Strażnik sensu

8 listopada 2018
83 Wyświetleń

Z Januszem Opryńskim, reżyserem teatralnym, dyrektorem Międzynarodowego Festiwalu „Konfrontacje Teatralne” i zastępcą dyrektora Centrum Kultury w Lublinie o wielkości i inspiracjach twórczością Fiodora Dostojewskiego, serialach telewizyjnych i kulturalnym potencjale Lublina rozmawiają Grażyna Stankiewicz i Wojciech Mościbrodzki, współpraca Patrycja Chyżyńska, foto Natalia Wierzbicka

Kilkanaście lat temu krytyk teatralny Łukasz Drewniak powiedział, że przed duetem reżyserskim Opryński – Mazurkiewicz są już tylko Himalaje teatru – Dostojewski. Od wielu lat reżyserujesz ponownie sam, choć w bliskim związku z Dostojewskim.

Kiedy robiłem „Braci Karamazow”, byłem związany z Kompanią Teatr, z którą zdobyliśmy m.in. First Fringe w Edynburgu za „Ferdydurkę”. Potem nasza współpraca w sposób dość naturalny się skończyła, nie skończyła się natomiast moja przyjaźń z Witkiem Mazurkiewiczem. Ostatnio w Bielsku-Białej przygotowałem w kierowanym przez niego Teatrze Polskim „Św. Idiotę” według Dostojewskiego. Zresztą ja zawsze gdzieś wokół Dostojewskiego krążyłem, jeszcze w latach 70. w formule teatru alternatywnego. No i trochę utonąłem w tej atmosferze, bo oprócz „Braci Karamazow” i „Św. Idioty” w międzyczasie zrobiłem „Lód” według Jacka Dukaja i „Punkt Zero: Łaskawe” według Jonathana Littella. A teraz są „Biesy”. Niedługo rozpoczynamy z aktorami próby, premierę planuję na wiosnę.

Adaptacja której powieści Dostojewskiego była najtrudniejsza?

Zdecydowanie „Bracia Karamazow”. Rozmiar tego przedsięwzięcia wydawał mi się szalony. Myślałem, że nad tym nie zapanuję. Ale miałem wtedy wsparcie nieżyjącego już Cezarego Wodzińskiego, filozofa i tłumacza, który był dla mnie przewodnikiem intelektualnym, duchowym. Zrobił tłumaczenie – najpierw fragmentów, potem całości. Wykładał mi tego Dostojewskiego na seminarium, które odbywało się na jeziorze Śniardwy, na jego łódce. Tydzień rozmawialiśmy tylko o Dostojewskim, goszcząc jeszcze Ritę Gombrowicz, która powiedziała, że kiedy była studentką, Gombrowicz kazał jej czytać przede wszystkim Dostojewskiego, który zresztą był jednym z jego ulubionych pisarzy.

Jak to jest, że w ramach lektury młodym ludziom z aspiracjami intelektualnymi polecane są właśnie jego powieści?

Chyba dlatego, że dobry jest. Fascynuje mnie teraz ten nowy trend seriali, które pojawiły się trochę w buncie przeciwko producentom hollywoodzkim. Za tym stoją młodzi, bardzo dobrze oczytani ludzie, piszą scenariusze i absolutnie nie pozwalają się wtrącać w swoją pracę producentom. Na przykład „House of Cards” albo „Sześć stóp pod ziemią”. Oni w wywiadach ciągle mówią, że odwołują się do Szekspira i Dostojewskiego – czyli do klasyki. To jest coś, czego trochę brakuje naszym współczesnym dramaturgom. A Dostojewski zawsze będzie wzorem do narracji.

Z Dostojewskiego czerpiemy nieustannie, każdy znajduje w jego twórczości coś, co jest jemu potrzebne.

Ja sam ciągle uczę się teatru z Dostojewskiego. U niego są fantastyczne propozycje gestów – na przykład młody Wierchowieński podaje nie pięć palców, tylko dwa palce. Kiedy się wita, to nadstawia policzek pisarzowi Karamazowi, który też nadstawia policzek. Dostojewski miał dar obserwacji i dar niezwykłej wiedzy o człowieku. Ale też uczyłem się od Michaiła Bachtina, genialnego komentatora, że on tego świata nigdy nie zamykał, dzięki czemu nie wiemy, komu przyznaje rację. Nie wiemy, po której stronie stoi, nie wiemy, czy to Iwan ma rację, czy Dymitr. Wodziński mi opowiadał, że stary Karamazow jest kanalią, a zadaje pytania jak Sokrates. Czyli Dostojewski wytrąca nas z prostego opisu świata, bo w kanalii widzi mądrość. Kiedy „jurodiwy przechodzi koło knajpy, to się żegna, bo mówi, że tam będą szli święci, a kiedy idzie koło monastyru, to rzuca kamieniami, bo twierdzi, że to tam są grzechy. Absolutna odwrotność myślenia. Tam, gdzie nam się wydaje, że jest jakaś świętość, to niekonieczne musi być. I to jest chyba wielkość Dostojewskiego.

Sposób tłumaczenia decyduje o znaczeniu tekstu.

Wodziński wcześniej tłumaczył „Idiotę”, choć przed nim zrobił to Aleksander Wat. To było kongenialne, ale Wat tłumaczył dla pieniędzy. Robił to szybko, pomijał duże fragmenty. I tam były takie błędy, że brakowało jednego nie, a dwa razy nie to przecież tak. Pracuję nad starym tłumaczeniem „Biesów” Tadeusza Zagórskiego i Zbigniewa Podgórca. Dla pewności odgrzebuję swój rosyjski, mam oryginał „Biesów” i lubię sobie tam poszukać. I porównać, jak jest w oryginale. Robię tak, że wybieram to słowo, które najlepiej mi pasuje i jest mi bardziej bliskie.

Reżyser niejako pośredniczy między autorem, tłumaczem, aktorami i widownią.

Jeśli, tak jak teraz, wiem, kto będzie grał jaką postać, to trochę słyszę w głowie głos aktora i wiem, na ile on będzie na scenie. Jeśli wiem, że Łukasz Lewandowski będzie grał młodego Wierchowieńskiego, Lizę będzie grała Martyna Kowalik, a Eliza Borowska wcieli się w kuternóżkę, czyli Marię Matwiejewną, to ja widzę, co im będzie sprawiało radość. Oczywiście jestem strażnikiem sensu, ale też to oni potem biorą tę postać w swoje ręce i mnie tam nie ma. To aktor robi postać, to on nadaje jej ciało. Dowiadujesz się od aktora mnóstwo rzeczy, bo jak on wypowie słowa, to dla nas to żyje. W interpretacji aktorskiej to wszystko nabiera sensu, a w przypadku Dostojewskiego to jest taka otchłań, gdzie wszystko jest naprawdę, i to dziwne, że to się nie starzeje. Są przypadki majstrowania przy tych tekstach. Ja tutaj broń Boże nie wartościuję, każdy ma prawo do grania Szekspira, ale nie każdy ma do tego talent.

Co stanowi o wyborze danego aktora? Tembr głosu, fizyczność czy może względy osobiste?

Bardzo ważna jest fizyczność – ruch, ekspresja. Dla mnie ważna była współpraca z Kompanią Teatr. Oni mieli wtedy ogromną siłę jako młodzi aktorzy – takie młode wilki, z trochę starszym wilkiem Jackiem Brzezińskim, z którym współpracowałem od początku. Głęboko wierzę, że teatr powstaje w zespole. Niedawno, kiedy robiłem „W oczach Zachodu” w Teatrze Polskim w Warszawie, to odkryłem aktorów, których chciałbym wziąć do „Biesów”. To jest Szymon Kuśmider, fantastyczny aktor z Krakowa, Grzegorz Mielczarek, również z Krakowa, i Eliza Borowska, która grała u mnie już w „Łaskawych”. W aktorze najbardziej cenię skalę emocji, to, na ile on potrafi głęboko wejść w postać, i to, co przekracza w emocjach. Mam nadzieję, że obsada, o której myślę w „Biesach”, to jest silna obsada, i to bardzo doświadczonych aktorów. Bo aktorzy z takim doświadczeniem niosą różne światy. Świat teatru Dejmka, Grzegorzewskiego, Jarockiego. To jest fantastyczne, że można przez tego aktora z tym światem jeszcze bardziej się zmierzyć.

Od początku w twojej twórczości jest duża otwartość na intelektualną kulturę tego, co na wschodzie.

Cezary Wodziński, który miał niezwykłe poczucie humoru, kiedyś zapytał „Janusz, a nie zrobiłbyś Szekspira?”, na co odpowiadam „No wiesz, ja Ruski”, a on mówi „Ja też”. I tak sobie wtedy pomyślałem, że ja przynależę do tej cywilizacji z całą świadomością i nie mam na tym punkcie kompleksu. Bo my ciągle mamy takie zużyte kalki. A okres, kiedy tworzył Dostojewski – co się wtedy działo w Petersburgu. Krytycy literaccy mówili, że jest źle, bo dostajemy z tygodniowym opóźnieniem gazety z Francji. To był tygiel intelektualny, a Dostojewski trafił na ten niebywały kontekst. W Rosji to obrodziło w technikach narracyjnych. Mamy tam absolutnych gigantów – Czechowa, Turgieniewa, Dostojewskiego, Tołstoja. Nie wiem, czy może się równać z nimi jakikolwiek kraj. Jest jeszcze oczywiście wielka kultura anglosaska, ale te narracje w Rosji bezsprzecznie są wielkie.

Kto wcześniej w Polsce zmierzył się z „Biesami”?

W liceum byłem w Teatrze Starym w Krakowie na „Biesach” – Andrzeja Wajdy według adaptacji Alberta Camusa. To było niezwykłe przedstawienie, grane przez 14 lat od 1972 roku. Właśnie zaczynała się miłość Wajdy do Japonii i on był wtedy zachwycony teatrem Bunraku, w którym występują zakapturzone czarne postaci animujące lalki. U Wajdy te czarne postaci zmieniały dekoracje. „Biesy” dzieją się w takim potwornym błocie, po którym biegają bohaterowie. Żeby to uwydatnić, Krystyna Zachwatowicz zrobiła kostiumy ubłocone do kolan. Jan Nowicki grał Stawrogina, a Wojciech Pszoniak – Wierchowieńskiego. Na owe czasy to był bardzo nowoczesny spektakl. Zygmunt Konieczny, który napisał muzykę, zaangażował zespół bigbitowy. Tam była nieprawdopodobna energia. To, co dzisiaj robi Wojciech Klata, to wtedy już robił Wajda. Bez dwóch zdań wprowadził tym spektaklem do teatru powiew świeżości.

W jakim stopniu doznania licealisty sprzed ponad 40 lat mają wpływ na obecne wybory repertuarowe i artystyczne?

Bardzo chcę dialogować, więc w jakiś sposób odnoszę się do tej realizacji. To były dla mnie silne przeżycia, choć niewiele zrozumiałem z tego, co obejrzałem. Brakowało mi wiedzy i doświadczenia, ale została silna pamięć emocjonalna. A dla młodego człowieka emocje są najważniejsze. Dlatego właśnie ta Wajdowska interpretacja „Biesów” jest dla mnie jakimś punktem odniesienia.

A wracając z wielkiego świata dramaturgii do Lublina, co dla ciebie w Lublinie jest tym, co inspiruje, wspiera, pomaga?

Odwrócę to pytanie. Zawsze coś przeszkadza. Nie ma sytuacji idealnych, ale z perspektywy moich już 65 lat nie wiem, czy dla artysty nie jest dobre, jak mu coś przeszkadza, czy sytuacja bardzo dobra go nie rozleniwia. Ja mam doświadczenie pracy za komuny, mam doświadczenie z początku kapitalizmu, kiedy wydawało się, że zaleje nas komercja. Myślę, że Lublin jest miejscem ciekawym, choć trudno mi być obiektywnym, skoro jestem w środku tego dziania się i jestem za jakąś cząstkę tego współodpowiedzialny. Lublin jest szalenie ciekawy artystycznie, różnorodny. Coś w Lublinie się stało przez Noc Kultury, różne festiwale. Jesteśmy fantastycznie wyposażeni w przestrzenie – jest Teatr Osterwy, Muzeum Lubelskie, Centrum Kultury, Teatr NN, jest CSK, KUL, Chatka Żaka. To nie jest duże miasto, ale jest ono predysponowane do spotkań. Np. jak w Warszawie zrobisz jakiś festiwal, to go nie widać, bo to jest potężna aglomeracja i to ginie.

Czy nie wydaje ci się, że ta oferta wydarzeń jest skrojona pod widza wyedukowanego?

Jako osoba, która wyszła z kultury alternatywnej, nie boję się rynku. Tworząc sześcioosobową grupę Provisorium/Kompania Teatr, zagraliśmy 500 razy „Ferdydurke”. Zagraliśmy też „Transatlantyk” i „Do piachu” i myśmy się z tego utrzymywali. Natomiast dziś boję się jednej rzeczy. Musimy się zgodzić na inne punkty widzenia i współżyć. Ale artystycznie. Niech artyści kłócą się o swoje widzenie świata, ale niech nie wchodzą w to politycy. Byłoby idealnie, gdyby zwyciężały projekty wartościowe. Albo ktoś to potrafi zrobić, albo nie. A jeżeli przyjdzie do ciebie ileś osób, to znaczy, że coś umiesz.

Wydaje się, że teatralnie, widowiskowo Lublin jest dla każdego.

Plenerowy spektakl „Sen o mieście” obejrzało 20 tys. widzów w ciągu jednego roku. Powstaje spektakl i on sprowadza ludzi, ale mam świadomość, że nie od razu tak było. Na początku Jerzy Grotowski sprzedawał kilka biletów na spektakl, ale była w Opolu władza, która mu na to pozwoliła. No a potem nie można było się dostać na przedstawienie. Z drugiej strony na disco polo ludzie też przyjdą, ale mam mieć pretensje, że ludzie tego potrzebują?

Rozmawiamy tuż po zakończeniu festiwalu „Konfrontacje Teatralne”. W tym roku 23. edycja, poziom nadal z górnej półki, ale są i zmiany.

Zrobiliśmy mały skręt, bo powierzyliśmy festiwal nowym kuratorom, czyli Łukaszowi Drewniakowi i Wojtkowi Majcherkowi, uznanym znawcom teatru. Było kilka bardzo mocnych punktów. Zaczęliśmy „Wujaszkiem Wanią” Iwana Wyrypajewa z fantastyczną obsadą – Karolina Gruszka i Andrzej Seweryn. Potem była Kleczewska, trudny spektakl ze znakomitymi wizualizacjami. Fantastyczny spektakl z Nowej Huty „Sekretne życie Friedmanów” o pedofilii. Bardzo dobry spektakl Komuny Warszawa „Cezary idzie na wojnę” – opowieść o chłopakach, którzy chcą iść na wojnę, ale wiedzą, że się do tego nie nadają. Pokazałem też swojego „Św. Idiotę” według Dostojewskiego, którego zrobiliśmy z Teatrem Polskim w Bielsku-Białej. Więc było trochę klasyki, ale też sporo nowego teatru. Frekwencja była bardzo duża. Sprzedaliśmy komplet biletów w dwóch salach CSK, a to w przypadku teatru nie jest dziś takie oczywiste.

Potrzeba czy taki trend?

Trochę się wzbogaciliśmy jako społeczeństwo, ludzie mają więcej pieniędzy i rzeczywiście mają potrzebę. Poza tym jest moda na takie miejsca jak CSK czy Teatr Stary. Z kolei my staramy się, aby bilety nie kosztowały nie wiadomo ile, dzięki czemu np. na Konfrontacje przychodzą różni ludzie, którzy tworzą fajną, żywą publiczność. Widać, że Lublin jest rozgrzany energetycznie i kulturowo. W Lublinie postawiono na kulturę. I to jest fantastyczne. Brakuje nam tylko dwóch rzeczy jeśli chodzi o miejsce. Chodzi o modernizację Galerii Labirynt oraz docelową siedzibę dla teatru lalkowego.

Centrum Kultury, w którym jesteś odpowiedzialny za stronę artystyczną, ze względu na wielość i poziom wydarzeń wskazuje na zupełnie nową funkcję miejsca kultury.

Bez dwóch zdań to dom kultury, ale taki w rozumieniu André Malraux, który we Francji był wyzywany od bolszewików, a zakładał domy kultury, które nazywał domami wyobraźni. Znam wiele osób, które dzięki takim miejscom stały się artystami. Te domy kultury zostały obecnie zrehabilitowane, bo wcześniej kojarzyły się z polityką nakazową z okresu PRL, ale w tym nakazie rodziły się czasem rzeczy bardzo ciekawe. W Centrum Kultury, czyli dawnym Lubelskim Domu Kultury, były liczne kluby, np. Beatlesów czy fotografików, odbywały się koncerty, spektakle, wernisaże,

To była również siedziba teatru Provisorium i Kompanii Teatr. W domu wyobraźni przy ul. Peowiaków spędziłeś niemal całe swoje artystyczne życie.

Rzeczywiście, w domu wyobraźni, czyli Centrum Kultury, jestem już bardzo długo. Czas przekazać stery młodszej generacji, by kontynuowała naszą pracę, rozpoczętą z dyrektorem naczelnym Aleksandrem Szpechtem, i tworzyła nowy obraz tego centrum. Myślę, że będę wracał do tego miejsca, które jest dla mnie domem, któremu poświęciłem całą moją energię twórczą.

 

Janusz Opryński, rocznik 1953. Właściciel charakterystycznej sylwetki w długim skórzanym płaszczu lub sztruksowej marynarce. Intelektualista otaczający się legendami literatury, filozofii i teatru. Zanim stał się klasykiem, przez długie lata był związany z polską sceną alternatywną. Ma na swoim koncie kilkadziesiąt realizacji teatralnych. Od ponad 30 lat związany z Centrum Kultury w Lublinie. Jego pasje to czytanie, czytanie, czytanie i niekończący się dialog.

Zostaw komentarz