fbpx

Pani Maria

1 października 2016
Komentarze wyłączone
1 306 Wyświetleń

pani-maria-111Drobnymi i zniszczonymi rękoma z wyraźnymi zmianami gośćcowymi lepi równe, półokrągłe pierogi z serem i ziemniakami. Kuchnia dawno lata świetności ma za sobą. Jej wyposażenie to stół, kilka półek, kredens, stojące w rogu rondle, wiszące na kołkach emaliowane kubki i kuchenka, na której stoi garnek z miarowo bulgoczącą wodą. Kiedy pan Eugeniusz, który przyjechał w odwiedziny z Lublina, wręcza jej pęk ogrodowych kwiatów, wzrusza się. Twierdzi, że pierwszy raz w życiu dostała od mężczyzny kwiaty. Trochę musiała na to poczekać – w marcu tego roku skończyła 90 lat.

 

Maria Humin z domu Ostaszuk urodziła się w Rakołupach niedaleko Chełma. Dom znajdował się na terenie należącym do folwarku. W pobliżu były cerkiew, szkoła, staw, młyn i wspólny cmentarz dla katolików i prawosławnych. Pani Maria pamięta jak dziś, że raz na jakiś czas chodziła z matką i rodzeństwem ponad 20 km w jedną stronę na targ do Chełma. Zbliżając się do miasta, coraz wyraźniej widziała wychodzące ponad linię horyzontu wieże kościoła na Górce. Lubiła te wycieczki. Dla niej to był kawałek innego, kolorowego świata. Jej matka sprzedawała jajka, ale sama prawie nigdy nic nie kupowała. Kiedy była potrzeba, to zaopatrywała się u chodzących od wsi do wsi żydowskich handlarek. ŻyciewRakołupachbyłotrudne. Rodzice Katarzyna i Andrzej mieli niewielkie gospodarstwo – chałupa, obora, stodoła. Trudno było z tego wyżyć, więc Maria i jej rodzeństwo chodzili do ludzi na służbę. Ponieważ ich ojciec wydawał pieniądze na papierosy i alkohol, w domu często były kłótnie. Kilkuletnia Maria postanowiła sobie wtedy, że w jej życiu będzie inaczej, jej mąż będzie dobrym człowiekiem, ani nie będzie się z nią kłócić, ani nie będzie jej bić. No i nie będzie palić.

 

P jak Polak

Po wybuchu wojny nastoletnia Maria często podglądała z ukrycia, jak umundurowani Niemcy prowadzą Żydów na rozstrzelanie. Ale pomimo grozy sytuacji życie w Rakołupach toczyło się w miarę normalnie. Jednak pod koniec października 1941 roku wojna dotknęła ją bezpośrednio. Do domu przyszedł policjant z nakazem wywozu na roboty do Niemiec. Maria miała 15 lat. Matka zapakowała do walizki trochę jedzenia i kilka ubrań. Błagała męża, żeby pojechał zamiast Marii. Jej krzyk na zmianę z głośnym płaczem towarzyszył dziewczynie w drodze do miejscowego posterunku policji. Nazajutrz z chełmskiego Arbeitsampt (niemiecki urząd pracy) trafiła do bydlęcego wagonu, którym dwa dni jechała do Rzeszy. Najpierw pracowała w lesie w okolicach Dessau, gdzie od rana do wieczora znosiła gałęzie, które były formowane w stosy. Było coraz zimniej, a na nogach miała letnie buty, w których wyszła z domu. Po trzech tygodniach razem z trzynastoma dziewczynami, które nie miały szesnastu lat, została przetransportowana pociągiem do Zella-Mehlis. – Kiedy wyjeżdżałyśmy z Dessau, to była jesień jeszcze, a kiedy prawie na koniec podróży wyjechałyśmy z tunelu, to było już biało od śniegu – wspomina pani Maria. Położone w Turyngii na wysokości 400–700 m n.p.m. miasto słynęło z tras narciarskich (w znajdującym się 8 km dalej Oberhofie w 1931 roku odbyły się Mistrzostwa Świata w Narciarstwie Klasycznym) oraz z fabryki Carl Walther GmbH Sportwaffen, która w okresie II wojny światowej była jedną z najważniejszych fabryk zbrojeniowych na terenie III Rzeszy.

 

Zakwaterowano ją w jednym z kilku baraków znajdujących się na ogrodzonym terenie. Czterdzieści Polek z Warszawy, Zamościa, Józefowa i okolic Chełma spało w jednym z czterech pomieszczeń na piętrowych pryczach zbitych z sosnowych desek. – Gryzło robactwo, ale nie było najgorzej. Miałyśmy kartki żywnościowe. 1.5 kg chleba na tydzień, do tego 20 dag margaryny, tyle samo marmolady i 4 kg ziemniaków na miesiąc. No i chodziłyśmy do przyfabrycznej stołówki na zupę – wspomina pani Maria. W baraku była miska z wodą i kuchenka gazowa. W pozostałych barakach mieszkali Francuzi, Włosi i Rosjanie. Kobietom i mężczyznom nie można było się kontaktować. Polaków obowiązywała naszywana na ubranie litera P (Rosjanie mieli plakietkę z napisem OST, czyli Wschód). Robotnicy przymusowi nie mogli przebywać poza barakiem po godzinie 20.00, chodzić do kina i gospody. Za nieprzestrzeganie „regulaminu” groziły surowe kary, nawet chłosta, co szczególnie zdarzało się u bauerów, właścicieli niemieckich gospodarstw. W Zella-Mehlis robotnicy przymusowi chodzili do fabryki bez eskorty. Pani Maria pamięta, że niemieckie dzieci wołały za nimi „polskie kapusty”.

 

Walther P38

 

W domu w Wólce Kraśniczyńskiej niedaleko Krasnegostawu oglądamy przedwojenne pocztówki z Zella-Mehlis. Pani Maria nie przypomina sobie ani szeregu kamienic, ani budynku ratusza. Ożywia się na widok fabryki, zbudowanej na planie prostokąta, z czteropiętrową fasadą i dymiącym kominem na dziedzińcu. Wszystko w idealnym pruskim porządku. – Pracowałam od 18.00 do 6.00. Po fabryce można było poruszać się tylko z legitymacją, którą przy przechodzeniu do innego pomieszczenia pokazywało się strażnikom. Maszyny wycinały różne części. Ja dokładałam do złożonych już pistoletów blaszki z kolejnymi numerami albo moczyłam pistolety w wodzie z sodą kaustyczną i układałam je w skrzyniach – opowiada pani Maria. Zakłady Walthera rozpoczęły produkcję P38 rok przed wybuchem wojny, głównie na potrzeby Wehrmachtu. Był to pistolet kompaktowy, składający się z kilkudziesięciu często niewielkich części. Drobne kobiece dłonie na pewno lepiej sobie radziły z ich precyzyjnym składaniem niż męskie ręce, stąd zapewne takie ilości robotnic w fabrykach zbrojeniowych. W trzech zakładach na terenie Niemiec do zakończenia wojny wyprodukowano ponad milion trzysta tysięcy sztuk. Waga 800 gramów, długość 216 mm, charakterystyczna lufa długości 125 mm. Uznawany przez nazistów za kultowy, wraz z masową produkcją pistolet zaczął tracić na jakości. Fabrykę przejęły wiosną 1945 roku wojska amerykańskie, ale wkrótce alianci się wycofali, bo Turyngia znalazła się w radzieckiej strefie okupacyjnej. Rosjanie wywieźli maszyny, a budynek wysadzili w powietrze. Produkcja została wznowiona wiele lat później, a P38 zagrał m.in. w dwóch filmach o przygodach agenta Jamesa Bonda. Ale zanim to się stało, robotnicy przymusowi dostali propozycję od Amerykanów, żeby zostać w fabryce i nadal produkować broń, tyle że tym razem na ich potrzeby. Pani Maria wolała wracać do domu. Wraz z innymi z Zella-Mehlis została przetransportowanado obozu przejściowego, który znajdował na terenie obozu koncentracyjnego w Buchenwaldzie, który został wyzwolony w kwietniu 1945. To stamtąd pani Maria zabrała ze sobą wspomnienie stosu męskich czapek, których właściciele – osoby pochodzenia żydowskiego – zostali wrzuceni do rozstawionych na terenie obozu kilku klatek z niedźwiedziami. Ku przestrodze innych więźniów. – Tylko te kaszkiety zostały. Nigdy nie widziałam tylu kaszkietów na raz – wspomina.

 

Do domu wracała pociągiem, pieszo i furą ponad trzy miesiące. Kiedy stanęła w drzwiach rodzinnej chałupy w Rakołupach, był gorący sierpniowy dzień. Maria miała 18 lat i bagaż przeżyć, który do dziś nie chce jej od siebie uwolnić. Na drodze, którą prowadził ją policjant przed trzema laty, pierwszy zauważył ją brat. Ojca nie było, zaraz po wywiezieniu Marii do Rzeszy matka wygoniła go z domu. Teraz stała na progu i znowu płakała.

 

Fioletowa litera na żółtym tle

 

Niedługo potem poznała Aleksandra. Jak mówi pani Maria, chłopak był dobrą partią, jedynak, miał morgi, dom i stodołę. Wprawdzie paliłpapierosy,alew 1947 roku wzięli ślub i zamieszkali w Wólce Kraśniczyńskiej. Tak jak sobie Maria wymarzyła, tak miała. Aleksander był spokojny i ugodowy. – Nie był święty, ale był dobrym człowiekiem. Szanował innych. Nawet koguta w życiu nie zabił – wspomina pani Maria. Uprawiali buraki, tytoń, konopie, len, sami siali, sami zbierali. Mieli dwie krowy, kilka świń i kury. Urodziło się pięcioro dzieci. Kiedy dwoje z nich wyjechało do szkoły do Zamościa, trzeba było zapłacić za stancję, dać na życie. Znowu było ciężko. Mąż zaczął pracować jako piekarz, w domu i obejściu wszystko było na jej głowie. Ale to, co najgorsze, było dopiero przed nią. Do dziś nie może zmierzyć się ze śmiercią trójki jej dorosłych dzieci – córki i dwóch synów. Przed trzydziestu laty odszedł też Aleksander. – Moje całe życie teraz to myślenie o nich – mówi.

 

Rozmawiamy w pokoju pani Marii przy stole, na którym leży kilkanaście pudełek z lekarstwami. Zażywa dziewięć tabletek rano i dziewięć wieczorem. Głównie na chore serce. Na ścianach wiszą święte obrazy i zdjęcie jednego z synów, na tapczanie śpi kot. Pani Maria mieszka z synem, więc nie czuje się samotna. Wstaje codziennie o szóstej rano, ciągle jest dużo do zrobienia. Ma ogród i kawałek kartofliska. – Syn myśli, że lata idą w dół, a one już tylko idą do góry – śmieje się. W wolnych chwilach lubi oglądać seriale. Ale od czasu, kiedy piorun strzelił niedaleko chałupy, telewizor nie działa. Drobna starsza kobieta ze zniszczonymi od pracy rękoma w niczym nie przypomina nastoletniej dziewczyny, o której opowiada. Pokazuje legitymację członkowską wydaną przez Stowarzyszenie Polaków Poszkodowanych przez III Rzeszę, nr 0700483, z fioletową literą P na żółtym tle. W niej odnotowane składki za poszczególne lata. W okresie II wojny światowej z terenów Polski na roboty do Rzeszy trafiło 2 miliony 800 tysięcy Polaków. Pani Maria ma rentę niewiele ponad tysiąc złotych. Ona i inni, którzy jeszcze żyją, dostają rekompensatę za pracę dla Rzeszy w wysokości 180 złotych miesięcznie. – Może pani napisze do kogoś, żeby nam trochę podwyższyli…

 

Podziękowania dla p. Eugeniusza Bieleckiego za pomoc przy powstawaniu tekstu

Tekst i foto Grażyna Stankiewicz

Komenatrze zostały zablokowane