Picasso&Koziara, czyli lubelski Aborygen

7 sierpnia 2014
Komentarze wyłączone
61 Wyświetleń

_DSC1419-2Z Jarkiem Koziarą, performerem skandalistą, który stał się klasykiem, autorem gigantycznych przestrzennych scenografii i land artów, o Afryce, artystycznym okładaniu się po twarzy, Oku Cadyka, Jurku Owsiaku i Voo Voo rozmawia Klaudia Olender.

Foto Marcin Pietrusza, Krzysztof Stanek, archiwum artysty

Podobno chciał Pan zostać pszczelarzem.

– Nawet skończyłem technikum pszczelarskie w Pszczelej Woli, uczyłem się tam 5 lat. Zresztą, mój ojciec jest pszczelarzem, więc wychowałem się w domu pszczelarza, znam też dużo osób, które się tym zajmują. Miałem taki zryw, ale w pewnym momencie pojawiły się inne zainteresowania i zdeterminowały moje dalsze działania. Chociaż muszę przyznać, że ten temat ciągle gdzieś tam się

kołacze…

Kołacze i w jakiś sposób odbija się w Pana twórczości – żywa kolorystyka, dominacja ciepłego koloru, ogień, światło, energia i koliste kształty, prawie jak plastry miodu.

– Rzeczywiście, jest w tym jakaś powtarzalność, ale myślę, że nie ma w tym nudy. Niektóre elementy powstały np. 10 lat temu i wykorzystuję je do tej pory, bo nie są w stanie się ode mnie odczepić. To działa trochę jak budowa klocków Lego, można dowolnie je dekonstruować, zmieniać funkcje, kształty. Najlepiej w takim wypadku sprawdzają się kolorowe materiały, np. kształtem bazujące na lampionie. Barwa światła przepuszczona przez materiał daje niezwykłe ciepło, ma w sobie dużo ognia i kontrastowania kolorów. Wszystko opiera się na zasadzie prostej koncepcji, jak wypełnić wielką monstrualną przestrzeń za pomocą mutacji światła i dzięki temu zmienić klimat miejsca.

Ale inspiracje wzorem, fakturą i przestrzenią są raczej z daleka.

– Tak, bo to Afryka jest moją ulubioną estetyką, kocham rzeźby afrykańskie, bo dla mnie są czymś nieprzekombinowanym, czymś, co powstało, zanim w ogóle wymyślono sztukę nowoczesną. Rzeźba afrykańska to jedna z moich podstawowych inspiracji – nie naśladuje rzeczywistości, tylko ją kreuje. Oczywiście nie kopiuję wzorów, które gdzieś widziałem, ale staram się podążać za pewnym systemem myślenia. Wszystko jest oparte na działaniu lampionu, wszystko mieści się pod pachą, jestem w stanie zrobić taką scenografię, którą wypełniam Teatr Wielki, składam i pakuję do bagażnika.

Pierwszy Pana występ w przestrzeni publicznej to 1989 rok, dokładnie tydzień przed 4 czerwca.

– Trwał akurat Kulaż, taki cykl imprez, które obecnie przekształciły się w Kulturalia, ale w porównaniu z pierwowzorem ta współczesna wersja to zabawa dla emerytów. KUL był kiedyś inną uczelnią, bardziej progresywną, skupiał wszystkich niezależnych wywrotowców. Zaproponowałem, że namaluję obraz na płocie, dostałem nawet zgodę: „maluj sobie, maluj, a my jutro i tak

przyjdziemy i to zamalujemy”. Słowa się jednak nie sprawdziły, bo został dłużej, aż do wizyty niemieckiego kanclerza Kohla, który przyjechał na KUL odebrać tytuł honoris causa. Ten malunek to w ogóle było pierwsze graffiti w historii Lublina, nikt wtedy jeszcze nie znał tej techniki, nie było sprayów, farb. Niestety władze uczelni stwierdziły, że jest niepoprawny politycznie, bo nawiązywał do „Guerniki” Picassa i został zamalowany. Obraz demonstrował przaśny charakter naszego kraju i wszystkie przywary z tamtych czasów – m.in był robotnik pijący piwo, kobieta z papierem toaletowym i kaszanką. Całość namalowana w konwencji kubistycznej, nawet podpisałem ten obraz Picasso&Koziara.

Szokowanie szybko stało się pańskim elementem rozpoznawczym. Nie inaczej było z pracą dyplomową. Kolekcjonowanie moczu w słoikach rzeczywiście było inspirujące? Przecież to obrzydliwe.

– To był taki wczesny pomysł na to, jak wykorzystać przypadek w kreacji. Praca magisterska rzeczywiście była pewnym eksperymentem – sikałem do słoików przez miesiąc i patrzyłem, co się dzieje. Okazało się, że każdy dzień z życia ma inne kolory, a w całości te dni stanowią ciekawą kompozycję. Była to pewna polemika z problemem estetyki, autentyczności w sztuce. Wizualnie wyglądało to fantastycznie, ale jak ktoś podszedł bliżej i zobaczył, co to jest, to od razu reagował inaczej.

Na jaką ocenę obronił Pan dyplom?

Na pięć.

O performerach mówi się, że nieustannie poszukują autentyczności w sztuce. Tymczasem dla wielu odbiorców niewiele ma to wspólnego ze sztuką.

– Samo oglądanie obrazów nie daje intensywności. Jeśli ktoś wyjdzie z galerii i np. dostanie w pysk, to ta rzeczywistość o wiele mocniej na niego działa. Przeprowadziłem kiedyś taki eksperyment – zaprosiłem ludzi do galerii, wszyscy zostali kolejno ponumerowani i zaproponowałem im, że mogę ich po prostu uderzyć, że to będzie rodzaj ekspresji, który mogą zabrać do domu. Każdy z odczytanych numerków porządkowych miał swoje 30 sekund, mógł zareagować w dowolny sposób. Automatycznie przenosiłem ciężar na widza, który już nie mógł być bierny. W efekcie dostałem jakieś dwadzieścia razy w ryj, z pięć razy oddałem, taka to była zabawa. Z kolei innym razem zaprosiłem ludzi, posadziłem ich na krzesłach, dałem im po szklanej szybce i styropianie. I

tak powstała orkiestra na 16 styropianów, która grała przez ponad 1,5 godziny, bo znowu nie przewidziałem końca…

W podobny sposób przetestował Pan publiczność przy akcji z cytryną?

– Przyszli ludzie, usiedli na widowni, a ja bawiłem się w performance. Całość opierała się na prostej koncepcji – płaszczyzna 2×2 m, sklejka pomalowana na czarno z nabitymi gwoździami i pokrojonymi cytrynami, które tę powierzchnię zapełniały. Show polegało na zjadaniu cytryny, a to, co zjadłem, zamalowywałem. Takie symboliczne zamienianie rzeczywistości na wizję artystyczną. Ja wżerałem się w obraz, a wszyscy jednocześnie się ślinili, zachodziła pewna relacja-reakcja. Na początku ten performance miał formę otwartą, ale gdy zobaczyłem, że to, co wyjadłem, tworzy trójkąt, zacząłem dążyć do zamknięcia tej formy. Ostatecznie zjadłem 79 połówek cytryn i od tego kwasu popękały mi wargi, wyglądało to trochę makabrycznie. Wtedy pomyślałem sobie, że ludziom nie jest potrzebne to, co płynie z wnętrza artysty, bardziej liczy się sam efekt. Zwymiotowałem sokiem, który spożywałem na ich oczach i zaproponowałem im ten „napój” w charakterze wina wernisażowego.

Często eksperymentuje Pan z ogniem, badając nieprzewidywalność żywej materii. Zresztą o mało nie puścił Pan z dymem wioski w Nadrzeczu.

– Ogień jest bardzo widowiskowy i dużo ciekawszy od sztucznych ogni. Interesuje mnie dialog z materią, ten cały proces przemiany w dynamiczne formy. Janusz Opryński zaprosił mnie do współpracy przy spektaklu „Klątwa” według Wyspiańskiego. To była scenografia typowo plenerowa. Pierwsze spektakle były odgrywane w Nadrzeczu koło Biłgoraja, bo tam jest siedziba jednego z aktorów i współtwórców spektaklu Stefana Szmidta. W projekcie uczestniczył też Janek Bernat, który wraz ze swoim chórem tworzył narrację muzyczną. Scena końcowa, w której główna bohaterka zaszczuta przez lokalną społeczność pali wieś, skończyła się naprawdę totalną pojarką. Scenografia płonęła tak dynamicznie, że uciekali nie tylko aktorzy, ale i widzowie. Janek Bernat zdążył w pośpiechu ocalić tylko mikrofony, całe okablowanie się zjarało. Ta wibracja palenia scenografii wzbudziła tak wielkie zainteresowanie mieszkańców wsi, że spalili przy okazji jeszcze dwie stodoły gratis!

Jedne z najbardziej rozpoznawalnych pańskich scenografii to Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy. Krąży legenda, że Jurek Owsiak spotkał Pana w warzywniaku.

– Przede wszystkim Owsiak jest specjalistą od improwizacji i potrafi wymyślić historię na każdy temat. Ta nasza znajomość to taki system naczyń połączonych – kiedyś zacząłem bawić się w sztukę graffiti, później Mirek Olszówka, który zakładał klub Graffiti, zaprosił mnie, żebym ten klub wizualnie zaaranżował, w międzyczasie Mirek został managerem zespołu Voo Voo. Z kolei Voo Voo współpracowało wtedy z Owsiakiem, a ja zostałem polecony do dalszych działań. To jest trochę jak domino, w którym jeden klocek uderza w drugi i jak już się wejdzie w krąg ludzi, to jakoś to wszystko się rozkręca. W przypadku WOŚP mówimy o historii, która trwa już lat dwadzieścia. Nie wszystkie wzory należą do mnie, bo ja, tak naprawdę, pojawiam się tam okazjonalnie, ale

wytworzyła się pewna narracja plastyczna, która jest cały czas kontynuowana. Na samym początku nikt jeszcze nie przeczuwał, że to się przerodzi w tak wielką zmasowaną akcję, że to będzie tak długotrwałe przedsięwzięcie. Przez chwilę mieliśmy pewną spację w kontaktach, ale później, przy 8. edycji tego wydarzenia, znowu zaczęliśmy współpracę. To były potężne rzeczy, hale, teatry,

koncerty bożonarodzeniowe, wielkanocne…

Jurek Owsiak dał Panu wolną rękę? Sam przecież jest wizjonerem.

– Na początku to był zupełny freestyle, taki kociokwik, dopiero później narzucaliśmy sobie pewne ograniczenia, np. dotyczące użytych kolorów, pojawiały się też tematyczne koncepcje, takie jak kosmos czy ratunek. Był taki moment, że stałem się już przewidywalny i wszyscy spodziewali się orgii kolorów. Pomyślałem wtedy, że ograniczę się do czarno-białej formy, bo taka

monochromatyczna estetyka będzie dobrze wyglądała w TV, szczególnie biorąc pod uwagę ilość uczestników WOŚP – niemal każdy, kto wchodził, miał swój transparencik, więc tło musiało być rytmiczne, w pewnym sensie powtarzalne, tak żeby przebiło się przez chaos. Wszyscy pytali mnie, dlaczego to jest takie smutne. Wtedy akcja była związana z daltonizmem, więc wytłumaczyłem, że czarno-biała kolorystyka jest dlatego, żeby nie było smutno daltonistom.

Efekt domina zapoczątkował współpracę z Voo Voo. Sporo Pan namieszał w wizualizacji ich płyt i koncertów.

– Cały czas zmieniałem logo tego zespołu, tak żeby nie traciło niczego z czytelności, przeprowadzałem eksperymenty formalne, estetyczne. Każda płyta, która ukazywała się z zespołem Voo Voo, miała swoją oprawę graficzną, oddzielną scenografię. Wtedy zarządzał tym Mirek Olszówka i wtedy stanowiliśmy takie combo, bujaliśmy się po całej Polsce, wytworzyła się wokół

zespołu określona aura, przez co Voo Voo stało się rozpoznawalne. Teraz te czasy trochę się zmieniły, nie ma już Mirka i nie ma tamtej determinacji w nazywaniu tych zjawisk. Ale mieliśmy te same zamiłowania estetyczne, ja inspirowałem ich obrazem, a oni dźwiękami. To było działanie równoległe, polegające bardziej na porozumieniu dusz niż samej ilustracji wizji muzycznej.

Kiedyś z Olszówką odpaliliśmy koncert Voo Voo w kamieniołomach, była to jedna z prekursorskich imprez plenerowych w Polsce i ten koncert też przeszedł do legendy.

Okładka płyty to zapowiedź tego, co będzie w środku, ale i sposób na zaprezentowanie ciekawej typografii. Dzięki temu okładka też ma szansę stać się legendą.

– Zrobiłem masę rewolucji formalnych w estetycznej części okładki. Jedną stworzyłem np. z fragmentu forniru drewnianego, totalny hand-made w nakładzie 5000 egzemplarzy. Logo było wypalane rozgrzaną matrycą, każda sztuka była indywidualnym projektem. Był też design wzorowany na starym ruskim radiu, linorycie czy płycie dekla kanałowego. Z kolei dla Marka

Dyjaka zaprojektowałem okładkę płyty z rozżarzonym papierosem, bo to taki jego atrybut, z którym praktycznie się nie rozstaje, komponuje się z jego intensywnością śpiewania i w jakiś sposób ilustruje jego postać.

Mówi Pan o sobie, że jest „terrorystą estetycznym”.

– Jeśli ktoś jest zbyt uległy, to nikomu to nie służy. Istnieje taka zasada „kółka graficznego” – przychodzi klient do grafika i zamawia projekt, grafik proponuje coś, klientowi to nie pasuje, chce inaczej, więc grafik zmienia tak, żeby było inaczej. Później powstaje zamiast tego pożądanego kółka trójkąt, znowu grafik wprowadza zmiany i ostatecznie obaj powracają do punktu wyjścia.

Człowiek, który zajmuje się plastyką, stroną wizualną, wie więcej niż klient, który zamawiał projekt i proponuje jakieś głupie pomysły. Ja przyjąłem zasadę – albo ktoś przyjmuje moje opcje, albo „do widzenia”.

Oprócz scenografii koncertowych, wizualizacji projektów teatralnych, kostiumów, form graficznych ma Pan na swoim koncie także projekty aranżacji wnętrz. Na czele z kultową warszawską Stodołą.

– To też historia, która poniekąd wiązała się z Jurkiem Owsiakiem, Voo Voo i Mirkiem Olszówką. Voo Voo grało tam kiedyś koncert, szef klubu zapytał, czy nie mógłbym zaprojektować mu wnętrza lokalu. Zrobiłem taki trochę odjechany projekt, on go wziął, przez jakiś czas w ogóle się nie odzywał, pokazywał znajomym. Aż w końcu pewnego dnia zadzwonił i powiedział: „robimy!”.

Trochę się przeraziłem, bo samo narysowanie to nie problem, ale przełożenie projektu na wielki format to jest wyzwanie, tym bardziej że to jeden z największych klubów w Polsce. Bawiłem się jakieś dwa lata, powstały potężne ilości malarstwa ściennego, sufitowego i podłogowego.

A przestrzeń lubelska? Pana prace w tym mieście naddają niektórym miejscom nowe znaczenie.

– Na jednej z pierwszych edycji Nocy Kultury zawiesiłem scenografię na dawnym budynku „teatru w budowie”, obiekt na chwilę zaczął żyć, przypomniał o swoim istnieniu, ale w nowej odsłonie. Z kolei podczas jednej z edycji Open City w Lublinie na placu Zamkowym stworzyłem projekt Oka Cadyka, który uważam za taką kropkę i dopełnienie myśli Panasa, który inspirował do

czytania miasta inaczej. Stworzyłem też kiedyś projekt szopki bożonarodzeniowej na placu Po Farze, zaprosiłem do współpracy Paulinę Karę, która specjalizuje się w tworzeniu kukiełek. Całą sytuację zaaranżowałem w ten sposób, że powstała historia żydowskiego miasteczka, która zaczyna się od Bramy Grodzkiej, po drugiej stronie był cały chrześcijański Lublin, a Chrystus znajdował się jakby pomiędzy tymi dwoma światami. Było dużo oburzonych ludzi, którym nie podobało się, że Żydzi występowali w tej historii.

Nieustannie bawi się Pan konwencją. W przypadku Festiwalu Dwa Brzegi jednak coś nie wypaliło.

– Pierwszym plakatem do Dwóch Brzegów Grażyna Torbicka była po prostu zachwycona i wniebowzięta, ale plakat do drugiej edycji zakończył się niechęcią dalszej współpracy. Uznała, że mój zamysł to jakiś wygłup, zupełnie nieadekwatny do festiwalu. Co ciekawe, w obecnej edycji jest praktycznie kalka tego pomysłu. Dla mnie był to rozsądny projekt, nawiązywał do dwóch brzegów, do rzeki, która tam płynie, do filmu, który tam się kręci, do historii, do impresjonizmu.

Ostatnio szokuje Pan nawet pasażerów lądujących w Świdniku. Land art na lotnisku wygląda jak wielki dywan łączący płytę lotniska z miastem.

Obiekt jest potężny, ma jakieś 400 m średnicy i w skali miasta jest obiektem najbardziej widocznym. Pierwotne pomysły zakładały ulokowanie obrazów wzdłuż pasa startowego, jednak okazało się, że byłoby to zbyt skomplikowane i mogłoby mylić pilotów. To przeskalowanie kingsize pokazuje, że sztuka nie ma ograniczeń, może absorbować rzeczywistość, zmieniać ją i jest w tym element totalnej niespodzianki.

To przeskalowanie poprzez land art już raz się udało – podczas transgranicznego projektu Europejskie Dni Dobrosąsiedztwa. Jednak nie w Polsce, tylko finalnie na Ukrainie.

– Na początku ideą pomysłodawcy ks. Batrucha był tylko koncert, ale zaproponowałem stworzenie dodatkowych działań wizualnych. Z założenia rzeczywiście miało to być wydarzenie transgraniczne, jednak okazało się, że po polskiej stronie lęk przed nieznanym spowodował, że zaorano ściernisko, w związku z tym ta transgraniczność nie wypaliła. W akcie determinacji

pojechałem na Ukrainę i tam wykonałem pracę. W pewnym sensie zilustrowało to ówczesną sytuację – ryby, które „przekraczały” granicę, dopływały do niej i się odbijały. Dopiero po paru latach udało mi się stworzyć kolejną odsłonę tego projektu i przejść na drugą stronę.

Land art to obserwowanie natury, ale też sprawdzanie jej możliwości, można powiedzieć, że jest to sztuka, która żyje własnym życiem.

– W Józefowie wykopałem ziemię 56 klasy, taką zasadową, włożyłem tam 50 ton czarnoziemu – to była taka refleksja dotycząca emigracji, można było doszukać się nawiązań, że kiedyś Zamojski zaimportował na tę ziemię Ormian i Żydów, którzy mięli tam rozkręcić handel. Byłem tam nawet wczoraj, myślałem, że ten zabieg spowoduje radykalne zmiany roślinności, ale znowu natura mnie zaskoczyła i okazuje się, że ziemia zaadoptowała się bez problemu. Z kolei 60 ton kamieni przewiezione do kamieniołomu w Kazimierzu z innych kamieniołomów to była opowieść na temat koła życia, że coś umiera i jest podkładem pod następne życie, że ciągle zachodzi przemiana materii, a my jesteśmy tylko jakimś chwilowym stanem skupienia.

Żyje Pan dla sztuki i ze sztuki. Sztuka to życie?

– Po pierwsze sztuka była, jest i będzie częścią rzeczywistości, mojego życia. Zaraz po szkole zacząłem utrzymywać się z działań artystycznych, teraz pracuję na uczelni, wbijam do głowy studentom różne mądrości i głupoty, dalej pracuję w obszarze sztuki, tworzę różne scenografie, grafiki, projektuję wnętrza. Siedzę w sztuce po uszy, jest ważną treścią mojego życia i to ona sprawia mi ogromną satysfakcję. 

Komenatrze zostały zablokowane