fbpx

Lubię wyzwania

23 września 2014
Komentarze wyłączone
1 051 Wyświetleń

okładka momotMa 36 lat i w dorobku kilkanaście płyt zrealizowanych z wybitnymi muzykami, orkiestrami i własnym big-bandem. Kompozytor, aranżer i dyrygent. Posiadacz słuchu absolutnego i pasjonat międzywojennych szlagierów. Finalista festiwalu Top Trendy w Sopocie. Z Tomaszem Momotem rozmawia Maciej Skarga.  Foto Paweł Waga i Michał Patroń.

 

 

 

Co Pan najbardziej ceni sobie po powrocie do domu z koncertów, prób i wykładów na uczelni?

‒ Kiedy jest cisza. Wtedy spokojnie mogę zagłębić się w dźwięki. Praca z ludźmi np. przy próbach z orkiestrą lub też w czasie zajęć ze studentami daje mi wiele frajdy, ale w procesie tworzenia przeze mnie muzyki muszę być wyłącznie sam. Nie jestem w stanie płynąć tą łódką z nikim innym.

Artyzm dość często idzie w parze z egocentryzmem. Czy łatwiej jest artyście, który może skupić się tylko na sobie?

‒ Na pewno tak i dlatego w trakcie tworzenia pozwalam sobie być sam. Kiedy jednak już robię zapis partytury orkiestrowej, nie tylko myślę o dźwiękach, ale biorę też na siebie odpowiedzialność za każdego ich wykonawcę. Staram się być przygotowanym przed „Nim” do próby, aby móc przekazać „Mu” swoje wyobrażenia i pomysły. Jednym słowem wczuwam się w Jego rolę.

‒ Koncert „Tomasz Momot i Przyjaciele”, który wiosną dwukrotnie miał miejsce w Lublinie, stał się jednym z wydarzeń artystycznych i towarzyskich roku. Nowe aranżacje piosenek dwudziestolecia międzywojennego, zaproszeni do udziału w koncercie artyści i widownia wypełniona po brzegi włącznie z dostawkami.

Tak, to prawda. Trzeba podkreślić, że udało mi się do niego doprowadzić dzięki pomocy, jakiej udzieliło mi Radio Lublin z Krzysztofem Komorskim i Patrycją Sprawką w roli głównej. Za co im serdecznie dziękuję. A samo zainteresowanie tym koncertem rzeczywiście przerosło moje i organizatorów oczekiwania. Występ w gronie przyjaciół: Artura Gadowskiego, Krzysia Cugowskiego, Jana Kondraka, Tomka Rakowskiego, Tomka Korpantego, Piotrka Cugowskiego, Michała Ostrowskiego, Natalii Wilk oraz muzyków z orkiestry to była dla mnie przyjemność i pełna satysfakcja. Mam nadzieję, że także i dla lubelskiej publiczności.

‒ Koncert ten był częścią pracy doktorskiej, którą obronił Pan na Akademii Muzycznej w Bydgoszczy. Jak egzaminatorzy ocenili finalnie pańską pracę?

momot1‒ Oceną nie wypada mi się chwalić. Nie będę ukrywał jednak, że usłyszałem bardzo pozytywne opinie i odebrałem gratulacje od profesorów. Jednak dla mnie największym i najszczerszym komplementem była żywiołowa reakcja publiczności. To dla niej, przede wszystkim, były te dwa koncerty i jestem przekonany, że nie ostatnie.

Czy muzyka, podobnie do innych dziedzin sztuki, może być wszystkim?

‒ Nigdy nie odważyłbym się tak powiedzieć, chociaż niektórzy w taki sposób mówią. I tak naprawdę nie bardzo wiem, co to do końca znaczy. Nie wyobrażam sobie jednak życia bez niej. Prawdą jest, że to przecież dziwne uczucie siedzieć np. na dworcu PKP i słuchać, jak pospieszne pociągi hamują w różnych tonacjach. I do tego rysować sobie w głowie partyturę. Tych dźwięków jest tak dużo, że nie da się ich pominąć.

‒ Założył Pan lubelski Big-Band Wydziału Artystycznego UMCS, na którym jest Pan wykładowcą, i cały czas prowadzi swoją formację muzyczną Tomasz Momot Orkiestra.

‒ Big-band jest paletą dużych możliwości harmonicznych. Potrafi zagrać potężnie. I jest to miłe, kiedy niejednokrotnie trudne dźwięki grane przez trzydziestu muzyków składają się w jeden akord. Po drugie w Polsce jest tylko kilka takich zespołów, a w Lublinie do tej pory nie było żadnego. A po trzecie, lubię wyzwania. I jeśli nawet ktoś mówi, że coś nie jest możliwe do wykonania, to staram się doprowadzić swoje zamierzenie do końca. Tak też się stało i jest to jeden z nielicznych w Polsce, a jedyny w Lublinie klasyczny big-band jazzowy. W jego skład wchodzą profesjonalni muzycy lubelskiego środowiska muzycznego oraz studenci Wydziału Artystycznego.

Występujecie w studio radiowym, w salach koncertowych i w plenerze. No i ten do dzisiaj zapamiętany koncert sylwestrowy na dobry początek 2014 roku.

‒ Nie przeczę, że były to niezwykle udane koncerty z udziałem znanych piosenkarzy: Kayah, Kasi Cerekwickiej, Kuby Badacha, Artura Gadowskiego i Krzysztofa Cugowskiego. Z jednej strony potwierdzał to niemal wybuchowy aplauz słuchaczy. A z drugiej okazana nam radość solistów, którzy też nieczęsto mają okazję śpiewać z taką orkiestrą. Kayah powiedziała mi, że ten koncert sylwestrowy zapamięta, ponieważ dawno już nie przeżywała takich wewnętrznych emocji, jak w czasie tego występu z nami.

Trudno zapewne byłoby tu wyliczyć wszystkie koncerty zespołu, ale są pewnie takie, które Pan wyróżnia.

momot8‒ Jednym z nich było niewątpliwie wykonanie w mojej aranżacji „Pieśń z pieśni” z muzyką Zbigniewa Łapińskiego i librettem Jana Kondraka. Natomiast innym, dla mnie szalenie ważnym, jest cykl koncertów prezentujących znane polskie przeboje dwudziestolecia międzywojennego. Śpiewają je, między innymi, Artur Gadowski, Krzysztof Cugowski i jego syn Piotr. Będziemy go kontynuować już od jesieni tego roku, prezentując tym razem mniej znane piosenki z tamtego okresu, ale równie interesujące. Na pewno jeden z tych koncertów zarejestrowany w lubelskim radiowym studio pojawi się na płycie. Jako dokument i pamiątka dla tych, którzy wzięli w tym udział.

Twórcy zajmujący się muzyką często twierdzą, że są z nią właściwie już od kołyski. A Pan?

‒ Na pewno nie od kołyski, bo to byłaby przesada. Ale nie zaprzeczam, że z muzyką wyrastałem. Tata grywał na akordeonie. Ja zaś w wieku pięciu lat zacząłem muzykować, grając na dzwonkach. Zawsze po powrocie z kościoła stawiałem je przed sobą i podgrywałem na nich pieśni kościelne. Za wszelką cenę starałem się wydobywać dźwięki w oryginalnych tonacjach. I kiedy okazało się, że zupełnie nieźle mi to wychodzi, rodzice postanowili mnie kształcić w tym kierunku. Najpierw było Ognisko Muzyczne w Hrubieszowie. Po nim Szkoła Muzyczna w Lublinie. A po maturze ukończone studia w klasie kompozycji i aranżacji na Wydziale Jazzu i Muzyki Rozrywkowej w Katowicach.

‒ Muzyka jest zatem Pana życiem. Co według Pana jest jej istotą?

‒ Dla mnie najsilniejsze w niej jest szukanie dźwięków i przestrzeni. Przekonałem się o tym, gdy jeszcze w czasie studiów napisałem pierwszy utwór na orkiestrę symfoniczną dla Filharmonii Narodowej. Nie miałem wtedy pełnego przygotowania warsztatowego i nie znałem zupełnie skali wszystkich instrumentów. Ale dźwięki, jakie miały znaleźć się w partyturze, od początku były precyzyjnie we mnie zapisane. Zaufałem mojemu muzycznemu instynktowi i nie pomyliłem się. Tak czynię zresztą do tej pory i dzięki Bogu nigdy się na tym nie zawodzę. Niewątpliwie pomocnym w takim tworzeniu muzyki był i jest mój słuch absolutny.

Masz absoluta – masz lepiej. Powiadają w środowisku muzycznym.

‒ Ależ to nie jest tak, bowiem on bardzo często przeszkadza i rządzi się swoimi prawami postrzegania dźwięków. Każdy słyszy np. śpiew ptaków, ale absolut ma to do siebie, że potrafi precyzyjnie nie tylko umiejscowić wysokość tych tonów, ale i określić ich częstotliwość. To jest nawet ciekawe i daje duże możliwości przy komponowaniu lub aranżacji. Potrafi jednak także zmęczyć i w ogóle nie daje się kontrolować.

momot2Bez niego jednak niewątpliwie byłoby trudniej.

‒ To prawda. Bardzo lubię, kiedy dźwięki niejako same do mnie przychodzą. Wsłuchuję się w nie, szukam najwłaściwszych i bez sprawdzania na fortepianie przenoszę na zapis nutowy. Nigdy przed wykonaniem utworu inaczej nie robię. Wystarczy, że w głowie mam pełny obraz tego, co zabrzmi w trakcie koncertu. I to się sprawdza.

‒ Rozumiem, że w każdym rodzaju muzyki. Pan wybrał jednak rozrywkową. Dlaczego?

‒ Dlatego, że w moim przekonaniu, zwłaszcza w pracy z dużymi formacjami muzycznymi, daje większe możliwości harmoniczne. Już w okresie nauki w szkole muzycznej poszukiwaliśmy z kolegami czegoś, co ma szerszą paletę brzmień. I po godzinach nauki ćwiczyliśmy, grając oczywiście znane standardy jazzowe.

A wśród nich?

‒ Oczywiście nieśmiertelny „Summertime”. Moi studenci także niejednokrotnie zaczynają od niego.

Widać, że lubi Pan pracować z dużym składem wykonawców.

‒ Uwielbiam grać na fortepianie, ale zawsze ciągnęło mnie do grania orkiestrowego. Dlatego bardzo często słucham koncertów w filharmonii i występów na żywo znanych zespołów muzyki rozrywkowej. Bywa czasem tak, że w ich trakcie zamykam oczy i sprawdzam, co by to było, gdybym był właścicielem każdego z dźwięków, które słyszę.

Byłby Pan najbogatszym człowiekiem świata.

‒ Zapewne. Ale i tak obecnie czuję się bogatym człowiekiem. Choćby z tego powodu, że przy pisaniu partytur mam możliwość poszczególne partie dźwięków utożsamiać z przyszłymi wykonawcami. Jeśli tylko mam okazję, zawsze przed komponowaniem lub aranżacją utworu obserwuję ich, jak grają i jaką mają wrażliwość. Chcę wiedzieć, czy pewne rzeczy zapisane w partyturze możliwe są w ich wykonaniu. To ma spory wpływ na to, co potem im zaproponuję.

W teatrze zazwyczaj robią tak reżyserzy, a nawet i dramaturdzy, jeśli tylko mają możliwość. W sferze muzycznej jest to jednak rzadkie zjawisko.

‒ Rzeczywiście niezbyt częste. Twierdzę jednak, że bardzo pomocne. W 2002 roku w Sali Kongresowej w Warszawie odbyło się wykonanie mojego „Oratorium o Bożym Narodzeniu”. Grała Orkiestra Filharmonii Narodowej, śpiewał Chór Miasta Siedlce i piętnaście kolęd wykonywali soliści: Małgorzata Pańko, Ewa Biegas, Wojciech Gierlach, Justyna Steczkowska, Małgorzata Ostrowska, Paweł Kukiz i Mieczysław Szcześniak. Sam wystąpiłem także w charakterze pianisty. I właśnie przed tym wydarzeniem spotkałem się z Justyną Steczkowską. Długo rozmawialiśmy, starałem się poznać jej muzyczne upodobania i na partyturze określałem nie tylko dźwięki, ale i odpowiedni rytm, aby dostojnie wychodząc na scenę, wykonała swoją partię. I na koncercie sama muzyka już ją poprowadziła.

Czy jednak dziś są chętni do słuchania tego typu propozycji?

‒ Widząc żywiołowy odbiór słuchaczy, jestem przekonany, że tak. W ogóle daje się zauważyć, że wraca się do melodii i dźwięku pełnego ciepła. Mimo tego, że Internet aż huczy od wielości muzycznych propozycji i pojawiają się tam setki wykonawców, to jednak nie tylko w starszym pokoleniu, ale coraz częściej i w młodszym poszukuje się prostych melodii, które można byłoby zanucić.

A czego Pan słucha nie zawodowo, ale dla przyjemności?

‒ Słucham wszystkiego, co mnie inspiruje.

Skoro przy okazji mówimy o słuchaczach, co sądzi Pan o lubelskiej publiczności?

foto Paweł Waga

foto Paweł Waga

‒ Jestem przekonany, że jest to miasto bardzo muzykalnych i inteligentnych słuchaczy, zarówno muzyki klasycznej, jak też i rozrywkowej. Jednak obserwując lubelski muzyczny rynek, czasami mam wrażenie, iż rządzi nim „muzyczny minimalizm”. Projekty, które powstają, są często jednorazowe. Brakuje finansowania „czegoś”, co może i potrafi być wartościowe. Obawiam się, że szeroko rozumiane względy komercyjne sprawiają, iż młodzi, zdolni ludzie czują się osamotnieni w swych muzycznych dążeniach.

Dla Tomasza Stańki muzyka to kolor, ponieważ, jak kiedyś mi powiedział, dla niego każdy alikwot to inna barwa. A dla Pana?

‒ Dla mnie jest powietrzem. Jest oddechem życia, który nigdy nie może ustać. Poza tym jest czymś jedynym, co mnie nigdy w życiu nie zawiodło. Mimo tego, że próbowałem ją milion razy oszukać i złościłem się na nią. Zawsze jak wierny przyjaciel nie odstępuje mnie na krok. Pozwala czerpać z siebie radość, uwrażliwia i pomaga zmieniać rzeczywistość.

Komenatrze zostały zablokowane