WAŻNE
Co ze smogiem w Lublinie? (Styczeń 18, 2018 1:26 pm)
Podsumowanie roku w Muzeum Lubelskim (Styczeń 17, 2018 9:26 am)
Nagroda dla stowarzyszenia ze Świdnika (Styczeń 16, 2018 3:48 pm)
Premiera filmu o Leśmianie (Styczeń 15, 2018 10:15 am)

Czy wypada zaprosić Niemca na Wigilię?

27 grudnia 2017
35 Wyświetleń

Nie oszukujmy się. Jest z tym pewien emocjonalny problem. Zresztą mamy powody, najpierw te śmiertelnie poważne, w drugiej kolejności równie mocno oddziałujące, kulturowe. Większość pokolenia średniolatków wychowała się przecież na kapitanie Klosie i Czterech Pancernych, a to choćbyśmy nie wiem jak się starali, w głowie pozostaje. Możemy się zapierać, że Unia, że nowa rzeczywistość, świat bez granic, a Niemcy to już tak naprawdę ich zamerykanizowana liberalna wersja. A jednak. Jeśli dokonamy eksperymentu myślowego i wyobrazimy sobie, że syn przyprowadza na Wigilię Helgę spod Dortmundu, a córka Heinricha z Hamburga, to będzie jednak inaczej niż gdyby przyprowadzili Francescę z Florencji albo Jacquesa z Lyonu. Oczywiście to nie znaczy, że wyrzucimy Helgę i Heinricha na mróz, poczęstujemy ogonem od karpia, a zamiast kolęd zaczniemy rytmicznie nucić wojskowe marsze. Niemniej jednak, będzie inaczej. Specyficzny jest ten nasz stosunek do Niemiec i tego, co niemieckie. Ich samochody uważamy za wzór solidności (nawet gdy okazuje się, że latami oszukują), kibicujemy niemieckim drużynom, spodnie piorą nam niemieckie pralki, do których wsypujemy niemiecki proszek (koniecznie oryginalnie niemiecki!). Większość czytanych przez nas gazet wydają Niemcy, a po świeże bułki chodzimy do niemieckiego sklepu. Jako wolne państwo, nigdy nie mieliśmy bliższych relacji niż obecnie. A jednak wciąż potrzeba czasu, by Helmut mógł swobodnie się rozsiąść w naszym fotelu i zapytać: Darf ich dich Papa nennen?*

Podobna ewolucja – rewolucja zachodzi w naszym postrzeganiu niemieckiego wina. Jeszcze jakiś czas temu wszystkim na krańcach mózgu majaczyło coś o Rieslingu i Mozeli, zwłaszcza tym, którzy jeździli do winnic jako gastarbeiterzy. Coś tam się również z niemieckich win pijało, zwłaszcza Liebfraumilcha, czyli półsłodkie niedrogie proste jak drut przemysłowe cóś, w wolnym tłumaczeniu nazwane mlekiem Matki Boskiej. Nic to jednak w porównaniu z faktem, że obecnie w wielu sklepach z winami w Polsce niemieckie etykiety królują wśród win białych. Sklepy z winem to oczywiście nisza, ilościowo najwięcej wina sprzedaje się w supermarketach, a jednak zmiana jest zastanawiająca i warto poznać jej powody.

Po pierwsze, a to rzadkie, spotkał się tu gust sommelierów, sprzedawców, znawców i innych winiarskich uczonych w piśmie z gustem tak zwanego zwykłego konsumenta. Białe Niemcy łączą lekkość z głębią. Czyli nie nużą, nie męczą, nie przytłaczają, nie podcinają skrzydeł po jednym kieliszku, świetnie się je pije, niemal jak mineralną. Z drugiej strony mają swoją intensywność, głębię, charakter, długość, grają w ustach na wielu strunach, ani za cicho, ani za głośno, w punkt. Cały ten panegiryk to oczywiście obrzydliwa generalizacja, jedno jest wszelako pewne – ten kierunek, mniej więcej (a trzeba przyznać, że coraz częściej więcej, bo piękni trzydziestoletni, wchodzący obecnie na winiarską scenę, robią istne cuda na kiju).

 

Po drugie, białe Niemcy są bardzo różnorodne. Niby ten sam Riesling, kosmicznie inaczej wypada znad Mozeli, Rheingau i Palatynatu. Mozelski jest wzorem elegancji, ten z Rheingau krystalicznej mocy, z Palatynatu ciepła i przyjaznej miękkiej owocowości. A teraz proszę sobie ten obrazek pociąć na tysiące puzzli siedlisk z ich bliskością do lustra wody, nachyleniem, ekspozycją i rodzajem gleby. Bo Riesling z łupku czerwonego i niebieskiego to jak sarepska i rosyjska – to i to musztarda.

 

Po trzecie, białe Niemcy przecudnie nadają się do stołu. Są kulinarnie arcyplastyczne, ich lekkość, mineralność, czasem odrobina resztkowego cukru powoduje, że łączenie ich z potrawami staje się dziecinnie proste. Do tego dochodzi fakt, że choć dużo nas z sąsiadami dzieli, to smak mamy podobny, kuchnie zbliżone, więc i wino gra.

 

Święta, a zwłaszcza wigilia, to czas najbardziej intensywnego spotkania z bliskimi. Nic nie może w tym przeszkadzać, wszystko ma to ułatwiać. Na pewno więc nie warto zapraszać Fina, Rosjanina ani mieszkańca Białowieży z trawką w gębie. Niemca warto. Doskonale zagra z grzybami, rybami na wszelkie sposoby, z pierogami, a nawet z kutią, podkręci je tak, że zrobi się kulinarna symfonia. A jedzenie to jeden ze sposobów, żeby pokazać, że się kocha. Drugim jest wspólny śpiew, może nie „Stille nacht”, ale „Bóg się rodzi” na pewno. Wszelkiego dobra!

 

*Czy mogę Cię nazywać tatą?

tekst: Łukasz Kubiak

Zostaw komentarz