WAŻNE
Pirat śródlądowy: Targowisko próżności (Listopad 21, 2017 11:08 am)
70 urodzinowych tomów (Listopad 21, 2017 11:05 am)
Wilgoć w aucie – jak się jej pozbyć (Listopad 16, 2017 3:56 pm)

Dziennik wyprawy na szczyt

10 listopada 2017
39 Wyświetleń

Tekst Tomasz Dryła, foto Piotr Wieczorek

Droga SpeedCar Motoru Lublin na szczyt przypominała wyprawę na ośmiotysięcznik. Było wszystko – szalony pomysł, grupa zapaleńców, którzy stwierdzili, że nie ma rzeczy niemożliwych, budowa odpowiedniego zespołu, mozolna wspinaczka pełna chwil chwały przy korzystnych oknach pogodowych oraz trudnych momentów podczas śnieżycy i ograniczonej widoczności, a w końcu dwa ataki szczytowe, z których drugi skończył się pełnym powodzeniem.

Każda, nawet największa wyprawa zaczyna się od marzeń. Przełom 2015/2016. Znają się od lat. Z jednego miasta, stadionu żużlowego i niezliczonych torów motocrossowych. Zjedli wspólnie niejeden obiad na lubelskiej starówce i wypili setki kaw na deptaku, zanim ten w ogóle był deptakiem. Po jednej z nich, pewnego chłodnego już poranka, decydują, że połączą siły. Dwie sportowe dusze, wizjonerzy i specjaliści od niewykonalnych zadań, obierają wspólny cel. Piotr Więckowski – pierwszy polski motocyklista w Rajdzie Dakar, twardy zawodnik i trener motocrossowy z dwudziestoletnim stażem, oraz Jakub Kępa – człowiek, którego zapach spalanego żużlowego oleju tulił w kołysce do snu i który w szkole zamiast rozwiązywać równania matematyczne liczył zębatki na kole swojego ojca, legendarnego lubelskiego żużlowca Marka Kępy. Pierwszy od lat budował sportową i organizacyjną pozycję lubelskiego crossu w Polsce, drugi znajomość żużlowego środowiska wyniósł z domowego salonu, a status szanowanego w kraju promotora speedway’a zyskał, organizując mecze reprezentacji Polski. To musiała być mieszanka wybuchowa – obaj na wskroś przesiąknięci motorsportem, nieustępliwi i zdeterminowani, a przy tym zakochani w Lublinie. Postanawiają przywrócić swoje miasto na żużlową mapę Polski. Powstaje marzenie.

Pierwszy krok

Początek 2016 roku. W spragnionym speedway’a Lublinie odradza się szkółka żużlowa. Na torze przy Alejach Zygmuntowskich znowu warczą motocykle, a nad Bystrzycą unosi się charakterystyczny, obłędny zapach spalanego oleju, za którym tak stęsknili się kibice. Za szkolenie młodzieży odpowiada były zawodnik Motoru Robert Jucha. Obiekt ma nowe bandy dmuchane i homologację. Rodzą się nadzieje. Pierwsi kibice wracają na stadion, przyciągnięci niedającym się pomylić z niczym innym hałasem żużlowych maszyn. Pomaga Miasto Lublin – ratusz inwestuje w młodych zawodników, dzięki czemu po roku w ligowych rozgrywkach kadrę juniorską drużyny będą tworzyć wyłącznie wychowankowie. Ale wtedy nikt o tym jeszcze nie wie. – Czuliśmy, że Lublin potrzebuje żużla i byliśmy pewni, że jesteśmy w stanie coś z tym zrobić. Od początku mieliśmy nastawienie, że trzeba działać, a nie narzekać. Ta szkółka była pierwszym widocznym efektem naszej pracy – mówi Piotr Więckowski.

Zaplecze wyprawy

Zima 2016. Marzenie przechodzi w fazę realizacji. W KM Cross powstaje sekcja żużlowa – zalążek nowej drużyny. Barwy i nazwa nie pozostawiają wątpliwości – klub jest kontynuatorem tradycji wielkiego Motoru Lublin. – Ja jestem żółto-biało-niebieski. Mój ojciec za ten zespół nadstawiał karku. Nie wyobrażałem sobie innej opcji, niż powrót do naszych najlepszych tradycji – przekonywał wtedy Jakub Kępa, nowy dyrektor sportowy klubu. Kapitanem odradzającej się drużyny zostaje doświadczony Daniel Jeleniewski, ostatni z lubelskich wychowanków, który odnosił sukcesy na najwyższym poziomie. – Zawsze chciałem wrócić do mojego miasta, ale długo czekałem na odpowiednie warunki sportowo-organizacyjne. Tym razem wszystko wyglądało znakomicie. Znałem ludzi zarządzających klubem i wiedziałem, że mogę im zaufać, że stworzą drużynę, która będzie w stanie walczyć o awans do wyższej ligi, a tylko taki cel mnie wtedy interesował – wspomina Jeleniewski.

Budowa zespołu wspinaczkowego

Wiosna 2017. Żadna wyprawa wysokogórska nie ma szans na powodzenie bez odpowiedniej ekipy. Zespół musi być zgrany i przygotowany na różne scenariusze. Ważne, by grupę ludzi, którzy mają atakować szczyt, tworzyła mieszanka doświadczenia i młodości. W Lublinie wiedzą o tym doskonale, dlatego kolejne podpisywane kontrakty wprawiają w osłupienie całą żużlową Polskę. Do Jeleniewskiego dołączają świetnie wspominani w Kozim Grodzie Paweł Miesiąc i Maciej Kuciapa. Jest doświadczony Stanisław Burza, który poza ściganiem na torze ma odpowiadać za pomoc młodym zawodnikom. Zaciąg zagraniczny otwiera utytułowany Duńczyk Bjarne Pedersen, który zna smak zwycięstw w Grand Prix i Drużynowym Pucharze Świata. Właśnie w Lublinie swój pierwszy kontrakt w lidze polskiej decyduje się podpisać niezwykle utalentowany Brytyjczyk Robert Lambert. Trenerem zostaje kolejny z wielkich lubelskich żużlowców, Dariusz Śledź. „Na papierze” skład wygląda imponująco i wszyscy w kraju zadają sobie pytanie, jak to możliwe, że tak znakomitych zawodników udało się nakłonić do startów na trzecim poziomie rozgrywkowym. – Jestem pewien, że przekonaliśmy ich bardzo jasno zarysowaną wizją drużyny, wyraźnie sprecyzowanymi celami sportowymi i długofalowym projektem żużla w Lublinie. Nikt nie miał zamiaru po prostu sobie pojeździć. Nie chcieliśmy reaktywować speedway’a tylko po to, żeby znów był w naszym mieście, tylko chcieliśmy od razu awansować. To było jasne od samego początku. Myślę też, że zawodnicy widzieli, jak do sprawy podchodzą działacze, i szybko zorientowali się, jak bardzo nam zależy na spektakularnym powrocie – opowiada Jakub Kępa.

Założenie bazy górskiej

Luty 2017. W lubelskim klubie wszystko działa, jak w perfekcyjnej machinie. Zespół (razem z zawodnikami zagranicznymi!) kilka razy spotyka się w komplecie. Drużyna wspólnie trenuje i odpoczywa, budowany jest tak ważny „team spirit”. Wszyscy lepiej się poznają i planują sezon, a motocykle żużlowe pojawiają się na lubelskiej starówce! Powstaje profesjonalny film promocyjny, w którym zawodnicy prezentują siebie, sprzęt i barwy klubowe w najbardziej charakterystycznych miejscach Lublina. Produkcja odbija się szerokim echem w kraju, nikt już nie ma wątpliwości, że Motor jedzie we właściwym kierunku. Wszyscy czekają na pierwszy mecz! – Nigdy nie brałem udziału w czymś takim, ale cała ta akcja z motocyklami w różnych częściach miasta bardzo mi się podobała (śmiech). Lublin od razu mnie urzekł, a ja przekonałem się, jak dobrze funkcjonuje klub – mówił wtedy Robert Lambert.

Pierwsze wyjście w górę i zakładanie poręczówek

22 kwietnia 2017. Ekipa wychodzi z bazy i zakłada pierwszy obóz. SpeedCar Motor Lublin inauguruje rozgrywki meczem z TŻ Ostrovią. Ponad siedem tysięcy kibiców oklaskuje wysokie zwycięstwo „Koziołków”. Najwięcej punktów dla Motoru zdobywają Miesiąc i Jeleniewski. Wszystko układa się doskonale. Żużel na dobre wraca nad Bystrzycę. – Byłem bardzo pozytywnie zaskoczony liczbą kibiców. Atmosfera była znakomita, a nie wiedziałem jeszcze wtedy, że to był dopiero przedsmak tego, co czekało nas w Lublinie w kolejnych meczach. Wygląda na to, że kibice też potrzebowali się rozgrzać po długiej przerwie – żartuje Miesiąc.

14 maja – 3 czerwca. Każda wyprawa to nie tylko spektakularny atak na szczyt, ale też tygodnie mozolnej pracy w skale. Lublinianie kroczą w lidze od zwycięstwa do zwycięstwa, a na mecze przychodzi coraz więcej kibiców. Motor wygrywa siedem kolejnych spotkań i jest liderem ligi. W mieście na dobre wraca moda na speedway. Znów dobrze jest się pokazać na zawodach, na trybunach zasiada średnio ponad 7 tysięcy widzów, starzy kibice przyciągają na stadion nowe pokolenie fanów, wszyscy cieszą się sukcesami drużyny. Nie wszystkie zwycięstwa przychodzą łatwo – mecze ze Startem Gniezno i KSM Krosno decydują się w ostatnich wyścigach! – Byłem w szoku! Nigdy nie sądziłem, że na trzecią ligę może przychodzić tak wiele ludzi i że atmosfera na meczach może być tak niewiarygodna. To było coś niesamowitego, dzięki fanom, w każdym meczu u siebie chciało się jechać na maksa. Zakochałem się w Lublinie – ekscytował się Pedersen.

Pierwsze załamanie pogody

11 czerwca 2017. Nikt nie liczył na to, że wszystko będzie się układać perfekcyjnie przez cały sezon. Motor przegrywa w Gnieźnie pierwszy mecz w roku. Przegrywa wysoko i wszyscy w klubie wiedzą, że taki zimny prysznic może tylko zmobilizować zawodników. Drużyna bierze się w garść, organizowane są dodatkowe treningi, przychodzą kolejne zwycięstwa i Motor kończy sezon zasadniczy na 2. miejscu. – Wiadomo, że chcieliśmy być pierwsi, żeby decydującą walkę o awans stoczyć na swoim torze. To się jednak nie udało, ale taki jest sport. Widzieliśmy naszych zawodników i byliśmy pewni, że są bardzo zdeterminowani i niezależnie od wyników fazy zasadniczej dadzą z siebie wszystko w playoffach. Nikt ani na moment nie zwątpił w awans – wspomina Więckowski.

Pierwszy atak szczytowy i zejście do lasu

Przed najważniejszymi meczami sezonu do drużyny dołącza utalentowany wychowanek, Oskar Bober. Ściągnięcie młodego żużlowca jest strzałem w dziesiątkę. Lublinianin dodaje skrzydeł zespołowi i jest kluczową postacią zwycięskich półfinałów z Ostrovią. Na stadionie przy Alejach Zygmuntowskich pada kolejny frekwencyjny rekord. – Ten sezon nie układał się po mojej myśli, dlatego bardzo cieszyłem się z powrotu do Lublina na kluczowe mecze. A kiedy zobaczyłem trybuny na półfinale, byłem już pewien, że to dobra decyzja. Cieszę się, że pomogłem chłopakom – mówił Bober.

10 i 17 września. Ekipa dociera do decydującego dwumeczu. Finałowe starcie ze Startem ma wyłonić zwycięzcę ligi. Motor wygrywa pierwszy mecz u siebie dziesięcioma punktami. Rewanż w Gnieźnie ma niesamowity, wręcz filmowy przebieg. Każdy wyścig przybliża do awansu raz jedną, raz drugą drużynę. Upadki, wykluczenia i defekty dodają tylko dramaturgii. Ostatecznie triumfują gnieźnianie. Motorowi zostaje jeszcze walka o awans w barażach z przedostatnim zespołem 1. ligi. – To był najtrudniejszy moment sezonu. Byliśmy tak blisko, a jednak się nie udało. Osobiście bardzo to przeżyłem. Nie mogłem znaleźć sobie miejsca i musiałem uciec na chwilę od tego wszystkiego. Na kilka dni zaszyłem się w lesie, mam takie swoje miejsce, gdzie mogę się wyciszyć i przemyśleć wiele spraw. Podczas spacerów wydeptałem tam chyba ze sto kilometrów nowych ścieżek (śmiech). Teraz z tego żartuję, ale wtedy to był naprawdę bardzo trudny czas dla nas wszystkich. Wiedziałem jednak, że musimy się pozbierać i ja też mam dać chłopakom sygnał, że walka jeszcze trwa. Wróciłem do Lublina, spotkaliśmy się i powiedzieliśmy sobie, że jest robota do skończenia. Dzisiaj wiem, że te dni w dużej mierze zbudowały naszą drużynę. Mobilizacja i chęć zwycięstwa były ogromne i widziałem w zawodnikach gigantyczną wolę walki. Wszyscy chcieliśmy dać kibicom tę radość, którą obiecaliśmy. Nie było innej drogi – wszystkie ręce na pokład i wzięliśmy się do harówy przed barażami – mówi dyrektor sportowy Jakub Kępa.

Drugi atak szczytowy i flaga na szczycie

1 października 2017. Motor walczy w Rzeszowie w pierwszym meczu barażowym z miejscową Stalą. Lubelscy kibice znów zadziwiają wszystkich. Nawet na finał Ekstraligi we Wrocławiu za Unią Leszno nie przyjechało tak wielu fanów! Przy wsparciu ponad tysiąca gardeł Motor wygrywa na wyjeździe i bardzo zbliża się do upragnionego awansu. Drużyna pokazuje wielki charakter, waleczność i odporność psychiczną, pokonując rywala z wyższej klasy rozgrywkowej i to na jego terenie. – Szybko przenieśliśmy się z piekła do nieba, bo o ile poprzedni mecz w Gnieźnie był dla nas bardzo smutny, to spotkanie w Rzeszowie jest na pewno jednym z najjaśniejszych punktów tego sezonu. Nasi kibice są fantastyczni i udowodnili to po raz kolejny na tym wyjeździe. Cała drużyna była im wdzięczna. Dla takich ludzi warto się ścigać – wspomina Piotr Więckowski.

8 października 2017. Motor stawia kropkę nad „i”. W rewanżu drugi raz pokonuje Stal i awansuje do 1. ligi. Pierwszy raz w historii zespół lubelski gwarantuje sobie promocję do wyższej ligi w rywalizacji barażowej. Zawodnicy Motoru spełniają wielkie marzenie kibiców i dają Motorowi upragniony awans. Mimo zimna i mżawki stadion znów jest pełny i nikt nie opuszcza go po ostatnim wyścigu. Trwa niekończąca się feta, a fani świętują wspólnie z zawodnikami. Żużlowcy z pucharem i szalikami klubowymi przeskakują ogrodzenie i tańczą razem z kibicami. Ktoś zdziera gardło, ktoś płacze ze wzruszenia. Na szczycie, po ciężkiej wspinaczce i hektolitrach wylanego potu, panuje euforia. Motor wraca na salony, a miasto kolejny raz dowodzi, że Lublin – to żużel. – Nigdy nie zapomnę tego meczu i zwycięskiej fety z kibicami. Przeżywałem to szczególnie, bo przecież jestem stąd, to moje miasto, mój tor i moi przyjaciele. Nie było łatwo, zaliczyliśmy wpadkę, ale podnieśliśmy się i udowodniliśmy swoją wartość. Jestem dumny z kolegów z drużyny, klubu i przede wszystkim – kibiców. Oni nakręcali nas do walki. Dla takich ludzi warto w ogóle uprawiać sport – podsumował ostatni mecz kapitan Daniel Jeleniewski.

Zejście do bazy

9 października 2017. Po zwycięskim barażu świętowanie przenosi się na ulice Lublina. Najpierw, w części oficjalnej, zawodnicy dziękują sponsorom, władzom miasta i kibicom. Potem drużyna wspólnie fetuje pomyślne zakończenie sezonu, a Oskar Bober popisuje się znajomością niezliczonej liczby przyśpiewek o Motorze. Ostatni członkowie ekipy wracają do domów o poranku następnego dnia. Miasto jest szczęśliwe. Po niezapomnianym sezonie Motor Lublin awansował do 1. ligi. Grupa pasjonatów udowodniła, że nie ma rzeczy niemożliwych. Okazało się, że przy odpowiednim zaangażowaniu, chęci do pracy i determinacji można w ciągu roku odbudować klub i zrealizować wielki sportowy wynik. Ale awans nie jest największym sukcesem ludzi zarządzających Motorem. Oni osiągnęli znacznie więcej. Przywrócili do życia historię i wspaniałe wspomnienia, rozkochali w żużlu nowe pokolenie kibiców i po przeszło dwudziestu latach znów zapełnili stadion przy Alejach Zygmuntowskich. Dali miastu radość i powód do dumy. Pokazali, że warto inwestować w sportowy projekt, który jednoczy lublinian i nie tylko. Dowiedli, gdzie bije sportowe serce Lublina i umożliwili przeżywanie najwspanialszych emocji najlepszym kibicom w Polsce. To musi się opłacić!

 

Zostaw komentarz