fbpx

Cicha 4

16 marca 2014
Komentarze wyłączone
1 228 Wyświetleń

_MG_4329

Cicha 4

Squatting, „Wolne domy dla wolnych ludzi”, narodził się 50 lat temu w Anglii. W Europie najwięcej pustostanów zajętych przez wspólnoty ludzi, którzy uważają, że czas się uniezależnić od wszelkich schematów, ograniczeń bytu i kultury życia, działa w Amsterdamie i Paryżu. Wbrew niektórym opiniom nie jest to społeczność z marginesu. W rzeczywistości są to bowiem grupy, które, często za zgodą właściciela, zajmują opuszczone budynki. Tworzą w nich autonomiczne centra, stanowiące miejsca działań kultury alternatywnej oraz edukacji. Są wśród nich zarówno osoby młode, jak i 40-latkowie, a nawet małżeństwa z dziećmi. Wszelkie decyzje podejmują wspólnie. W Polsce jest ich kilkanaście.

                                  

Kamienicę przy Cichej 6 (obecny adres Cicha 4) postawił w stylu klasycyzującym w 1912 roku Sender Zylber, zamożny przemysłowiec żydowski. Trzypiętrowa, podpiwniczona, z facjatkami nakrytymi daszkami dwuspadowymi, rozbudowana została w głąb działki na planie nieregularnej, odwróconej litery „L” z głównym wejściem od ulicy. Jej czterokondygnacjowa fasada podzielona została gzymsami na trzy strefy. Na niej dobudowany szeroki wykusz obejmujący dwie kondygnacje. W jego środkowej części umieszczono dekoracyjny roślinny ornament. W związku z pochodzeniem właściciela i wymogami religijnym jedno z pomieszczeń w owym wykuszu zostało dostosowane do potrzeb rytuału związanego z żydowskim Świętem Namiotów (tzw. Kuczki). Na czwartej kondygnacji tego budynku w jego północno-zachodnim narożu postawiono portyk kolumnowy wspierający dach. We wnętrzu rozlokowano kilkadziesiąt pomieszczeń o różnym przeznaczeniu, a wśród nich salę balową. Słowem, pałacyk Zylbera, jak potocznie nazywano tę budowlę, prezentował się okazale.

Po śmierci Zylbera nieruchomość tę przejął jego syn Hersz Jojna i był jej właścicielem do 1936 roku. Wtedy to kamienicę nabył Konstanty Fitzermann, który dwa lata później sprzedał ją Lubelskiej Izbie Lekarskiej. W czasie II wojny światowej budynek stał się własnością Niemieckiej Izby Lekarskiej, a po zakończeniu wojny przez wiele lat zajmował go Zespół Opieki Zdrowotnej. W ostatnich latach jego użytkowania mieścił się tu m.in. rektorat Akademii Medycznej w Lublinie. Nieopodal, jak na ironię, przy Cichej 8 działał Powiatowy Urząd Bezpieczeństwa Publicznego. W drugiej połowie lat 90. XX wieku kamienica przeszła na rzecz Gminy Miasta Lublin. A od 2005 roku stała się własnością spółki „Cicha” Sp. z o.o. Był przygotowywany jej generalny remont. Niestety, jakoś wyraźnego śladu po nim nie było widać. W końcu, mimo tego, że została sprzedana do rąk prywatnych, pozostała przez lata bez remontu i powoli stawała się kruszejącym pustostanem.

Wspólna decyzja

Rok temu weszła tam grupa ludzi, mając pisemną zgodę obecnego właściciela na nieodpłatny pobyt (opłata tylko za media i wywóz śmieci oraz dbanie we własnym zakresie o ogrzewanie) i działanie w tych murach. Ich oczom ukazał się obraz totalnej ruiny czterech kondygnacji tej kamienicy. W niektórych pomieszczeniach zachowały się tylko stiukowe sufity i nieco zdekompletowany intarsjowany parkiet. W miarę przyzwoicie, jak na stan, który zastali, prezentowała się sala balowa.

Poza tym jednak strych pokrywała warstwa białej mazi usłanej trupami gołębi. Połamane części drzwi, futryn i ram okiennych walały się po korytarzach. Ściany generalnie poobijane z tynku. Rozkradzione kaloryfery, rury i przewody elektryczne, po których pozostały tylko dziury w ścianach. Powyrywane części poręczy przy schodach. Wszędzie śmiecie, gruz i dodatkowo smród ekskrementów dochodzący z niektórych pomieszczeń.

_MG_4454Zakładali, że po opuszczeniu budynku przez bezdomnych, którzy w ostatnich latach urządzili tu sobie „noclegownię”, będą mieli ostre sprzątanie. Ale że będzie tego aż tyle, nikt się nie spodziewał! Lecz nie zrezygnowali. Uzyskali bowiem miejsce, w którym niezależnie od wszelkich instytucji będą mogli realizować swoje pomysły na życie, włączając do nich mieszkańców Lublina. Ich siłą napędową były: wolność i niezależność. I nie mogło być mowy o jakiejkolwiek zmianie planów.

Lubelscy uczniowie, studenci, działacze kilku organizacji pozarządowych, przedsiębiorcy, artyści i matki wychowujące dzieci wzięli się zatem za robotę.

Pięćdziesiąt osób przez ponad dwa miesiące każdą chwilę swojego wolnego czasu poświęcało na sprzątanie podwórka i budynku. Kiedy wreszcie uporali się z całym wewnętrznym bałaganem, odnowili ściany w niektórych pomieszczeniach, naprawili podłogi i wykonali jeszcze inne drobne remonty, z satysfakcją stwierdzili, że kamienica przy Cichej 4 nieco odżyła.

Zależy nam na tym, aby ten budynek przestał niszczeć. Realizujemy przecież tu swoje zamierzenia usłyszałem od jednej ze spotkanych grup. – Robimy to nie tylko dla siebie, ale przede wszystkim dla mieszkańców Lublina. I nie działamy dla zysku. Wszelkie akcje robimy społecznie, a wspomagają nas wolontariusze. Istotne jest to, że tu nikt nam nie powie: zmieńcie w tym, co robicie, jedno lub drugie, bo to nie mieści się w przyjętym schemacie. Mamy przy tym zasadę, że o każdym wydarzeniu decydujemy wspólnie.

Od tej zasady rzeczywiście nie ma wśród nich odstępstwa. Tak jak i od kilku innych. Wszelkie imprezy alkoholowe nie są tu tolerowane. Nie szukają sponsorów, lecz ludzi, którzy chcą ich wesprzeć, bo bliska jest im idea tego miejsca i sami zamierzają z niego korzystać. Niektórzy mieszkają w tym budynku, ale większość poza nim w Lublinie. Na pokrycie bieżących kosztów składają się razem.

Zapewniają, że wszyscy, którzy chcieliby realizować tu swoje niezależne pomysły, mają drzwi otwarte. W trakcie jednego ze spotkań wybrali w głosowaniu swoją nazwę.

Autonomiczne Centrum Społeczne

Oficjalnie otwarto jego podwoje w dniu 14 września 2013 roku. Poza społecznością z Cichej 4 na podwórku przy tej kamienicy i w jej wnętrzu pojawiło się kilkuset mieszkańców Lublina. Każdy znalazł coś, czym się mógł zainteresować. Można było dostać ciekawe książki, obejrzeć wystawy, skosztować dań wegańskiej kuchni i posłuchać informacji o działających tu grupach. Okazało się, że jest ich niemało: galeria sztuki ulicy Brain Damage Gallery, grupa rzemieślnicza FabLab, darmowy warsztat rowerowy, HackerSpace, Fantasy Crew, Federacja Anarchistyczna, Pracownia Sitodruku, Słoneczny Pokój – organizacja skupiona wokół ludzi, zwierząt, głębokiej ekologii i samowystarczalności, feministyczna inicjatywa Queerowe Ambulatorium, zajmujące się problemem kobiet i osób LGBT, oraz lubelski oddział międzynarodowej organizacji Viva broniącej praw zwierząt.

Nikt się nie nudził. Nawet dzieci, które w specjalnie przygotowanym pokoju spełniały swe zamiłowania do rysunku oraz rzeźbienia w glinie lub plastelinie. I nikomu nie przeszkadzało, że zamiast drzwi do niektórych pomieszczeń z futryn zwisają kotary, a gdzieniegdzie czasem skruszył się fragment tynku. Wszyscy czuli się swobodnie. I w opiniach dało się słyszeć, że: – Spotkaliśmy się z inicjatywami, których do tej pory w Lublinie nie było. Chętnie tu wrócimy.

TuTarg

I wrócili. Mimo siarczystego mrozu na dworze, nie mogli bowiem, podobnie jak dwóch poprzednich, odpuścić trzeciej edycji TuTargu, organizowanej 2 lutego tego roku przez Fundację „Słoneczny Pokój”.

_MG_4401Stare drzwi wejściowe do budynku osadzone na zamarzniętych zawiasach z trudem poddawały się otwarciu. Za nimi pierwsza informacja: „Uwaga, śliskie schody”. Krok za krokiem udało się je jednak pokonać. Niektórzy pomagali sobie nawzajem. Wreszcie piętro. Tu jeszcze mroźno, ale zza kotary zasłaniającej wejście do jednego z pomieszczeń wydostawały się wyraźnie widoczne smugi pary. Wchodzili więc szybko i od razu stawali przy wysokiej gazowej ogrzewnicy. Wracało ciepło. Można było swobodnie się rozejrzeć.

Na kilku stołach: aronia, grzyby suszone, borówka amerykańska w owocach oraz w formie soku tłoczonego z niej metodą naturalną, ciasta, orientalne przyprawy, warzywa i miody. Obok nich stoisko: „Alternatywa kosmetyczna”. Ochronne pomadki do ust, np. gdy są popękane. Maść dla sportowców uprawiających wspinaczkę skałkową. Balsam odkażający. Krem zimowy dla dzieci na bazie olejów i wosku. Niebywałe zainteresowanie budzi mydło „solony pomidor”. W kolorze czerwonym. Ze sproszkowanego pomidora.

To, co nazywa się mydłem sprzedawanym w sklepach, dla nas nie jest mydłem naturalnym dowiadujemy się przy stoisku. – W naturalnym procesie jego wytwarzania powstaje m.in. gliceryna, ale jest z niego zabierana, bo można na niej osobno zarobić. I dlatego tamto mydło ma różne chemiczne wypełniacze. Często coś, co nazywamy mydłem, jest tylko detergentem z utwardzaczem. A to jest naturalne mydło. Nie wysuszy skóry, tylko ją nawilży.

Nieco dalej w rogu pomieszczenia Stowarzyszenie „Otwarte Klatki”. Działają na terenie trzech miast: Warszawy, Poznania i Wrocławia. Zajmują się prawami zwierząt. – Obecnie prowadzimy kampanię na rzecz zakazu w Polsce hodowli zwierząt na futra mówi Ola, która przyjechała do Lublina, aby prowadzić kursy dla nowych wolontariuszy stowarzyszenia. – Walczymy o to, aby skończyło się zadawanie zwierzętom bezsensownych cierpień – dodaje.

Nieopodal na innym stole tekturowa skarbonka z napisem: „Rzuć na Cichą”. Nie pozostaje pusta. Za stolikiem para młodych ludzi, którzy są od początku powstania ACS.

Tutaj znalazły swoje miejsce inicjatywy, które nie mogły go znaleźć w oficjalnych strukturach podkreślają. Wszyscy są akceptowani i czują się dobrze. Niezależnie od nikogo i niczego mogą rozwijać własne zainteresowania.

Pani Małgorzata, właścicielka „Zielonego Talerzyka”, który już po raz drugi znalazł się w pierwszej dziesiątce rankingu lubelskich restauracji, zgadza się z tym poglądem i dlatego uczestniczy w każdej edycji TuTargu. Na tej także ma swoje stoisko. Oferuje produkty służące przyrządzaniu posiłków wegańskich i wegetariańskich

Są to warzywa wyłącznie z ekologicznych gospodarstw stwierdza. U mnie, w „Zielonym Talerzyku” przy ulicy Królewskiej i przy Obrońców Pokoju, jest priorytet: co naturalne i polskie, to polskie i nie do zastąpienia. A wracając do ACS? Oceniam pozytywnie. Człowiek musi brać życie w swoje ręce. Powinien być autonomicznym i robić coś wreszcie zgodnie ze swoimi odczuciami i zasadami. I dlatego jest mi po drodze i z ACS, i z Agatą oraz Sylwią ze Słonecznego Pokoju. Ci ludzie chcą przeżyć życie na własny rachunek. I chociaż większość z nas woli wchodzić w utarte struktury, zawsze będzie taki nurt tych, którzy będą szukać światła w sobie. A ja to wspieram.

W pomieszczeniu ze stoiskami tłumek się przemieszcza. Przeglądają, radzą się i kupują. Małżonkowie Karolina i Łukasz są zadowoleni.

Kupiliśmy kiełki, cuprycę bułgarską do robienia oliwek i sosów opowiadają z uśmiechem. Uważamy, że takie wydarzenie powinno być rozpowszechnione na szerszą skalę i żeby coraz więcej ludzi zaczęło się zdrowiej odżywiać.

Zadowolone są także pomysłodawczynie i organizatorki imprezy: Sylwia i Agata, prowadzące Fundację „Słoneczny Pokój”. Pierwsza jest grafikiem i arteterapeutą. Druga fotografikiem. Obie mają rodziny i dzieci. Zaczęły działalność na początku zeszłego roku, współtworząc kilka wydarzeń dla dzieci: „Kokony Kultury” na Nocy Kultury , „Plecionkę” na Jarmarku Jagiellońskim i „W przestworzach” na otwarcie ACS. Prowadzą tu raczkującą jeszcze „Czytelnię Wolność”, udostępniając literaturę z zakresu praw człowieka, zwierząt i ekologii. Za wielki sukces uznają zorganizowanie wykładu Je Desi Rinpoche – tybetańskiego nauczyciela, który wizytował Polskę na osobistą prośbę Dalajlamy.

_MG_4426– Chcemy, aby Słoneczny Pokój stał się taką kreatywną enklawą głębokiej ekologii stosowanej na co dzień,opartej na dobrym, także w sensie etycznym, pożywieniu pochodzącym od lokalnych wytwórców. Wokół nas skupiamy ludzi, którzy nie tylko zdrowo się odżywiają, ale też żyją w poszanowaniu natury oraz innych ludzi i chcą się dzielić swoim doświadczeniem. TuTargi z jednej strony dają możliwość zakupienia fajnego jedzonka i spotkania się z ciekawymi ludźmi, a z drugiej zawsze towarzyszy im wydarzenie społeczno-kulturalnie o istotnej treści. Poprzednio konfrontowaliśmy się z tematem gazu łupkowego dzięki naszym gościom z Żurawlowa, dziś mamy spotkanie z grupą uchodźców z Czeczenii.

TuTarg nie jest nastawiony na zarobek. Jest formą wzajemnego poznania się i tego, co oferują zaproszeni goście. Przy akompaniamencie Tomasza Kozdraja, Żandara Zakajewa, Kemrana Szachidowa wokalna grupa czterech dziewczynek: Rajany, Imani, Radzimy i Mesedu wykonała rodzinne pieśni z Czeczenii.

Podzieliły się cząstką swojej kultury dużo bardziej patriarchalnej, a obecnie uwikłanej w walkę o wolność mówi Sylwia. Agata zaś dodaje: – Zapraszając ich, okazujemy szacunek ich doświadczeniu, a jednocześnie pokazujemy nasze.

—————————————————————

 

Kamienica przy Cichej 4 jest, co prawda, objęta ochroną Miejskiego Konserwatora Zabytków w Lublinie, ale tylko jako element zabytkowego kompleksu Starego Miasta i Śródmieścia. Idzie o jej fasadę. Nie jest natomiast wpisana do rejestru zabytków i stąd wkraczanie do właścicieli z jakąkolwiek decyzją dotyczącą ochrony jej w całości nie jest możliwe. Obecnie proces jej zupełnego rozkładu został w pewnym stopniu wstrzymany. Jest jednak pytanie: co dalej z tak rzadkim w naszym mieście stuletnim budynkiem przy ulicy Cichej, która niegdyś była fragmentem arterii zwanej Radziwiłłowską, prowadzącej od ulicy Zielonej aż do ulicy Wieniawskiej.

 

Tekst Maciej Skarski

Foto Katarzyna Zadróżna

Komenatrze zostały zablokowane