fbpx

ENERGETYCZNIE

28 grudnia 2022
101 Wyświetleń

Lubię wiedzieć, że adoptując nową technologię, mam ku temu jakiś powód. Moje rodzinne miasto Lublin odważnie i szeroko inwestuje w elektryczną komunikację miejską. Na ulicach przybywa pojazdów z zielonymi tablicami rejestracyjnymi, w większości – firmowych lub wręcz: państwowych. Czy rzeczywiście napędzanie wszystkiego prądem to świetlana przyszłość? Chciałbym to wiedzieć, bo na razie nie jest zbyt różowo.

Wszędzie pełno artykułów i inseratów: jakież to opłacalne! Nie dość, że oszczędza się środowisko, to jeszcze elektryczne koszty przejechania kilometra są nieporównanie niższe, a państwo dopłaca do nowego samochodu kilkanaście tysięcy! Kilkanaście tysięcy do… dwustu. Dzięki, wzruszyłem się. Za dwieście, niewydane na „elektryka”, spokojnie przeżyję pięć lat, jeżdżąc czymś innym. Nie dość na tym; liczba odbiorców samochodów na prąd zawężona jest do pracujących w dużych firmach, które mają własne parkingi z ładowarkami, i do mieszkańców zabudowy indywidualnej, którzy w takie ładowarki się wyposażą.

Sukcesywnie nowo budowane apartamentowce i osiedla będą wyposażane w ładowarki? OK, tyle że będą one w zamkniętych garażach podziemnych, bo inaczej okoliczni cwaniacy, niekoniecznie lokalni, natychmiast je zajmą i jeszcze zrobią z tego dochodowe biznesiki dla siebie. Tragizuję w sprawie rodaków? Wystarczy rozejrzeć się w miejscach do parkowania dla rdzennych lokatorów i dla przybyszów. Co z osiedlami bez ładowarek?

Teraz clou niniejszego przekazu: taniej to już było! Niektóre rachunki za energię elektryczną wzrosły dziesięciokrotnie! Cóż, jest popyt, cena rośnie. Liczba urządzeń na głowę chyba już sięga dziesięciu (bez statystyk „gadżeciarzy”). U mnie w mieszkaniu jest minitablica z trzema bezpiecznikami automatycznymi. U kilku moich krewnych i znajomych sam ekran obsługi lodówki przypomina deskę rozdzielczą koreliańskiego krążownika przestrzeni, a bezpieczniki domowych instalacji zajmują osobny pokój. Tu rodzą się pytania nie tylko w kwestiach: jak dużo za to płacić, ale też: skąd tę energię brać? Potężnieją pokrzykiwania w sprawie pozamykania elektrowni atomowych. Ostatnio, z przyczyn „wojennych”, te głosy nieco przycichły, ale wrócą, nie dając wraz ze sprzeciwami pomysłów na cokolwiek w zamian.

Chyba że mamy tajne dla maluczkich porozumienie z kosmicznymi sąsiadami, którzy przekazali wybrańcom technologię pozyskiwania taniej energii np. z wody morskiej! Jeśli tak, to faktycznie trzeba szybko i rozmachem przechodzić na nową energię!

Nie, jeszcze nie dołączyłem do płaskoziemców i innych tej maści teoretyków, chociaż w kwestii kosmicznych sąsiadów mam jednoznaczne poglądy: muszą istnieć. Najgorsze, że zawsze znajdą się ci „wtajemniczeni wybrańcy”. „Antka szwagra żony brat rodzony” załapie się na wszystko, nawet jeśli nie tkwi u steru władzy, a może właśnie dlatego. Władzę się tuczy po cichu, ochłapkami tego, co zgarnia się samemu.

Ze świecą (nie: z diodą) szukać takich ludzi, jak Jonas Salk, badacz i wynalazca szczepionki przeciw chorobie Heinego-Medina (ostre porażenie dziecięce, wirusowe zapalenie rogów przednich rdzenia kręgowego; polio). Swojej szczepionkinie opatentował; oddał ją światu za darmo.

Najbliższe miesiące i lata nie upłyną nam za darmo, przy założeniu, że żaden bandyta pokroju putina (mała litera jest tu rozmyślnie) nie wysterylizuje Ziemi wcześniej. Jeśli nie pójdziemy w rozwój źródeł energii, zamiast tłuc się między sobą jak bydlęta, niedługo gniazdka będą dla wybranych, a dla reszty – łuczywa i ogniska z promowanego przez rząd chrustu. A mieliśmy dynamicznie się rozwijać…

tekst Maciej Wijatkowski

foto Sacre Bleu | Unsplash

Zostaw komentarz