fbpx
WAŻNE
Kawaleria z Chełma (Październik 24, 2020 11:18 am)
#ratuJEMYgastro (Październik 23, 2020 2:20 pm)
Koronawirus – raport (Październik 23, 2020 1:05 pm)
Kratka rządzi (Październik 23, 2020 12:40 pm)

Mistrz małodobry i inni

14 września 2020
162 Wyświetleń

Historia rzemiosła w średniowieczu to również historia takich zawodów, jak kat, prostytutka czy cyrulik. Wieki średnie traktujemy jako wieki ciemne, choć dla rzemieślników był to okres rozwoju w wielu dziedzinach. Nie można jednak tego powiedzieć o medycynie i cyrulikach, którzy tak samo przynosili ulgę, jak i siali postrach. Tak było w całej Europie, Polsce, nie inaczej w Lublinie.

Cyrulik, nazywany też drapaczem, golibrodą vel balbierzem (balwierzem), imał się tak szlachetnego zajęcia, jak amputacja rąk czy nóg, golenie, strzyżenie, puszczanie krwi, opatrywanie ran czy nacinanie ropni. Owo puszczanie krwi było najpopularniejszą metodą leczenia wszelkich bolączek, mniej więcej aż do XIX stulecia. Krew puszczano z szyi, rąk (czasami nawet ze skroni…), a sam zabieg trwał do momentu, kiedy biedny pacjent nie zemdlał. Wbrew pozorom było to uważane za korzystny rezultat całej operacji. Dużym wzięciem cieszyło się też przykładanie tak milutkich stworzonek, jak pijawki, co dawało mniej więcej ten sam efekt.

Do zabiegów chirurgicznych używało się zwykłych narzędzi rzemieślniczych, w tym młotka i piły, stanowiących podstawę wyposażenia warsztatu cyrulika. Warto wiedzieć, że najlepsze, co mogło spotkać osobę, która miała złamaną kończynę, była amputacja. Przede wszystkim bolało tylko raz, chociaż bardzo porządnie.

Zawód kat

Jednak najwstydliwszym zawodem wśród całej braci rzemieślniczej był kat, no, może jeszcze jego pomocnik do zbierania padliny po miejskich ulicach – hycel. Kat, nie dość że patronował prostytutkom, to jeszcze zawodowo zajmował się wykonywaniem wyroków i wymuszaniem zeznań w mało wybredny sposób, czyli wysyłaniem na drugi świat całej rzeszy przestępców, ku ogólnej uciesze gawiedzi, bo z zejścia delikwenta uczyniono pełen finezji spektakl. W czasach średniowiecza wałęsanie się po nocy było surowo wzbronione. „Firtelsleute – cyrkulatorzy zabierali na ratusz, kogo napotykali; do kłody wsadzano wszelakich przestępców i był osobny dozorca kłody, który czasem z wyższego jakiego nakazu winnego bezprawnie wypuszczał. Przestępcę wystawiano niegdyś na drabinie – skali (stąd wyraz szkalować go, z łacińskiego scalare), później na pręg(l)erzu, tam go kat i smagał, albo po rynku smagając gonił, poczem go z miasta „wyświecano”; kat brał oskarżonego na „próbę” męki; karę śmierci wykonywano przez wieszanie zazwyczaj, a stosowano ją często, szczególnie za złodziejstwo „z licem”, tj. na gorącym uczynku”. [1]

Bez kata trudno sobie wyobrazić funkcjonowanie średniowiecznego systemu sądownictwa. Kat miał zajęcie i w czasach późniejszych, ale apogeum jego działalności przypada właśnie na wieki średnie. Mistrz małodobry (z niemieckiego ceklarz, acz nazwa ta odnosiła się raczej do pachołków miejskich podległych katowi, których zadania polegały na stawianiu szubienic, wyłapywaniu żebraków lub chłostaniu co bardziej opornych nakazom rajców) stanowił istotny filar społeczności, a nie chodziło tu tylko i wyłącznie o wykonywanie wyroków, lecz także o wyszukane działania podczas samego procesu. Kat posiadał zwykle wyjątkowe umiejętności, które wykorzystywano przy wymuszaniu (!) zeznań, zanim ów wyrok ostatecznie zapadł.

Z pokolenia na pokolenie

W krajach takich, jak Święte Cesarstwo Rzymskie (Sacrum Imperium Romanum) albo Francja, małodobry cieszył się raczej ponurą sławą, lecz jednocześnie darzono go lękliwym szacunkiem, a bywało, że i wstydliwym uznaniem. Na Śląsku i w Niderlandach żyły sobie całe rodziny, które parały się niecnym zajęciem, z pokolenia na pokolenie przekazując swoim potomkom arkana katowskiego fachu. Mimo że zawód sam w sobie był zdecydowanie odstręczający, można się było na wysyłaniu w zaświaty zbłąkanych duszyczek, w imię sprawiedliwości rzecz jasna, dorobić naprawdę niemałych fortun. A w niektórych państwach Rzeszy małodobry, posiadający odpowiedni staż, mógł nawet dochrapać się tytułu szlacheckiego. 

Za to w Polsce nie cieszył poważaniem, ba!, kontakt z ceklarzem uważano za hańbiący, a na pewno niechlubny. Ludzie od stuleci brzydzili się krwią, ale nie jej widokiem – kat miał z nią przecież do czynienia na co dzień, śmierć ich przerażała, a on regularnie stykał się z umrzykami, co przerastało możliwości poznawcze zwykłych śmiertelników. Dlatego, aby zminimalizować kontakty, stosowano wobec jego osoby swoisty dystans, byle tylko ograniczyć je do niezbędnego minimum. Na przykład w niektórych miastach piekarze bochny chleba przeznaczone dla małodobrego odkładali z lękiem na bok, często gęsto odwracając je na drugą stronę, aby nikt, Boże broń!, nie dotknął czegoś, co pokalane. Inne miasta zapewniały katom teoretycznie zaszczytne prawo do zasiadania w oddzielnej kościelnej ławie, ale zaszczyt ten był pozorny, bowiem nikt inny nie tyle, co nie mógł w ławie zasiadać, co raczej nie chciał. 

Dom dla kata

Trzeba jednak przyznać, że ówcześni ceklarze byli dość odporni na ostracyzm ze strony miejskiej społeczności. Może to wynikało z ich charakteru, bo trzeba było być silnym psychicznie, by tylko torturować, wieszać i obcinać łepetyny skazańcom. Bardzo często małodobrzy wywodzili się ze środowisk, gdzie ani honor, ani dobre imię, ani zaszczyty nie stanowiły towaru pierwszej potrzeby. Rajcy miejscy rekrutowali przecież kandydatów nie spośród znamienitych obywateli czy nawet pospólstwa, lecz z grona przestępców, którzy, sami chcąc uciec przed katowskim toporem, skwapliwie godzili się na wykonywanie tego niesławnego zajęcia. W perspektywie mieli posiadanie własnego domu (vide w Lublinie Baszta Katowska zwana też Mistrzowską, gdzie kat mieszkał sobie na co dzień, dziś ul. Lubartowska 11), całkiem dobrze płatnych (i nader częstych!) zleceń, a przede wszystkim cudem wręcz uciekali kostusze spod kosy. Nowo mianowany kat zwykle nadal obracał się w środowisku, z którego teoretycznie udało mu się wyrwać, a więc w miejskim półświatku, gdzie królowała przemoc, siła i nielegalny nierząd. W większości miast polskich w okresie średniowiecza do zadań kata należała również zwierzchność nad miejskimi ladacznicami i czerpanie z tego tytułu niezłych korzyści majątkowych. Cóż, biorąc pod uwagę powyższe, dla wielu zatem katowski fach jawił się jako całkiem wdzięczny i intratny sposób na życie. 

Kręcąc lody na boku

Z prostytutkami sprawa również jest ciekawa, bowiem i one w XIV-XV stuleciu, dzięki rozszerzeniu się organizacji cechowej poza granice samego rzemiosła, mogły tworzyć cechy, podobnie zresztą jak notariusze, żebracy, grabarze czy wekslarze. Niewiasty lekkich obyczajów, „wspólne, wolne, wędrowne kobiety w średniowieczu bynajmniej nie były otaczane pogardą; przeciwnie, były one honorowymi gośćmi na weselach, delegatkami przy przyjęciach królów, w czem należy widzieć wyraz gościnności. Związki ich podobnie jak i inne cechy, miały swoją patronkę, mianowicie św. Magdalenę i w dzień tej świętej urządzały procesję; na czele ich stały Frauenmeisterinnen (np. w Lipsku), przełożone lub „królowe” (np. w Awinionie, Genewie); one proszą radę miejską (w Norymberdze), aby ta w imię Boga i sprawiedliwości nie dopuszczała konkurentek, gdyż inaczej trudno im będzie wyżywić się uczciwie”.[2] Z biegiem czasu nastąpiła jednak diametralna zmiana w sposobie ich postrzegania. Za czasów Jana Olbrachta nierządnice musiały nie tylko płacić podatki, ale również w miejscach publicznych zakrywać twarz. 

Występował jednak niekiedy konflikt interesów, bo małodobry, zdarzało się, zapominał, komu cześć, a komu chwała, i nie pamiętał, że nie jest już zwykłym przestępcą, a rzemieślnikiem, czyli członkiem (w ogromnym przybliżeniu) tej lepszej części społeczności, chociaż, jak widać, nie do końca wysoko cenionym. Zdarzało się, że pod osłoną nocy kat potrafił dorabiać sobie, czyli razem z dawnymi kompanami kręcił lody na boku, okradając domostwa co bogatszych mieszczan. Bywało, że taki kompan od nocnej rajzy trafiał w konsekwencji przed oblicze sądu, a wówczas, w imię złodziejskiej solidarności, małodobry nie był zbyt skory do stosowania standardowego zestawu wymyślnych tortur. Bywało i tak, że ledwo skończył wymierzać nierządnicy karę chłosty, a już proponował jej zatrudnienie w swoim lupanarze, który prowadził przecież całkiem legalnie. Konsternację wywoływał też fakt, kiedy to miejscowe złodziejaszki ochoczo przed sądem zeznawały, u kogo upłynniały łupy z wycieczek.

Mandragora i lekcja anatomii

Mimo tego wszystkiego dotąd, dopóki kat nie nadużył i tak ogromnej cierpliwości panów rajców, rzadko kiedy był pociągany do odpowiedzialności, gdyż ludzie niezbyt garnęli się do katowskiego rzemiosła, stąd przymykano oko na jego działalność uboczną. Musiał mieć już naprawdę sporo za uszami, żeby odpowiedzieć za swoje niecne czyny, czyli dopóty, dopóki kogoś ciężko nie okaleczył bądź nie zamordował, niemal bezkarnie chałturzył sobie pod osłoną nocy. Duże ośrodki miejskie – Kraków albo Poznań – rozwijały się prężnie, tałatajstwa tam było mnóstwo, zatem w chwili, kiedy przyszło szukać nowego rzezimieszka, by ten stał się mistrzem małodobrym, nie było problemów. Mniejsze miasta, a chociażby nasz Lublin uroczy, kiedy niekiedy musiały go wypożyczać, co, wiadomo, rodziło dodatkowe koszty.

Kaci miejscy nie tylko zabawiali się wysyłaniem szubrawców na łono Abrahama, lecz musieli i bydło, i trzodę niesforną do zagrody zagonić, jeśli zwierzęta postanowiły dotychczasowe domostwo chyłkiem i cichcem opuścić. Zyski kaci czerpali też stąd, że handlowali mandragorą i ciałami biednych straceńców. Najbardziej chodliwe były poszczególne części nieboszczyków, dzięki którym przyszli medycy (a najpierw cyrulicy!) odkrywali arkana swej sztuki i tajniki ludzkiego ciała, którego funkcjonowanie ówcześnie tak oczywiste nie było. Mandragorze przypisywano magiczne moce, więc głównymi odbiorcami byli domorośli magicy vel alchemicy oraz różnej maści czarownice lub zaklinaczki, wykorzystując ów korzeń do sporządzania różnorakich mikstur tajemnych. Mandragora miała leczyć bezpłodność, traktowano ją też jako afrodyzjak, przepisywano na chroniczne bóle, stąd i popularność jej była ogromna. Dlaczego to kat kupczył mandragorą? Ano dlatego, że wierzono, iż rośnie ona pod szubienicą, wyrastając z nasienia wisielca, które do ziemi spłynęło. Skoro więc kat onego powiesił, no to niech i korzeń czarodziejski ukopie. Cudowną moc posiadały (podobno) także postronki wisielcze i sznurki szubieniczne. Jednak przede wszystkim owe przedmioty miały przynosić ludziom szczęście. „Nie należy przeto do zbyt charakterystycznych sprawa z r. 1680 sławetnej Katarzyny Karwatowej, którą nazywano czarownicą, bo posyłała syna swego pod szubienicę, aby powrozy zbierał tych, które odpadają z szubienicy od złodziejów”.[3] Owe wyroby sztuki powroźniczej (osobne rzemiosło) nie tylko szczęście miały zaskarbić, ale przede wszystkim wiadomo było, że wszelkie sznurki z męskiego odzienia pobudzały nawet najbardziej kamienne męskie serca do miłości, a to na miłości człowiekowi najbardziej w życiu zależy.

Magdalena Zabłocka
Dyrektor ds. programowych
Izby Rzemiosła i Przedsiębiorczości w Lublinie

foto Grzegorz Zaleski

[1] Brückner A., Dzieje kultury polskiej, t. 1, Od czasów przedhistorycznych do roku 1506, W.L. Anczyc i Spółka, Kraków 1931, s. 475.

[2] Kuliszer J.M., Dzieje gospodarcze Europy Zachodniej, t. 1., Wieki średnie, Geberthner i Wolff, Warszawa po 1920, s. 162.

[3] Riabinin J., Jeszcze o czarach i gusłach w dawnym Lublinie, „Głos Lubelski”, Lublin 1936, s. 7. 

Zostaw komentarz