fbpx

Kocia kołyska: Wonderful life wg Blacka

16 lutego 2016
Komentarze wyłączone
645 Wyświetleń

Fekieton 111– Dobrego roku złe początki – zafrasowana powiedziała Bożena M., kiedy leżąc na kozetce w izbie przyjęć, starała się zapanować nad nieustannie spadającym ramieniem, tym od strony lekarza. Nigdy nie była mocna z fizyki, ale przyszła jej do głowy pewna alternatywna teza – albo siła odśrodkowa źle się zlokalizowała, albo po prostu kozetka jest za wąska. Bożena M., do której członkowie rodziny zawsze dzwonili z powodu jej empatii, kiedy lądowali w szpitalnych izbach przyjęć, z fascynacją obserwowała w takich sytuacjach walkę z opadającym jednym ramieniem i desperacko wiszącą dłonią, zwłaszcza u tych, u których leki przeciwbólowe zaczęły działać i pogrążeni w lekkim śnie tracili kontrolę nad owym niesubordynowanym ramieniem, którego dłoń zawadiacko wisiała tuż nad szpitalną podłogą. „A przecież wystarczyłoby poszerzyć o 10 cm łóżko” – odkrywczo pomyślała Bożena M., tym razem bazując na własnym doświadczeniu i wywracając tym samym do góry nogami filozofię standaryzacji mebli szpitalnych. – Nie masz na to wpływu, tu działa prawo Murphy’ego – zapodała będąca na wiecznej diecie Iwona D., u której raz na jakiś czas pojawiał się niespodziewany i napadowy apetyt na coś absolutnie niezdrowego i mocno kalorycznego. Pod osłoną nocy, nieumalowana, w dresie lub pidżamie, wsiadała do samochodu i jechała do najdalszego w mieście fast food’u z opcją wydawania posiłków zmotoryzowanym. Za każdym razem, kiedy składała zamówienie z prośbą o uwzględnienie dwóch dodatkowych ketchupów, rodziła się w niej pewnego rodzaju wątpliwość, czy w papierowej torbie na wynos oby na pewno znajdzie choć jedno podłużne, czerwone opakowanie z pomidorowym sosem. Z pewnego rodzaju obawą odjeżdżała na parking, aby pod osłoną ciągle tej samej nocy spałaszować frytki z ketchupem. I jakaż była jej konsternacja, kiedy w zapakowanym zestawie nie znalazła nie tylko dodatkowych opakowań z sosem, ale również jednej sztuki ketchupu przynależnego jej z urzędu. W zależności od stopnia desperacji Iwona D. albo zjadała suche frytki, czując na końcu języka grudki soli, albo maszerowała w mocno domowym ubraniu z twarzą nieprzypominającą jej samej i delikatnym rozgardiaszem na głowie do okienka wydawczego, gdzie w świetle reflektorów stojących w kolejce samochodów (licząc w cichości ducha, że nikt jej nie rozpozna ), pokazując paragon, tłumaczyła zaistniałą sytuację. Ale i ta opowieść nie jest w stanie przebić przypadku Joanny K., która w wigilijne popołudnie stanęła na peronie dworca kolejowego z torbą pełną prezentów i zapakowanym półmiskiem z rybą w galarecie. Pociągi, które nieco były opóźnione tego dnia, nagle zaczęły nadjeżdżać jeden po drugim. Joanna K. bardzo nadstawiała ucha, aby wychwycić podawaną przez megafon informację o przyjeździe środka lokomocji, który miał ją zawieźć na wigilijną kolację do miejscowości oddalonej o 40 km. Dyspozytorka mówiła cichym i monotonnym głosem, a hałas wjeżdżającego właśnie składu na sąsiednim peronie całkowicie zagłuszył komunikat. Kiedy w końcu dotarł jej rzekomy pociąg, okazało się, że zamieszczone na wagonie obryzgane błotem tablice z opisaną trasą były kompletnie nieczytelne. Upewniwszy się u stojących obok podróżnych co do treści być może przez nich usłyszanego komunikatu, wsiadła do pustego wagonu, szczęśliwa, że będzie podróżować w tak komfortowych warunkach. Postawiła półmisek z galaretą na półce i wygodnie się rozsiadła. Przez brudne okno nie było widać mijanych miejscowości. Joannę K. zastanowiło, że pociąg nigdzie się nie zatrzymuje. Starając się przypomnieć sobie stacje pośrednie, poczuła ogarniający ją gorąc wydostający się z kaloryferów. Po podjęciu nieudanej próby otwarcia okna wróciła na swoje miejsce. Rozmyślając o niezbyt pewnej sytuacji, w jakiej chwilowo się znalazła, i rozpatrując wszystkie możliwe kierunki, w jakich jechała jej luxtorpeda, poczuła, że coś spada na jej głowę, a następnie ześlizguje się po twarzy. Najpierw zamarła, ale po chwili desperacko się poderwała i spojrzała prawdzie w lustro. Z jej czoła zsuwała się złocista galareta, która docelowo miała otulać kawałki wykwintnej wigilijnej ryby i która rozpuszczona i rozbujana w rytm jadącego pociągu zaczęła wylewać się z niezbyt głębokiego półmiska. Joanna K. doskonale znała III prawo Murphy’ego, które mówi, że wszystko wali się naraz, jednak po raz kolejny utwierdziła się w przekonaniu, że pomimo niesprzyjających okoliczności i tak życie bywa wspaniałe.

Tekst Grażyna Stankiewicz

Komenatrze zostały zablokowane