fbpx

Integracja: Ewa

14 lutego 2015
Komentarze wyłączone
1 918 Wyświetleń

Integracja - Ewa 1Lato dwutysięcznego roku dla dziewiętnastoletniej Ewy Michalak było wyjątkowe. Poza nią bal maturalny, przy niej dyplom ukończenia lubelskiego Technikum Żywienia Zbiorowego, a przed nią bliskie perspektywy znalezienia pracy i mocnego wkroczenia w dorosłe życie. Jeszcze tylko wymarzony odpoczynek wakacyjny. Potem jesienny wybór miejsca, w którym chciałaby wykonywać wyuczony zawód. I… całe jej dotychczasowe poukładane życie w ciągu kilku sekund przestało istnieć. Tuż przed Wigilią Bożego Narodzenia przeżyła wypadek samochodowy i uszkodzony kręgosłup spowodował bezwładność nóg. Dość długi pobyt w szpitalu sprawił, że powoli wykruszyli się znajomi, koleżanki i koledzy.

– I to było straszne – wspomina. – Nie myślałam jednak, że będzie gorzej. Przez długi czas nie docierało do mnie, że nie będę już mogła chodzić, nawet jeśli na razie nie czuję nóg. Zupełnie tego nie przyswajałam. Poleżę, zdejmą gips i pójdę – myślałam. Kiedy kilkakrotnie odwiedzili mnie niepełnosprawni na wózkach i starali się podtrzymać mnie na duchu, nie chciałam z nimi zbytnio rozmawiać. Na wszelkie sposoby broniłam się przed wózkiem. W końcu jednak musiałam się na niego przesiąść. Był to najtragiczniejszy dzień w moim życiu.

Po wyjściu ze szpitala ciężko jej było się w tym wszystkim pozbierać. Mieszkała we wsi Piotrowice niedaleko Bychawy i odnosiła wrażenie, że każdy patrzy na nią z politowaniem. Przerażał ją wzrok ludzi. I chociaż dzisiaj wie, że mogła mylić się w tym osądzie, wtedy nie umiała myśleć inaczej. Chciała się zamknąć w domu. Wstydziła się wózka i swojej niepełnosprawności. I gdyby nie jej siostra, która czasem wręcz na siłę zabierała ją na spacery, na zakupy i nawet na imprezy, pewnie nigdy nie dostrzegłaby sensu życia. Największego „kopa”, jak sama powiada, dali jej jednak niepełnosprawni członkowie z Fundacji Aktywnej Rehabilitacji. To oni byli w szpitalu i potem także jej nie zostawili. Odwiedzali w domu, przekonywali, że można z tym żyć i wreszcie w 2007 roku zabrali na kurs prawa jazdy. Ukończyła go i poza zaliczeniem teorii, zdała egzamin praktyczny na fundacyjnym samochodzie marki Toyota przystosowanym dla niepełnosprawnych.

– W ten sposób przełamałam opory, jakie miałam po wypadku, żeby wsiąść do samochodu – stwierdza. – Niebawem też, akurat w rocznicę mego wypadku, kupiłam swoje pierwsze auto od niepełnosprawnej dziewczyny. To mnie nakręciło. Zrozumiałam, że mogę w życiu egzystować i robić coś, co osoba sprawna. Auto dało mi dużą dozę niezależności. A kiedy w fundacji zaproponowano mi pracę w realizacji Projektu Państwowego Funduszu Rehabilitacji dotyczącego aktywizacji osób niepełnosprawnych – mogę śmiało powiedzieć, że odżyłam.

Na co dzień pracuje z niepełnosprawnymi. Są to ludzie zarówno po wypadkach, jak też i chorzy od urodzenia. Większość z nich porusza się na wózkach. Jej podopieczni mieszkają dwadzieścia kilometrów od Lublina, a bywa, że i sto pięćdziesiąt. Nieprzerwanie dojeżdża więc do nich samochodem. Obecnie najstarsza pani w tej grupie ma sześćdziesiąt trzy lata, a najmłodszy chłopiec szesnaście. Pokazuje im, jak samodzielnie wykonać wiele czynności w domu, wejść i zejść z wózka, prowadzić samochód itp. Zmienia ich psychikę i pomaga podnieść się z krytycznego stanu, który podobnie jak ją, zwłaszcza na początku takiej niepełnosprawności, niemal każdego ogarnia. Cieszy się, gdy stają się coraz bardziej samodzielni i odzyskują chęć do życia.

Mnie kiedyś bardzo pomogli: siostra i niepełnosprawni z fundacji – podkreśla. – Teraz ja robię to samo. Każdemu, kto znalazł się w takiej sytuacji jak moja i moich kolegów, zawsze mówię, że nie jest to koniec świata. Naprawdę z tym można i trzeba żyć. Nikogo nie zapewniam, że w takim przypadku jest bardzo pięknie i kolorowo, bo to nie jest prawda. Ale mówię, że mimo wszystko nie jest tak tragicznie do końca. Człowiek sam może sobie w jakiś sposób nakręcić swój dalszy ciąg życia. Nawet poruszając się na wózku.

         Ewa Michalak jest kobietą szalenie aktywną. Uwielbia jazdę samochodem. Uczestniczy w różnych imprezach, tańczy i bawi się znakomicie. Musi coś robić i być między ludźmi. Czasem sama się dziwi, jak tyle lat po wypadku mogła właściwie przesiedzieć w domu bez takiego kontaktu. Jest samodzielna i silniejsza niż w pierwszych latach poruszania się na wózku.

         – Kim teraz jestem? Na pewno tą samą Ewą, którą byłam czternaście lat temu – stwierdza. – Przy tym Ewą, która się nie poddała i przez ostatnie lata pracy z ludźmi czuje się bardziej dowartościowana. Mam teraz swoje nowe życie i chcę je wykorzystać jak najlepiej. Oczywiście niczego w przyszłości nie przekreślam. Także tego, że będę miała swoje dzieci. Uważam tylko, że póki można, trzeba robić swoje, a na wszystko przyjdzie czas.

 

 

Komenatrze zostały zablokowane