fbpx

Głos mody z Lublina

2 grudnia 2013
Komentarze wyłączone
915 Wyświetleń

Jak przewietrzyć szafę przed zimą

IMG_8347

Nazwa Volvo kojarzy się z marką. Volvo to światowa jakość na najwyższym poziomie. Nic więc dziwnego, że impreza Volvo Fashion Voice Lublin wzbudziła emocje długo przed jej rozpoczęciem, a widownia w Collegium Maius Uniwersytetu Medycznego w Lublinie była zapełniona po brzegi. Dwie pierwsze kolekcje, oprócz linii ubrań na przyzwoitym, europejskim poziomie, to przede wszystkim zmagania się modelek z mocno skrępowanym ciałem i chodzeniem na wysokich obcasach. Modelkom przydałyby się ćwiczenia rozciągające, synchronizacja ruchów oraz odrobina uśmiechu. Coś, co powinno być oczywiste, okazało się ponad ich możliwościami. Interesujące, kloszowane i suto marszczone, a przede wszystkim bardzo kobiece sukienki z zabawnymi nakryciami głowy z kolekcji Anny Wendeker, a także stonowane w formie, kolorze i fakturze tkanin ubrania z kolekcji Sistu&Farbotka narobiły smaku na to, co powinno zdarzyć się później, jednak na smaku niemal się skończyło.

 

Od plusa do minusa

 

Lubelski świat mody miał w ostatnich 20 latach kilka dobrych momentów. W końcu to stąd pochodzi i tu stawiał pierwsze kroki Maciej Zień, to tu w latach 80. i 90. bulwersowała swoimi artystycznymi pomysłami Jola Szala – laureatka prestiżowej Złotej Pętelki. Skądinąd w tym roku nagroda ta po raz drugi trafiła w ręce innej lublinianki ‒ Ewy Pieczykolan. To w końcu w Lublinie realizowany był cykliczny program telewizyjny Bartka Wieczorka „Wieszak” i odbywała się coroczna gala mody „Złoty Wieszak”, która przyciągała nad Bystrzycę cały przekrój tego, nad czym warto było w tamtym czasie w Polsce pochylić głowy. Przy okazji udało się przemycić sporo nowinek ze świata, włącznie z ostatnim zjawiskowym pokazem kolekcji Slavy Zaitseva. W Lublinie odbywały się także cykliczne „Prowokacje”, których celem było prezentowanie młodych zdolnych. Natomiast Fashion Voice Lublin, który miał odzwierciedlić głos tego, co obecnie dzieje się w branży modowej w Lublinie, obnażył jego mizerię, chciałoby się powiedzieć – przeciętniactwo. Większość pokazanych tu „kolekcji” to przypadkowa zbieranina ubrań, włącznie ze znaną sieciówką „Olsen”, która posiada w Lublinie sklep firmowy, a której prezentacja przypominała wietrzenie magazynów przed wysprzedażą w outlecie. Większość tzw. kolekcji przypominało poszyte w pracowniach ubrania dla indywidualnej klienteli i zebrane w jednym miejscu na tę specjalną okoliczność. Bo przecież kolekcja to zamysł, idea, kreacja tego, co nowe, lub inny pomysł na to, co już było. Tymczasem odzież prezentowana na pokazie była tego zaprzeczeniem. Nie popisała się rodzima firma SAGAN, niezauważalne były również buty, w których próbowały utrzymać równowagę niektóre modelki. A przecież mizeria wyobraźni jest czymś, co nie chadza w parze z wybiegami mody.

Na Fashion Voice Lublin zawiodło nawet futuro. Projektantka Joanna Łubkowska to młoda osoba o wielkim wdzięku, ale kojarząca modowe futuro głównie z metalicznymi wstawkami i asymetrią. Futuro to jest np. film „Mad Max” z 1985 roku z Tiną Turner i Melem Gibsonem w rolach głównych, z imponującymi kostiumami, które pomimo 30 lat ciągle inspirują swoim szaleństwem i awangardą. No właśnie – futuro to awangarda i nieokiełzany świat wyobraźni, a nie ugrzecznione ubrania z imitacją złota i ostro zakończonymi wyłogami kołnierzy.

Do kogo był pokaz adresowany? Na kilkaset osób zasiadających na widowni zaledwie kilkadziesiąt było interesująco lub w miarę interesująco ubranych. Patrząc zarówno na scenę, jak i na widownię, można było zauważyć, że w Lublinie ciągle obowiązuje rodzaj lokalnej klasyki – styl garsonkowy i studniówkowy, używany w zależności od wieku i okoliczności. Tak wielu tak źle ubranych kobiet w jednym miejscu dawno w Lublinie nie widziano. Nie od dziś wiadomo, że drobnomieszczańskie przyzwyczajenia przez kilkadziesiąt lat spustoszyły gusta, czyniąc z mieszkańców Lublina prowincjuszy, odstających od modowej mapy Polski. Rozglądając się dookoła, nie trudno było oprzeć się wrażeniu, że show został zorganizowany nie dla potencjalnych odbiorców, tylko dla osób obsługujących tę branżę.

No i jeszcze dyganie. Większość autorek pokazywanych tu kreacji, otrzymując dyplom od organizatorów, grzecznościowo dygała. Dziwny to zwyczaj to dyganie dorosłych kobiet. Jak w klasie przy odbiorze świadectwa szkolnego.

 

Warte zapamiętania

 

Bezdyskusyjnie odkryciem imprezy było stwierdzenie, że na tak niewielkiej powierzchni udało się zaistnieć tak wielu dobrze ubranym młodym mężczyznom. Rzadki to widok w Lublinie, kiedy mężczyzna nie tylko ma na sobie marynarkę ze sznytem, wystylizowane włosy, ale i buty bez długich, zadzierających się do góry dziobów. To wprawdzie nie zasługa organizatorów, ale zjawisko, które z satysfakcją można było poobserwować. Zważywszy na fakt, że znalezienie w centrum Lublina co najmniej dwóch stylowo ubranych mężczyzn w tym samym czasie i w jednym miejscu graniczy z cudem.

Dobrze się stało, że intensywnie nagłaśniana impreza miała cel charytatywny i cały dochód został przeznaczony na cele statutowe Fundacji Oswoić Nadzieję. Miłym akcentem podczas pokazów była również obecność osób niepełnosprawnych.

Natomiast największym zaskoczeniem wieczoru była prekursorka lubelskiego świata mody – Jola Szala. Można dyskutować o kolorystyce i doborze tkanin, ale jej kolekcja unisex, czyli przeznaczona zarówno dla kobiet, jak i dla mężczyzn, pokazała, na czym niekonwencjonalne myślenie polega i że takie myślenie w Lublinie w ogóle jest możliwe. Łączenie wszystkiego ze wszystkim oraz przenikanie się stylów miejskiego i eleganckiego pokazały, ile inspiracji można czerpać z mody. Kolekcja JOSZ miała również najlepiej przygotowaną prezentację – było na luzie, dynamicznie, interesująco. Projektantka czuwała nie tylko nad przedstawieniem pojedynczych fasonów, ale i nad całością pokazu, bez czego w przypadku zwartej kolekcji raczej jest trudno.

Ciekawie zaprezentowała się kolekcja firmy Caterina, która potrafi zaskoczyć nie tylko cenami z górnej półki, ale również doskonałymi tkaninami, wykończeniem i klasyką w najlepszym słowa tego znaczeniu. Taką klasyką, jakiej na lubelskich ulicach i salonach wciąż brakuje.

Trzy rzeczy warte zapamiętania? Proste i eleganckie torby papierowe na gadżety z równie prostym, ale sugestywnym liternictwem, będącym emblematem imprezy, katalog pokazujący w dużym skrócie to, co było tematem wydarzenia, dzięki czemu udało się wyłowić kwintesencję wieczoru, oraz piękne samochody głównego sponsora imprezy. Jednak jak na takie zamieszanie, to zdecydowanie za mało.

 

Co dalej?

Tym, czego z całą pewnością w Lublinie brakuje, to modowej prasy, nie tyle informującej kto, co i gdzie, ale analizującej, porównującej i mobilizującej do dalszych działań. Bez tego każdemu domorosłemu projektantowi wydaje się, że osiągnął już Himalaje swoich możliwości. Serwisy fotograficzne na portalach z komentarzami wyrażającymi podziękowania i gratulacje oraz zaproszenie do następnej tak wspaniałej imprezy dopełniają tego, co w „świecie mody” w Lublinie się dzieje. A może po prostu niektórym pomyliły się pojęcia i zamienili krawcowe na projektantów? Bo rzeczywiście brzmi to jakby lepiej.

 

Tekst Marta Mazurek

Foto Krzysztof Stanek

 

Komenatrze zostały zablokowane