fbpx

Hula-hoop

19 maja 2017
733 Wyświetleń

Żółte, jaskrawo-zielone, w paski zebry, w cętki malowane. Brakowało tylko odzianych w futerko. A mowa o  kołach hula-hoop, wylansowanych przez młode Amerykanki w drugiej połowie lat 50. XX wieku. Kolorowe koła szybko podbiły cały świat. Biodrami kręciły kobiety w każdym wieku, co rusz ustanawiając nowe rekordy. Dziś hula-hoop jest jednym z atrybutów gimnastyczek artystycznych. Renesans kręcenia ma miejsce w Parku Ludowym w Lublinie za sprawą Kasi Sierżant, która swoje kółko przywiozła z Australii.

Kasia Sierżant – wysoka, zawsze uśmiechnięta, bardzo charyzmatyczna, ma 37 lat, urodziła się w Radomiu, ale jak sama mówi, czuje się lublinianką. Kiedy po powrocie z antypodów wyrabiała dowód osobisty, była zaskoczona, że urzędnik w magistracie stwierdził z sympatią „O, radomianka”. Jest dyplomowaną germanistką. A do Australii pojechała za swoją miłością. Gdy już dotarła do Sydney, znalazła swoją drugą miłość – hula.

W Australii taka forma zabawy jest bardzo popularna zarówno w zamkniętych salach, jak i na otwartych przestrzeniach. W Sydney hulają na plażach, w parkach, a także w wynajmowanych salach, koniecznie z lustrami.

Kasia Sierżant wkręciła się na tyle mocno, że skończyła kilka profesjonalnych  kursów. W 2008 roku, po powrocie do Lublina, nie mogła przestać kręcić. Po kilku miesiącach zaraziła kręceniem najbliższe koleżanki. – Początkowo było to nawet 15 dziewczyn, choć nie wszystkie złapały tego bakcyla. Teraz mamy stałą grupę.

Wśród nich jest Patrycja Bielak, 35 lat, trenerka interpersonalna. – Pewnie nie hulałabym, gdyby nie Kasia. A gdy już hulam, to dla mnie jest to sposób na odnalezienie centrum, środka siebie. To również sposób na uczenie się sztuki wprowadzania rzeczy w ruch bezwysiłkowo…

Osób, dla których kręcenie jest poszukiwaniem centrum siebie, jest więcej. Nic więc dziwnego, że w Lublinie hula-hoop przyjęło się. Część informacji rozchodzi się pocztą pantoflową, od kilku miesięcy działa profil na Facebooku „Lublin hula”.

 

Dla zdrowia, urody, satysfakcji…

 

Koła do hula-hoop zrobione są  z tworzywa sztucznego, ewentualnie z drutu lub innego materiału, np. wikliny. Pierścień taki może być o średnicy od kilkudziesięciu centymetrów do ponad jednego metra. Mało waży i może służyć nie tylko do kręcenia, ale też do innych codziennych ćwiczeń.

Agnieszka Marcewicz-Kuba, 38 lat, z zawodu chemiczka, pod kierunkiem Kasi kręci od 8 miesięcy.  – Hula to właściwie nie zabawa, tylko sposób na życie, jak już złapiesz bakcyla hulania, to nawet miejsce nie ma znaczenia, a Kasia jest osobą, przy której nawet najtrudniejsze triki wydają się łatwe, proste i przyjemne.

Do tej pory miłośniczki kręcenia głównie spotykały się na boisku obok stadionu Lublinianka albo w wynajętej sali szkoły samochodowej. Od połowy września warsztaty są prowadzone w Chatce Żaka. Wśród kręcących są młode dziewczyny, dzieci, nauczycielki, listonoszka, psycholożka, masażystka, singielki, młode mężatki, matki dzieciom. Przedział wiekowy to 20–50 lat.

– Dzięki hula poznajesz swoje ciało, swoją kobiecość. Na spotkaniach jest dużo zabawy. Kręcenie hula koordynuje dwie półkule. Nie chodzi tu o robienie trików, ważne, żeby ludzie wczuli się w swoje ciało. Kręcenie jest świetne dla wszystkich mięśni, można schudnąć. W hula wkręcili się nawet mężczyźni. Ważne jest, aby każdy znalazł swój własny styl. Jedna z dziewczyn przez miesiąc kręciła, zawsze gdy oglądała „Wiadomości”. Dzięki temu łatwo pozbyła się brzuszka pociążowego i schudła, ale nadal kręci – przekonuje Kasia Sierżant.

Tekst i foto Paulina Daniewska

Zostaw komentarz