fbpx

Kolektyw, Rumunia, Tożsamość

19 listopada 2014
Komentarze wyłączone
654 Wyświetleń

KOnfrontacje - Echa 2Tegoroczna, 19. edycja Międzynarodowego Festiwalu „Konfrontacje Teatralne” w Lublinie to ponad 40 wydarzeń w ciągu 12 dni: spektakli, czytań, koncertów, filmów, debat, spotkań wokół książek, wystaw, dyskusji z artystami. „Konfrontacje” zostały powołane do życia w 1996 roku w Lublinie, który wcześniej przyciągał tradycją Lubelskiej Wiosny Teatralnej. Twórcami idei festiwalu są Janusz Opryński (Teatr Provisorium i Provisorium Kompania Teatr), Leszek Mądzik (Scena Plastyczna KUL), Włodzimierz Staniewski (Ośrodek Praktyk Teatralnych Gardzienice) i Tomasz Pietrasiewicz (Ośrodek „Brama Grodzka – Teatr NN”). Obecnie dyrektorem artystycznym festiwalu jest Janusz Opryński, zaś kuratorami wydarzenia Grzegorz Reske i Marta Keil.

Można śmiało powiedzieć, że podobnie do poprzednich edycji tego festiwalu i tym razem nie zabrakło wyróżniających się propozycji teatralnych. Nie sposób wymienić tu wszystkie, ale rekomendujemy kilka z nich.

Na początek zdarzenie teatralne zainscenizowane przez pięciu aktorów znanego niemiecko-brytyjskiego kolektywu: Gob Squad w spektaklu „Gob Squad’s Kitchen”. Rzecz oparta na kanwie filmów Andy’ego Warhola: „Kitchen”, „Eat”, „Sleep” i „Screen Test” nosi tytuł tego pierwszego i na nim generalnie osadza swoją treść.

Aktorzy na trzech planach scenicznych ukrytych za ekranem pojawiają się na nim w trakcie projekcji filmowej. Tak jak u Warhola, bez żadnego scenariusza, ale w narkotycznym stanie wzajemnie pobudzani do działania bawią się przedmiotami z lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Chcą być tamtymi młodymi z czasów popu, buntu, narkotyków, subkultur i seksu. I gdyby tylko na tym poprzestali, nie byłoby w tym nic godnego uwagi. Oni jednak, próbując się przenieść do tamtej rzeczywistości, której tak naprawdę nie znali, nieprzerwanie są obciążeni własnym postrzeganiem świata tu i teraz. I coraz wyraźniej dociera do nich, że zabawa , której się podjęli, obnaża ich, a nie tamtych sprzed ponad pół wieku. Dlatego co jakiś czas zatrzymują obraz w stop-klatce, a my widzimy zastygłe na ich twarzach zdumienie, wątpliwość i pytanie: kim są? W pewnym momencie zamieniają się miejscami z osobami z widowni. Podpowiadają im, co mają robić i obserwują niejako samych siebie. Naraz jedna z kobiet zaproszonych do wspólnej gry pojawia się na środkowym ekranie. Odwraca głowę do lewego i na jej twarzy widzimy grymas zaprzeczenia, że przeszłość nie ma dla niej znaczenia. Spogląda przed siebie na nas i widać, że w swoim świecie czuje się niepewnie. A kiedy przenosi wzrok na prawy ekran i patrzy w przyszłość, na pytanie, co widzi: powiada – nic. I wtedy staje się jasne, że pokpiwanie z przeszłości, kiedy już zajdzie za daleko, zawsze w końcu odkryje naszą słabość i bezradność wobec własnej rzeczywistości. Gorzka to prawda i dobrze, że Gob Squad pokusiło się nam ją powiedzieć.

A oto przykład , jak można zrobić znakomity teatr, nie mając nawet własnej siedziby. Teatr Centrala bowiem, bo o nim tu mowa, prezentuje swoje spektakle tylko na scenach instytucji, z którymi współpracuje. A mimo tego jego debiut „Chopin bez fortepianu” jest wprost rewelacyjny.

Pomysł z pozoru szalenie prosty. Bierzemy dwa koncerty Chopina: f-moll i e-moll, które napisał, będąc zakochanym w Konstancji Gładkowskiej i nie przeczuwając, że tuż po ich wykonaniu w 1830 roku wyjedzie z Polski, by już nigdy do niej nie wrócić. Prosimy, żeby Sinfonietta Cracovia zagrała wszystkie ich części orkiestrowe, a partie fortepianu zastępujemy monologiem aktora. Precyzyjny opis gry pianisty i nut następujących po sobie w obu koncertach przeplata się w nim z przypomnieniem wcale nie najlepszych chwil życia Chopina. Słuchamy zdarzeń z jego życia, których nigdy nie było dane nam poznać. Odkrywamy człowieka targanego wątpliwościami, nawet co do celu nieprzerwanego komponowania. Często wręcz znudzonego światem otaczających go ludzi. Spotykamy artystę zdjętego z piedestału, który naraz nie objawia się jako wyłączny wieszcz muzyki narodowej i symbol Polski. Franciszek Fryderyk Chopin staje przed nami niejednokrotnie przegrywający z własnym słabościami, zmagający się z niespełnionym uczuciem, z nadchodzącą śmiercią i muzyką, która nie zawsze pozwala mu uciec od chwil zwątpienia. I taki staje się nam o wiele bliższy.

Proste pomysły mają jednak to do siebie, że trzeba je jeszcze doskonale zrealizować. I w tym przypadku tak się stało. Michał Zadara napisał tekst tego spektaklu i wyreżyserował go szalenie precyzyjnie. Natomiast Barbara Wysocka prowadząca ów monolog wyraźnie i w niebywałym tempie trzymała widza w napięciu, mimo czasem dość gwałtownej zmiany planów akcji. I nic dziwnego, że widownia nie żałowała im owacji na stojąco.

No i trzeci spektakl pt. „…nie czekajcie”. Premierowy, zrealizowany we wspólnej produkcji przez lubelskie „Konfrontacje Teatralne” i Teatr im. Szaniewskiego w Wałbrzychu.

Rumunka Gianina Cărbunariu napisała sztukę pt. „Kebab” o losach trojga Rumunów w Dublinie. Szymon Bogacz nieco zmienił tekst i zamiast Rumunów wstawił weń polskich emigrantów w tejże Irlandii. I oto jesteśmy świadkami tragicznej konfrontacji naszych rodaków wyjeżdżających zarobkowo za granicę z zastaną tam rzeczywistością. Sprzedają się za każdą cenę i w każdy sposób, żeby tylko przetrwać i podtrzymać nasz emigracyjny mit. A na pytania rodziny o datę ich powrotu, odpowiadają: nie wiemy, nie czekajcie. Kim zatem są? Jak się nawzajem traktują, gdy w grę wchodzą pieniądze? I czy Oni ze sceny nie są przypadkiem portretem Nas, gdy znajdujemy się na takiej emigracji? Oto pytania, których nie sposób sobie nie zadać, oglądając świadomie reżysersko przerysowane i wręcz groteskowe sytuacje we wzajemnych relacjach czwórki Polaków. Im bardziej bowiem chce nam się szczerze uśmiać, np. ze sceny ubijania seksownego interesu między panami, czy też „modlitwy” w kościele na wielkanocnej mszy, tym mocniej robi nam się gorzko, że można się aż tak stoczyć. I po spektaklu nikomu już do śmiechu nie było.

Trzy spektakle i trzy różne teatry. Od alternatywnego po publiczny repertuarowy. A w nich zgodnie z głównym wątkiem tegorocznej formuły „Konfrontacji” tożsamość w kontekście społecznym, politycznym i kulturowym. Wraz z nimi jeszcze jeden teatr, także repertuarowy, im S. Żeromskiego z Kielc i jego wielokrotnie nagradzany spektakl „Caryca Katarzyna”. To zaś dowodzi, że coraz liczniejsze głosy, aby, między innymi, zwiększyć dotacje na teatry alternatywne w odróżnieniu od publicznych, które w Polsce są zazwyczaj jednocześnie repertuarowe – nie jest w pełni zasadna. Podobnie jak i to, żeby tych drugich, bez względu na to, co prezentują, na takie festiwale nie zapraszać.

Dla widza bowiem, przekraczającego próg teatru, niezależnie od tego skąd i jak zaistniał, najważniejszym kryterium jest to, co widzi, słyszy i rozumie, gdy znajdzie się w świecie teatralnej magii. Chce przeżyć emocje i dowiedzieć czegoś o sobie, o życiu i świecie. I dobrze, że w trakcie tegorocznych „Konfrontacji Teatralnych”, wśród szeregu dość średnich spektakli, mógł uczestniczyć i w tych, które dały mu tę satysfakcję.

Tekst Maciej Skarga

Foto Krzysztof Stanek

Komenatrze zostały zablokowane