WAŻNE
50. jubileuszowe Spotkania Lalkarzy (Maj 23, 2018 8:54 am)
Studio/Pracownia (Maj 21, 2018 9:19 am)
Fotele, krzesła i taborety (Maj 17, 2018 2:44 pm)

Kocia kołyska: Pałac na żyletki

24 grudnia 2017
455 Wyświetleń

Ma prawie 240 m wysokości, 42 piętra, niemal 3300 pomieszczeń i kubaturę prawie 820 mkw. Tworzą go tony stali i żelbetonu. Szacunkowy koszt renowacji lica budynku to prawie 15 milionów złotych. Od chwili oddania go do użytku latem 1955 roku wciąż budzi emocje – najpierw wymagane ustrojowo (pozytywne), potem neutralne, a ostatnio znowu polityczne, tym razem negatywne. Dlatego z okazji stulecia niepodległości Polski politycy partii rządzącej zamierzają zburzyć ten najbardziej rozpoznawalny symbol Warszawy.

 

Kiedy tuż po jego otwarciu do stolicy przyjechała delegacja architektów z Wielkiej Brytanii, oprowadzający ich przewodnik, stojąc pod jedną z fasad, zapytał: – No i jak? Brytyjczycy zmarszczyli czoła, przymrużyli oczy i stwierdzili: – Mały, ale gustowny. To fakt, że Pałac Kultury i Nauki im. Józefa Stalina był darem narodu radzieckiego dla narodu polskiego. Prawdą jest, że w ramach „prezentu” został zbudowany m.in. z tego, co zostało ze zniszczonej podczas działań wojennych elbląskiej starówki i zrujnowanych zabudowań Wrocławia. To prawda, że na potrzeby wzniesienia tego „kamiennego kwiatu na klombie miasta” został spustoszony polski drzewostan i kamieniołomy, a brygady budowniczych z ZSRR przez kilka lat były na utrzymaniu Polski, zakotwiczając się w specjalnie dla nich wzniesionym Osiedlu Przyjaźń w podwarszawskich Jelonkach. Takie były okoliczności i zależności i nie ma co o tym dyskutować. Ale prawda jest też taka, że w tak wysławianym okresie międzywojennym na obszarze całego późniejszego placu Defilad znajdowała się gęsto rozbudowana trakcja dworca pasażerskiego i towarowego z całą niezbędną infrastrukturą, otoczona głównie slumsami i rynsztokami. Nie brakuje więc zwolenników teorii, którzy twierdzą, że fakt wzniesienia pałacu to najwspanialszy dar losu, jaki spotkał powojenną stolicę. Postawiono go w ciągu trzech lat pomiędzy zaplanowanymi dwoma parkami na wzór stylu Renaissance Revival czerpiącego z renesansu. Główny architekt Lew Rudniew, ten sam, który zaprojektował bliźniaczo podobny do naszego „Pekinu” Uniwersytet Moskiewski – lekcję polskiego odrobił starannie. Zjechał Polskę wzdłuż i wszerz, dokładnie przyglądając się perłom polskiego renesansu. Był też w Kazimierzu Dolnym, gdzie zachwycił się kamienicami zwieńczonymi attykami, które zainspirowały go do wykończenia warszawskiego gmachu charakterystycznymi kamiennymi pióropuszami.

 

Jest też trzecia strona medalu. Pałac został wpisany na listę zabytków, na której znajdują się założenia architektoniczne z minimum 50-letnim stażem, zwłaszcza jeśli posiadają jakiekolwiek walory artystyczne. „Pekin” to wręcz symbol dziedzictwa kulturowego – znajdują się tu teatry, muzea, kina, galerie, basen i bodaj największa w Polsce księgarnia. Pałac posiada też na dachu największe radiowo-telewizyjne centrum nadawcze. No i w końcu to najważniejszy punkt orientacyjny – w stolicy trudno się zgubić, zwłaszcza że pałac widać z każdej drogi dojazdowej do Warszawy, nawet po zjeździe z Zakrętu w Ostrobramską.

 

I jeszcze czwarta strona – co miało być, a czego nie ma. Pałaców kultury w Warszawie miało być kilka, jeden nawet po drugiej stronie Wisły. Na szczęście worek z darami ze Związku Radzieckiego nie rozsupłał się aż tak bardzo. Choć podobny gabarytowo miał stanąć na przedłużeniu Drogi Królewskiej w Gdańsku. O rzekomej budowie dywagowano również w Lublinie, ostatecznie skończyło się na projekcie łuku tryumfalnego, którego jednak w końcu nie wzniesiono. Tymczasem patrząc na ten mały, ale gustowny prezent, gołym okiem widać, jak PKiN porządkuje otoczenie interesujących architektonicznie, jednak stawianych w oderwaniu od reszty wysokościowców wokół placu Defilad. Wyburzenie pałacu jest mało racjonalne, choć przedstawiciel kręgów ministerialnych już się cieszy, twierdząc, że będzie to „fajne ćwiczenie dla saperów”. Pustka dałaby tylko pożywkę dla developerów, zamieniając największy w tej części Europy plac w jedną wielką budowę.

 

Jest scena w komedii „Ambassada” Juliusza Machulskiego, filmie niezbyt udanym, ale wartym poczekania na puentę. Kiedy bohaterowie mieszkający w Warszawie, w której nie wybuchła II wojna światowa, patrząc przez okno w kierunku pałacu, widzą jedynie dachy kamienic aż po horyzont. Nudno i bez zachwytu.

Zostaw komentarz