fbpx

Pozytywne nieprzystosowanie. Szyszkowska i Stępień

2 lutego 2017
Komentarze wyłączone
3 452 Wyświetleń

OTWIERAJĄCEZjawili się w Nałęczowie dwadzieścia lat temu. Wydawali się bardzo ekscentryczni. Ich osiedlenie się tu zdawało się fanaberią, krótkotrwałym romansem warszawiaków z prowincją. Ale zostali, zapuścili korzenie, stali się nieodłącznym elementem miasteczka, składnikiem jego wizerunku.

Maria Szyszkowska, filozof, była sędzia Trybunału Stanu, senator V kadencji, nominowana do Pokojowej Nagrody Nobla. W nałęczowskiej kawiarni Ewelina ma ulubiony stolik, na nim książki swojego autorstwa. Co wtorek zjawia się tu na „dyżur”, czas poświęcony ludziom, tym, którzy chcą kupić jej książkę, porozmawiać o filozofii bądź o tym, co leży na sercu.

Nosi suknie do ziemi, których autorką jest nałęczowska artystka, na głowie ma burzę loków w artystycznym nieładzie, oczy podkreśla mocną kreską, a paznokcie maluje na ukochany zielony kolor. Wita mnie silnym uściskiem drobnej dłoni. Rankiem w Trzech Króli szukam domu na Strzelcach, mając w głowie wskazówki pani Marii – „za Ochronką jest mały wąwozik, a potem po lewej taka duża brzoza, to jestem ja”.

Przez kilkanaście lat przyjeżdżała do Nałęczowa ze swoją chorą na serce matką. Stąd związek i sentyment do tego miejsca. Potem, kiedy w jej życiu pojawił się Jan Stępień, przyjeżdżali razem. Wynajmowali pokój przy ulicy Lipowej, tani, bo, jak to określa pan Jan, „niecywilizowany”, co pozwalało spędzić tu nawet trzy miesiące rocznie. – Kiedy tu przyjechałem po raz pierwszy, urzekła mnie zieleń, to co kocham. Z roku na rok coraz bardziej wsiąkałem w to miejsce i pokochałem Nałęczów. Bo jak Marynia coś kocha, to ja też powinienem.

 

Siłaczka i jej poeta

 

IMG_1657Poznali się w 1980 roku. On przeżywał dramat rozstania z ukochaną kobietą. Któregoś wieczoru, kiedy zabrakło alkoholu i pieniędzy, przypomniał sobie o zaproszeniu na spotkanie z jakąś oryginalną panią docent, filozofem, która częstuje ciekawą rozmową i smacznymi koktajlami. Zaciągnął tam kolegę. Drzwi otworzyła pani docent, a jemu język zaczął się plątać z zakłopotania.

– O Jasiu mówiono mi, że miał setkę miłości przede mną – wspomina pani Maria. – Bardzo podobał się kobietom. Ja też od razu zwróciłam na niego uwagę.

Na pierwsze spotkanie we dwoje kupił za pożyczone pieniądze naręcz konwalii, ale zastał zamknięte drzwi. Konwalie zostawił na wycieraczce. Było to w Kielcach. Ona była tu od kilku lat „na zesłaniu” – w ramach restrykcji za brak zgody na zapisanie się do partii i odmowę współpracy ze służbami straciła pracę na Uniwersytecie Warszawskim. Po habilitacji na KUL-u przez rok nie miała żadnej pracy, pożyczała pieniądze na jedzenie, wspierała chorą matkę. Potem pojawiła się szansa na posadę w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Kielcach.

Jan pochodzi z Kielecczyzny, śmiejąc się, nazywa siebie „scyzorykiem”. W rodzinie miał piekarzy i masarzy, nie cierpiał widoku zabijanych świń. Babcia ze strony mamy miała wyraźnie tatarskie rysy, ale nikt w rodzinie nie interesował się odkopywaniem korzeni. U Jana widać tę domieszkę w lekko skośnych czarnych oczach i kruczoczarnych włosach. I temperamencie. Był ministrantem, uprawiał szermierkę, grał na perkusji w zespole. Imał się różnych zajęć. – Szukałem lepszego życia, bo pochodziłem z rodziny alkoholowej. Sztuka i literatura mnie ratowała dosłownie, bo upadałem, ale powstawałem właśnie dzięki sztuce.

IMG_1761Z wykształcenia ekonomista, nigdy nie podjął pracy w zawodzie, a zapał do pracy etatowej miał bardzo nietrwały. Przez krótki czas pracował jako likwidator szkód w firmie ubezpieczeniowej. Kiedy poznał Marię, miał 33 lata i był początkującym literatem. Ich związek napotkał opór ze strony obu rodzin. Matka Marii oceniła go jako mezalians. Jego rodzina z niechęcią patrzyła na wyzwoloną filozofkę z Warszawy. Trudna do zaakceptowania była też różnica wieku, bo Maria jest starsza. Mimo to pobrali się. Chętnie wspominają, że umowa przedślubna między nimi zawierała jeden punkt: musiał jej obiecać, że będzie z nią tańczył. Maria kocha tańczyć. Taniec przywraca wewnętrzną harmonię, pozwala wyciszyć myśli, jest tą unikalną sytuacją, kiedy można oddać się woli mężczyzny.

Pan Jan mówi, że najwięcej satysfakcji daje mu rysowanie. Przy pomocy kilku kresek powołał do życia ludziki. Za ich pośrednictwem wyraża na papierze myśli, stany emocjonalne, przeżycia, których doświadcza człowiek, niezależnie od płci czy wieku. Ludziki od kilku lat stały się kolorowe, wcześniej rysowane były tylko czarną kreską. Spotkać je można na łamach prasy, ilustrują książki pani Marii. Jeżdżą po kraju i za granicę na wystawy, były w Luxemburgu, na Węgrzech, w Belgii.

Najwcześniej zacząłem rzeźbić, jako dziecko dostałem od dziadka kozik, fascynowała mnie chropowatość kory i to w niej zacząłem dłubać. Do pisania muszę się zmusić, to jest pewien rodzaj wysiłku.  

Mimo to, jego dorobek literacki jest pokaźny. Opublikował około dwudziestu książek – poezję, opowiadania, dramaty. W 2009 roku na deskach Tarnowskiego Teatru im. Ludwika Solskiego wystawiono jego sztukę „W windzie”, a w Zamościu monodram „Róża”. Co ciekawe, rolę bohaterki odegrał Wojciech Siemion.

Pisać zacząłem po wojsku, najpierw wiersze. Byłem czołgistą, miałem brudne ręce, teraz też mam brudne ręce! – Jan prezentuje dłonie i pędzi do przedpokoju, gdzie własnymi siłami przebija sufit, żeby zmodernizować przewód kominowy. Myśli, które przychodzą do głowy, układa w aforyzmy, jest ich dużo, cały tomik. Maria odnajduje go w biblioteczce na poddaszu, przerzuca kartki:

„Nie ufaj kobiecie w przyjaźni, podepcze ją dla miłości” to bardzo prawdziwe! Twórczość Jasia często inspirowana jest naszym wspólnym życiem, na przykład zbiór opowiadań „Szalona Maria”.

 

Marzenia się spełniają, jeśli w nie mocno wierzyć

 

IMG_1894Co roku zostawiała Nałęczów z ciężkim sercem. Powtarzała: „Tak chciałabym tu mieć dom”, traktując to jako zupełnie nierealne marzenie, no bo jak? Skąd środki? Aż kiedyś, w 1995 roku, dowiedzieli się, że na obrzeżach Nałęczowa jest chata na sprzedaż, ale raczej nie spełni oczekiwań pani profesor… Ale kiedy pani profesor ze swoim mężem poetą stanęli przed chylącą się ku upadkowi niemal stuletnią chatą, zarośniętą dwumetrowymi pokrzywami, wiedzieli, że to jest to. Chwilę wcześniej umarła ciotka Marii, zostawiając jej niewielki spadek.

Dom nie nadawał się do zamieszkania – nie było kanalizacji, nie było łazienki, tylko sławojka, część bali już dawno zjadły korniki, przez sufit można było oglądać niebo gwiaździste, to samo co nad Immanuelem Kantem.

Znajomi pukali się w czoło i mówili: no coście kupili! Remont zacząłem z pomocą rozklekotanej taczki i ręcznej piły. Zawsze powtarzałem: Maryniu, marzenia się spełniają, trzeba tylko mocno w nie wierzyć.

 

Filozofia pod strzechą

 

Przekraczam furtkę w asyście pana Jana oraz sznaucera olbrzyma o przewrotnym imieniu Gapcio, który nachalnie doprasza się pieszczot.

– Butów proszę nie zdejmować, podłogi nie mogą być ważniejsze niż gość – mówi pan Jan i odbiera ode mnie płaszcz.

IMG_1853Popijamy herbatę z białych filiżanek, pogryzamy bułeczki drożdżowe upieczone przez moją mamę. Gospodarze, wyrażając swój sentyment do smaków domowego jedzenia, pytają, czy znany mi jest taki sposób ocieplania okien jak u nich – watą ułożoną pomiędzy szybami oraz zwracają uwagę, że w oknach jest siatka, a to ze względu na koty, żeby nie wychodziły na zewnątrz, bo wąską uliczką młodzi kierowcy jeżdżą bardzo nierozważnie. Zaraz z tego zaczyna się dyskusja, co ważniejsze – wolność czy bezpieczeństwo i czy przyczyną trzymania kotów w domu jest egoizm gospodarzy czy miłość do zwierzęcia.

– Nasz egoizm powoduje, że trzymamy je w klatce.

– Miłość, Maryniu.

– Miłość zawsze jest egoistyczna, Jasiu.

– Przeważnie, ale nie, nie… To nie tak.

 

IMG_1718Oglądamy dom. Mijając sekretarzyk z epoki napoleońskiej, wchodzimy do czarno-białej sypialni z wielkim kominkiem. Jan podaje mi czarną maskę rytualną z Kongo, szamański rekwizyt pełen energii. Osnuta jest pajęczyną. Pająki chcą żyć, jak każde stworzenie, nie można im tego utrudniać.– Skłaniam się mocno ku buddyzmowi. To fenomenalna filozofia i religia. Od dwudziestu lat nie jem mięsa. Patrząc na kotlet na talerzu, widzę zabite stworzenie.Czarny kocur Pyza ma legowisko przy kuchni, na które wspina się po drabince z patyków, ale teraz zajmuje fotel przy stole. Fotel nie byle jaki, bo jedyny ocalały mebel z warszawskiego mieszkania rodziny Marii. Reszta wyposażenia, w tym nieodżałowana rosyjska porcelana z fabryki Kuzniecowa, spłonęła w pożodze powstania. Na ścianie wisi portret pradziadka, uczestnika powstania styczniowego.– Wychowana byłam w duchu kultu powstań narodowowyzwoleńczych. Dziś jestem pacyfistką. Powinniśmy całe życie weryfikować swoje poglądy. Nakaz trwałego pokoju wypływa z etyki Kanta, człowiek nie może być traktowany jak środek do celu.

Wychowywała się z matką i dwiema ciotkami w kamienicy przy ulicy Filtrowej w Warszawie. Taki dom pełen kobiet jest trudny. Znacznie starsi bracia cioteczni nie żałowali jej uszczypliwości. Mieli żal do jej matki, że pozwala córce na jednoczesne studiowanie prawa, które w ówczesnych czasach miało podstawy marksistowskie, oraz filozofii na katolickiej uczelni. Twierdzili, że wyrośnie na zdeprawowanego człowieka.

Rozmowę przerywa konieczność dołożenia drewna do kominków i pieców. W domu nie ma kaloryferów i jest to świadomy wybór gospodarzy. Dzięki temu powietrze wewnątrz nie jest suche. Nie jest też przesadnie ciepło, w związku z czym Maria okrywa nas ciepłymi kocami i dba o to, by w filiżankach była ciepła herbata. Pod fajerki kuchni wpycha bryły węgla, żeby zagrzać kolejny dzbanek wody. Kiedy ułożone są zgodnie z jej myślą – Jan proponował, że ją w tym wyręczy, ale chodziło o to, żeby było to „po swojemu” – wraca do rozmów. Wspominając dom rodzinny, robi bardzo długą pauzę na wspomnienie starszej siostry.

– Przepraszam, to bolesna sprawa w moim życiu. Odnosiłam wrażenie, że w mojej rodzinie miano za złe, dlaczego to ona wyemigrowała, a nie ja. Siostra lubiła haftować, zmywać, gotować, było porozumienie z nią, a ja tylko siedziałam i czytałam jakieś książki.

IMG_1613W czasie robienia magisterium wyszła za mąż, to była forma ucieczki z domu. Małżeństwo trwało trzy miesiące. Przyczyną jego zakończenia była odmowa posiadania dzieci przez Marię. Dziś uważa, że to była jedna z najmądrzejszych decyzji w jej życiu. Jest tyle ważnych rzeczy do zrobienia, a to nie jest do pogodzenia. Nie podoba jej się to, że większą uwagę poświęca się dzieciom niż swoim osamotnionym rodzicom. Będąc studentką Akademii Teologii Katolickiej w Warszawie, pod wpływem swojego mistrza księdza profesora Piotra Chojnackiego zainteresowała się filozofią Immanuela Kanta. Odnalazła w niej ważną rzecz – rozdział porządku moralnego od religijnego, a co za tym idzie, koncepcję moralności niezależnej od religii oraz prawa pozbawionego wpływów ideologicznych jakiejkolwiek religii. Było to kamieniem milowym dla jej dalszych rozważań. W przyszłości zaowocowało przekonaniem o tym, że naszym postępowaniem ma kierować poczucie powinności, a nie lęk przed karą, a prawodawstwo państwowe nie może wykluczać jednostek myślących inaczej, lecz zapewniać wszystkim taką samą przestrzeń wolności. Stąd jej inicjatywy zmierzające do wsparcia osób homoseksualnych, legalizacji aborcji czy możliwości stosowania eutanazji.

W swoich rozważaniach doszła do przekonania, że mimo różnych systemów moralnych przyjmowanych przez ludzi, jest pewien zbiór wartości wspólnych, możliwych do przyjęcia i kultywowania niezależnie od systemu moralnego. Na bazie tych wartości powstała filozofia codzienności.

– Wskazuję, że zarówno wielkie i małe rzeczy dzieją się w dniu codziennym. Szukam tych wartości, których przeżywanie i kultywowanie pozwoli być szczęśliwym, a ponadto mieć poczucie sensu życia. Wśród nich są przyjaźń, sprawiedliwość, empatia, a także kategorie estetyczne.

Kontynuuje również myśl innego profesora ATK Kazimierza Dąbrowskiego dotyczącą rozwoju człowieka, podkreślając, że warunkiem budowania w sobie własnych cech indywidualnych jest pozytywne nieprzystosowanie, czyli niezgoda na uznanie, że pogląd większości jest obowiązującą prawdą i że kształtowanie człowieka ma polegać na dostosowaniu do tego poglądu.

 

Nałęczów, historia rozczarowania

 

IMG_1866W zeszłym roku Maria otrzymała radę od sprzedawczyni w sklepie, by chodziła do kościoła i to najlepiej na sumę, by ludzie ją widywali, bo inaczej źle o niej mówią. Wiosną 2005 roku pod chatą Szyszkowskiej zebrał się tłumek młodzieży ze Stronnictwa Narodowego, wsparty lokalnymi siłami, odczytano odezwę, spalono marzannę z twarzą pani profesor. Była to zemsta za złożenie przez nią projektu ustawy o związkach partnerskich i działania w kierunku legalizacji aborcji i eutanazji.

Jakiż to jest paradoks! Nałęczów jest znany na całym świecie, przyciąga wielkich ludzi, artystów, uczonych etc., etc., a mieszkańcy pozostają „nieprzemakalni”, nie dociera do ich głów żaden świeży powiew. Ludzi drażnią suknie Marii i nasz wygląd.

Z Nałęczowa znika zieleń. Bolą decyzje lokalnych władz o wycince drzew, o nietrafionych a kosztownych inwestycjach, o brutalnym potraktowaniu bezdomnych psów. Aktualnie Maria walczy o zablokowanie budowy obwodnicy, a właściwie o zmianę jej przebiegu. Bo odnosi się wrażenie, że podyktowany on jest interesami lokalnych inwestorów. Okoliczni mieszkańcy mają za złe Szyszkowskiej i Stępniowi, że jako jedyni przeciwstawiali się położeniu asfaltu na drodze przez Strzelce. Mieszkańcy chcieli mieć cywilizację, Maria i Jan chcieli mieszkać na wsi. Umarła pani Bartosiewiczowa, właścicielka kawiarni Ewelina. W Pałacu Małachowskich nie ma już dancingów, nie gra już orkiestra. Jedynie w Willi Wołyń grają jeszcze prawdziwi muzycy i śpiewa urocza solistka.

Marynia wybrała Nałęczów ze względu na ludzi, ja ze względu na przyrodę. Teraz ona płacze, ja nie, bo przyroda nie zdradza. Zawsze mogę porozmawiać z psem, z kotami, mogę cieszyć się słońcem – konstatuje Jan. Idziemy do ogrodu, za dom. Białe brzozy komponują się z zaśnieżonym łysym pagórkiem, gruba czapa śniegu pokrywa ławkę, towarzyszą nam drewniane rzeźby autorstwa Jana.

– Marynia lubi pustą przestrzeń, ja wolę teren zadrzewiony, ona lubi gwarne towarzystwo, ja lubię samotność, ciszę, ona lubi przestawiać, ja lubię, kiedy wszystko ma swoje miejsce i tam pozostaje. To są moje rzeźby, to Don Kichot, a to mój ulubiony Ikar, bo ja chciałbym umieć latać.

tekst Iza Wołoszyńska

foto Krzysztof Stanek

Komenatrze zostały zablokowane