fbpx

Otwórz oczy – zamknij oczy

25 grudnia 2013
Komentarze wyłączone
829 Wyświetleń

SAMSUNGScheda… Zabytkowe parki dworskie to trudne dziedzictwo. Mamy je, podziwiamy, próbujemy je ocalić, ale wciąż umyka nam prawdziwy sens ich istnienia. Bo czym jest rewitalizacja – tak obecnie powszechne działanie mające chronić zabytki – jeśli brakuje w nich gospodarza z korzeniami, świadomego odpowiedzialności za przeszłe i przyszłe losy dworu oraz ogrodu z pomnikowymi drzewami – świadkami przeszłości. Często nieufnie przyglądamy się powracającym z emigracji dziedzicom dóbr z obawą przed stratą czegoś, co w naszym przekonaniu stało się już wspólną własnością. Poczułem to kilkakrotnie podczas pomiarów zabytkowych drzew w parkach, kiedy pytano mnie, czy przypadkiem nie „przyjechali, żeby nam to zabrać”.

Rzecz o ogrodach

A tymczasem my, w większości z chłopskimi lub robotniczymi rodowodami, patrzymy na resztki szlacheckiego dziedzictwa z zazdrością, tęsknotą za herbową przeszłością. Próbujemy naśladować w swoich domach to, co ukradkiem podejrzeliśmy w „pańskim” dworze. Dębowe parkiety, choćby to były tylko masowo układane od lat 50. cienkie mozaiki z cieniutkich deszczułek, boazerie czy też meble na wysoki połysk w każdym M3. A współcześnie – obowiązujący styl dworkowy z katalogu (choćby w szeregowej zabudowie) i kilimy z szablami kupionymi na targu staroci, powieszone na ścianach. W ogrodzie kosztowne trawniki ze srebrnymi świerkami i cisami w tle, granitowe alejki i szykowne gazony – na dowód dobrego smaku i poniesionych wydatków. Niejednokrotnie spotkałem się z ostrą odmową na propozycję zaprojektowania z tyłu ogrodu małego sadu czy warzywnika. Mają być trawnik i iglaki. I basta. Kto wie, ten zrozumie moją rosnącą niechęć do hasła: „Wembley i tuje, proszę”. Nie pomagały próby przekonania, że typowy dworek polski z przodu ozdobny, z klombem i podjazdem dla bryczki (bryki), miał z tyłu użytkowy ogród kuchenny z rzędem śliw, grusz, dereniem i rabatą wonnych ziół. Bo też w historii polskiego ogrodnictwa ten model jest niezwykle wdzięczny i bogaty. Ponętowski, kasztelan brzeski, opisując dostatni dwór szlachecki, dzieli ogród na trzy części: ogród spacerowy, czyli tzw. „park,” ogród owocowy, czyli sad, i ogród kwiatowy, w którym była mnogość kwiatów i ziół dla oka, podniebienia i zdrowia. Rej opiewa rozkosz wiosennej pory, kiedy to: „szlachcic z żoną i czeladką wineczka i różyczki sobie przesadzają, ziółek, rzodkiewek, sałatek, rzeżuszek, maluneczków, ogóreczków, majeranku, szałwijki, więc włoskich grochów, wysokich koprów, brzoskwiniowej, morelowej, maronkowej kosteczki doglądają”. Sielanka Reja toczy się równolegle w ogrodzie i w kuchni. Wzorzec to prosty ‒ w renesansie odniesienia do antyku, gdzie u Pliniusza i Wergiliusza ogród z kuchnią to wszystko, czego (poza biblioteką) człowiekowi do szczęścia potrzeba. Marcin Siennik pisał w XVI wieku: „Wirydarze z łacińskiej rzeczy od zieloności są zwane, a to są ogródki małe, w których ziółka albo drzewa, chociaż też i oboje rostą wsadzone, aby zielonością swoją ludziom czyniły lubość i rozkosz”. Wirydarzami słynęły klasztory zakonów, w których reguła zakonna zobowiązywała do zakładania i uprawy ogrodów. Benedyktyni, cystersi, a zwłaszcza kartuzi stworzyli modele ogrodów kompletnych, dających samowystarczalność w zakresie kuchni, apteczki i piwniczki. Kartuzi w swojej surowej regule dopuszczali eksperymenty w zakresie uprawy roślin i ich przetwarzania. Do dziś likier Chartreuse, składający się z ponad 150 różnych ziół, stanowi tajemnicę zakonu i daje do myślenia amatorom „uzdrawiających” mikstur. Zakony krzewiły kulturę ogrodniczą i dawały przykład uprawy w naszym klimacie roślin tradycyjnie uznawanych za „południowe” i tak przesunęła się północna granica uprawy winorośli, wielu drzew owocowych, warzyw i ziół. Pierwsi benedyktyni z klasztoru Monte Cassino dotarli do Sieciechowa i Św. Krzyża w roku 1006 i tam powstały pierwsze przyklasztorne sady i winnice. Szlachta polska chętnie wykorzystywała w swoich posiadłościach praktyki ogrodników w habitach. Stąd obfitość aromatów i bogactwo smaków kuchni staropolskiej. Najdźwięczniej brzmi to w „Panu Tadeuszu”, gdzie z ogródka Zosi przechodzimy do opisów kuchni i stołu. Po Mickiewiczu i po okresie powstań sielanka stała się czymś niemożliwym, a nawet nielicującym z powagą tamtych czasów. Szlachecka młodzież ginęła za ojczyznę, przez parki i ogrody przechodziły armie, a piękne stare drzewa stawały się drewnem na opał i materiałem budowlanym dla wojska. Po okresie powstań życie ziemiaństwa przechodzi ewolucję i skupia się na pracy organicznej albo tworzy zręby przemysłu i handlu. Tylko nieliczne, najzamożniejsze rody rozbudowują swoje majątki o założenia parkowe. Przyjrzyjmy się naszemu regionowi. Dla rodziny Zamojskich projektował Franciszek Szanior, twórca warszawskich parków miejskich, m.in.: Ujazdowskiego i Skaryszewskiego. Owocem współpracy światłego mecenasa i doświadczonego projektanta jest park w Jabłoniu na Podlasiu. Troskę rodziny Zamojskich o parkowe otoczenie ich posiadłości widać choćby w perle Lubelszczyzny – kompleksie pałacowo-parkowym w Kozłówce. Mam nieskrywaną satysfakcję z uczestniczenia w latach 80. w procesie rekonstrukcji pięknego kozłowieckiego parku.

Rzecz o pamięci

Na Lubelszczyźnie działał też twórca ponad 300 znakomitych ogrodów – Walerian Kronenberg. Jego dziełem są m.in. parki w Czesławicach, Włodawie, Palikijach i Stryjowie. Stanisław Celichowski stworzył w pięknym stylu kaligraficznym ogrody w Łańcuchowie (dziś niezwykle pieczołowicie odrestaurowanym), Kawęczynie i Woli Żółkiewskiej. Zmieniał się styl ogrodowy – romantyczne i angielskie ogrody ustąpiły miejsca ogrodom modernistycznym.

A tymczasem przez Europę przeszła jak huragan I wojna światowa. Burzliwa historia, krusząc wszystko po drodze, zabrała nam również świadomość i potrzebę tworzenia wergiliańskiego samowystarczalnego i kompletnego ogrodu. W końcu – nie czas żałować róż, gdy płoną lasy. Ale szczęśliwie, po odzyskaniu niepodległości, odzyskaliśmy też energię do odbudowy świetności również poprzez odrestaurowywanie dworskich założeń parkowych. Powstawały też nowe ogrody projektowane przez doświadczonych ogrodników. Ich rozmach nie dorównywał parkom towarzyszącym arystokratycznym majątkom dawnej Rzeczpospolitej. Najczęstsze realizacje to parki miejskie albo założenia będące dodatkiem do powstających w okresie międzywojennym obiektów przemysłowych. Urbanistyka stała się dyscypliną, która architekturę krajobrazu uznała za swoją nieodzowną część i wymogła nowe widzenie ogrodnictwa.

Po II wojnie światowej większość parków dworskich uległa zniszczeniu. Pierwszego podsumowania strat dokonał prof. Gerard Ciołek, inwentaryzując 328 parków dworskich. W latach 1964‒66 powstał Rejestr Ogrodów Polskich. Służby konserwatorskie rozpoczęły wraz z naukowcami badania terenowe, korzystając z zasobów archiwów. Na Lubelszczyźnie wielką pracę inwentaryzacyjną wykonali prof. D. Fijałkowski i dr M. Kseniak, dokumentując w latach 1970‒77 ponad 600 parków dworskich.

Powstało wiele projektów rekonstrukcji założeń ogrodowych, powołano całą armię specjalistów: od chirurgów drzew po historyków sztuki ogrodowej. Wielkie założenia pałacowo-parkowe odzyskują swoją świetność. Kolejni ministrowie kultury i samorządowcy hojnie subsydiują prace renowacyjne. Kwitną kolejne odremontowane parki, przy równie dopracowanych w detalach dworach i pałacach.

A mnie najbardziej cieszą powroty prawowitych właścicieli do dworków, w których wraca poczucie sensu trwania i troski o ojcowiznę. Dom i ogród wokół także wracają do życia. Stają się ostoją domowej i narodowej tradycji. Jest taki mały dwór na Kurpiach – odzyskany po wielkich staraniach i biurokratycznych bojach przez profesora historii z Lublina. Prawdziwa ojcowizna, pracowicie i kosztem wielu wyrzeczeń odnowiona. Napełniona na powrót rodzinnymi sprzętami, pamiątkami. I tak jak za czasów zaborów było to miejsce spotkań i poważnych dyskusji nad losami Polski i Polaków, tak i teraz nie czuje się tam beztroskiej biesiady, w myśl zasady „a po nas choćby potop”. A wokół dworu stare jesiony i buki, pomnik powstańca z 1963, gniazda z bocianami wysiadującymi małe. Mała Ojczyzna. Kilka kilometrów dalej drugi park z nieistniejącym dworem. Park, w którym naliczyłem ponad 30 pomnikowych drzew – niektóre dęby i jesiony mają powyżej czterech metrów obwodu. Sosnowe lasy otaczają park, który sterczy nad nimi jak czupryna.

Rzecz o wyobraźni

Kiedy jeździmy po Lubelszczyźnie, warto przyglądać się wysokim skupiskom drzew wyróżniających się w otaczającym krajobrazie. Można wypatrzeć resztki starego dworskiego parku. Kiedy się tam wejdzie, szumi historia. Mam takie wspomnienie z parku we Wronowie nieopodal Chodla. Zaintrygowany niepasującym do otoczenia starodrzewem, zatrzymałem samochód i wjechałem do środka starego parku. 200-letnie kasztanowce wokół trawnika – czy też raczej – pastwiska, obsypanego stokrotkami, wielkie derenie z mnóstwem owoców. Na skraju parku odkryłem źródełko z krystalicznie czystą, smaczną wodą. Dwa zagłębienia przypominające stawy były połączone groblą. Brakowało tylko mostka. W granicach starodrzewu był stary sad. Chwasty „po pachy” i gruzowisko po dworze. Wróciłem do Lublina i wybrałem się do konserwatora zabytków. Szczęśliwie, wronowski park był w ewidencji i został już zinwentaryzowany. W bogatym opisie – chwała naszym dwóm naukowcom – znalazła się opowieść o właścicielu dworu. Przed ponad dwoma wiekami królewski szambelan, niejaki Albertyn Gotz, otrzymał wronowskie włości jako rodzaj emerytury. Kalwin, pragmatyk, odmienił ten kawałek ziemi na swoją miarę i potrzeby. Wokół Wronowa bieda, głód i pijaństwo, a u Gotza we wsi murowane chałupy, abstynencja i porządek. Przy skromnym dworze zbudowano piec do wypalania wapna, duże budynki gospodarskie i owczarnię. Hodowla owiec, która przynosiła znaczne dochody i była znana poza granicami Rzeczpospolitej. Gotz wysyłał swoje owce nawet na wystawy zwierząt hodowlanych do Londynu. A po drodze, jak pisze w swoich pamiętnikach Kajetan Koźmian, zdarzały się napady zbójców wysyłanych przez rywali do wystawowych medali. A sam dwór jawił się jak oświeceniowa latarnia w ciemnej okolicy. Po wojnie spłonął i teraz ledwo widać jego gruzy pośród chwastów.

Brak dworu dawał mi nadzieję, że jako ogrodnik i chirurg drzew zabytkowych mam pewne szanse na przejęcie tego parku w dzierżawę pod opiekę, zgodnie z obowiązującymi przepisami. Otrzymałem nawet zgodę z Ministerstwa Kultury i Sztuki. Wolałem jednak poszukać prawowitych właścicieli. Po kilku miesiącach znalazłem w Gdańsku ostatnią właścicielkę (wówczas już 90-letnią osobę), która po wojnie wyjechała z Wronowa. A powojenne losy dworu, jak wielu dworów na Lubelszczyźnie – pożar, grabież i dewastacja nie zachęcały ani do powrotu, ani do starań o zwrot własności od państwowych władz. Starsza pani gotowa była oddać park za dożywotnią rentę. Mimo to Wronów stał się już dla mnie tylko miejscem westchnień o wielkości.

Dziś, po latach, mam pewność, że ojcowizna jest tylko jedna.

Ale zawsze można zamknąć oczy i wsłuchać się w szum starych drzew i wpisać w nie swoje marzenia o starym dworze pod wiekowymi jesionami.

P.S. Na pociechę podaję przepis na dereniówkę z Wronowa; nad likierem z Chartreuse dalej pracuję.

NALEWKA DERENIÓWKA

Składniki:

  • około 500 g dojrzałych lub przejrzałych owoców derenia

  • pół litra spirytusu nalewkowego 70% (3 szklanki spirytusu 90% plus 1 szklanka przegotowanej wody)

  • 300 – 500 g cukru (w zależności od słodkości owoców)

Wykonanie:

Dojrzałe owoce derenia miażdżymy lub nakłuwamy, żeby puściły sok.

Owoce wsypujemy do wyparzonego słoika, zalewamy alkoholem, szczelnie zakręcamy. Pozostawiamy na 6 tygodni w ciepłym miejscu, co jakiś czas potrząsając.

Po tym czasie przecedzamy naszą nalewkę.

Do jednego słoika zlewamy sok z alkoholem, do drugiego – owoce. Słoik z alkoholem odstawiamy.

Owoce zasypujemy cukrem, przykrywamy słój z owocami np. gazą i zostawiamy w ciepłym miejscu na kilka dni. Co jakiś czas potrząsamy owocami – utworzy się syrop.

Przecedzamy owoce – zlewamy sam syrop – najlepiej zrobić to przez gazę, dokładnie odciskając owoce.

Syrop mieszamy z alkoholem z drugiego słoika i odstawiamy do sklarowania na około miesiąc.

Po tym czasie przesączamy alkohol przez filtr (np. filtr do kawy) do szczelnych butelek i odstawiamy na 6 miesięcy, a jeszcze lepiej na kilka lat.

 Tekst i foto Cezary Michalec

Komenatrze zostały zablokowane