w teatrze – odpowiedział. Dodał też już całkiem na poważnie, że mimo poważnych kłopotów osobistych, nie mogło go tu dziś nie być, bo sytuacja jest wyjątkowa… I oczywiście nie ulotnił się po angielsku, tylko z zainteresowaniem przypatrywał się, jak jego dramat wygląda w bronickiej adaptacji, w domu, w którym bywała jego bohaterka.

Tymczasem dom tętni nowym życiem. Już w najbliższych miesiącach będzie tu realizowany projekt „Teatr Pamięci”, poważne przedsięwzięcie z udziałem środków unijnych. Znowu pojawią się tu reżyserzy, animatorzy kultury, znowu trudno będzie odróżnić rzeczywistość od artystycznej projekcji. Projekt adresowany jest do lokalnej młodzieży, która pod okiem instruktorów będzie zbierać historię mówioną, a na kanwach zarejestrowanych wspomnień budować spektakle, instalacje, ćwiczyć pracę z emocjami, wcielać się w role różnych postaci. W przestrzeni dworu ożyje historia, przywołani zostaną ludzie, którzy ją tworzyli, ale co najważniejsze – będzie tu dziać się współczesność.   

 

Tekst Iza Wołoszyńska

Foto Marek Podsiadło

Zostaw komentarz