WAŻNE
Gdy kropla drąży skałę  (Grudzień 11, 2019 9:52 am)
101. rocznica powstania KUL (Grudzień 8, 2019 10:12 pm)
Rozpoczyna się Ukraina! Festiwal Filmowy (Grudzień 6, 2019 9:42 am)
Inspirujące święta w Lublinie (Grudzień 5, 2019 2:33 pm)

Prezydent patrzy na miasto

6 października 2013
Komentarze wyłączone
385 Wyświetleń

_DSC7121_gra

Krzysztof Żuk – ur. w 1957 w Krasnymstawie, doktor nauk ekonomicznych UMCS, w latach 2007‒2009 Wiceminister Skarbu Państwa, od 2010 roku pełni funkcję Prezydenta Miasta Lublina. W tegorocznym rankingu „Newsweeka” na najlepszego prezydenta miasta Żuk uplasował się na wysokim 6. miejscu.


 

Z Krzysztofem Żukiem, Prezydentem Lublina, o estetyce miasta, uprawie niecierpków i o tym, co wynika ze spacerowania po mieście, rozmawiała Izabella Kimak. Foto Artur voshack Woszak.

 

– Jak często chodzi Pan po mieście?

– Bardzo często. Pomijając Stare Miasto, chodzę po Śródmieściu. Zazwyczaj w kierunku miasteczka akademickiego bądź na ulicę Wieniawską, gdzie mieści się część wydziałów Urzędu Miasta.

– I jakie ma Pan refleksje po takich spacerach?

– To jest trochę „skażenie” funkcją, ponieważ staram się dostrzegać to, za co mieszkańcy mnie rozliczają – stan czystości ulic i placów, sposób korzystania z tzw. pasa drogowego, czyli na przykład, czy rozstawione na ulicach ogródki nie utrudniają pieszym przejścia, a także myślę o potrzebnych i planowanych remontach i inwestycjach. Na Starym Mieście chętnie odwiedzam ulicę Grodzką, okolice Teatru Starego, zaglądam także na Kołłątaja, aby popatrzeć na nasze Centrum Kultury i jego otoczenie. Będąc na placu Litewskim, wyobrażam sobie, jak będzie wyglądało to miejsce po zrealizowaniu wybranego wspólnie z mieszkańcami projektu rewitalizacji.

– A jak widzi Pan coś, co nie podoba się Panu jako gospodarzowi miasta, to reaguje Pan?

– Tak, od razu, wręcz automatycznie. Reaguję, najczęściej dzwoniąc do osób odpowiedzialnych za porządek, czyli do straży miejskiej albo dyrektorów odpowiedzialnych za porządek wydziałów, oczekując ich interwencji. Często zdarza się, że mieszkańcy podchodzą do mnie, wskazując na sprawy wymagające rozwiązania. Zazwyczaj są to tematy związane z inwestycjami, porządkiem i z lubelskim sportem.

– Mieszkańców nie deprymuje pełniona przez Pana funkcja i tak po prostu podchodzą do Pana i zagajają rozmowę?

– Dokładnie tak, dla mnie to duża przyjemność i dowód zaufania. Najczęściej spotykam się z sympatią mieszkańców, chociaż pytają mnie również o sprawy trudne, na przykład o kredyt zaciągany na realizowane inwestycje. Odpowiadam bardzo prosto – kredyt przeznaczany na inwestycje to środki, które pracują, rozwijają Lublin, pozwalają nam podnosić jego atrakcyjność inwestycyjną i jakość życia w mieście. Mogę przytoczyć jako przykład  spotkanie z mieszkanką, która czekała razem ze mną na przejściu dla pieszych na czerwonym świetle. Wzięła mnie pod rękę i mówi: „Panie Prezydencie, głosowałam na Pana, ale niech Pan zobaczy” i pokazała leżące pod budynkiem śmieci. Bycie prezydentem jest zobowiązujące i choć nie za wszystkie obszary funkcjonowania miasta formalnie odpowiadam, to staram się robić jak najwięcej. Zależy mi, abyśmy skutecznie rozwijali miasto oraz zapewniali czystość i dbali o estetykę Lublina. Już osiągnęliśmy stan lepszy niż był, mam jednak pełną świadomość, że jest jeszcze wiele do zrobienia.

– No właśnie, estetyka wciąż kuleje, mimo że z perspektywy mieszkańca poprawienie jej byłoby proste. Na przykład samo usunięcie szpetnych szyldów w Śródmieściu sprawiłoby, że Lublin jawiłby się jako miasto, o które się dba.

– To prawda, ale spójrzmy na sprawę w szerszym kontekście. Jeśli mówimy o obszarach istotnych dla estetyki miasta, to potrzebne są inwestycje. One już się dokonują, wymagają jednak czasu. Wierzę, że w perspektywie kilku najbliższych lat uda nam się odmienić kluczowe obszary Lublina, a miasto zyska europejski poziom estetyki. Z „dużych” projektów warto wspomnieć, że rewitalizowany jest Ogród Saski, oddano Centrum Kultury i Teatr Stary. W przyszłym roku chcemy całkowicie przebudować plac Litewski i uczynić go istotnym aktywem turystycznym. Dziś patrząc na to tak ważne dla miasta miejsce, nie mamy wątpliwości, że jego nie da się już poprawić. Swoją strukturą i stopniem zużycia stał się silnie dysfunkcjonalny. Dlatego stawiamy na przebudowę.

– Idźmy dalej. Co jeśli chodzi o deptak czy Stare Miasto?

– Deptak spełnia jeszcze nasze oczekiwania, chociaż jemu również przydałoby się odświeżenie. Są kamienice w bocznych uliczkach, które pozostawiają wiele do życzenia. Wspólnie z Miejskim Konserwatorem Zabytków przyjęliśmy pewne założenia odnośnie deptaka i Starego Miasta i od przyszłego roku będziemy wspierać kierunkowo działania, które są spójne z naszą wizją rozwoju turystyki. Będziemy przygotowywać niezbędną dokumentację, prowadzić prace remontowe na głównym trakcie turystycznym, w tym na ulicy Grodzkiej. Na Starym Mieście bardzo dużo zostało już zrobione, jednak wciąż potrzeba nie tylko kolejnych inwestycji, ale też dużego wyczucia. Musimy skutecznie reagować na szpetotę, która nas zalewa, szyldy są tego dobrym przykładem.

– No właśnie, co z tymi szyldami?

– Podejmujemy różnorodne kroki, ale prawo nam nie ułatwia ostatecznego załatwienia tej sprawy. Na Komisji Wspólnej Rządu i Samorządu Terytorialnego zgłosiłem wniosek o nowelizację Ustawy o czystości, tak byśmy mieli realny instrument wpływania na właścicieli nieruchomości. Niestety, minister odpowiedzialny za tę ustawę nie podzielił opinii co do potrzeby zmodyfikowania przepisów. Możemy zatem działać tylko przez konserwatora zabytków, w ramach jego kompetencji, bądź poprzez interwencje straży miejskiej.

– W Krakowie udało się uporządkować te sprawy, tworząc Park Kulturowy Starego Miasta, który reguluje kwestie likwidacji miejskiej brzydoty. Do Krakowa niedługo dołączy Poznań. A Lublin? Czy nie da się załatwić problemu brzydoty jakąś miejską regulacją prawną/uchwałą?

– Poważnie rozważamy taką możliwość, ostateczną decyzję podejmą radni, którzy zajmą się projektem stosownej uchwały przygotowanej przez Miejskiego Konserwatora Zabytków. Ten dokument jest na etapie tworzenia, musi być precyzyjny i dopracowany w każdym szczególne. Szpetne szyldy to jednak niejedyny problem. Innym są pomazane elewacje na kamienicach zlokalizowanych w reprezentacyjnych punktach miasta, ale należących do prywatnych właścicieli. Mając na uwadze estetykę miasta, prosiliśmy ustawodawcę (i rząd) o możliwość prawną przeznaczania miejskich środków na czyszczenie bądź przemalowanie elewacji, jeśli dana wspólnota nie może sobie z tym poradzić. Na to również nie uzyskaliśmy zgody. Wierzę jednak, że nasze apele do właścicieli, przedsiębiorców czy restauratorów przyniosą efekty, bo tak naprawdę to w ich interesie leży, aby otoczenie ich obiektów było schludne i przyciągało klientów. Powszechnej świadomości tego nie ma, ale pracujemy, żeby to się zmieniło. Jesienią mamy się spotkać z restauratorami, aby o tym porozmawiać. Jednak już w tym roku było lepiej. Na przykład ogródki kawiarniane po naszych apelach nie były ustawiane na podestach. Na pewno jest jeszcze potrzeba ujednolicenia parasoli czy nawet zmniejszenia ich w niektórych przypadkach.

– Podobno restauratorzy byli na Pana wściekli o ten zakaz ustawiania podestów. Przez ich brak klientom wylewa się zupa z talerzy, bo stoliki chyboczą się na nierównym bruku.  

– Nie demonizowałbym. Restauratorzy doskonale sobie poradzili. Wszyscy mamy świadomość potrzeby poprawy estetyki najbardziej reprezentacyjnej części miasta, a zmiany zawsze wymagają pracy i oczywiście mogą budzić emocje. Jednak mamy wspólny cel – dobro miasta. Spotkania z restauratorami, takie jak to planowane na jesień, są właśnie po to, żebyśmy wspólnie decydowali o rzeczach, które nas dotyczą, wypracowywali najlepsze rozwiązania.

– Wkrótce miną trzy lata, odkąd objął Pan funkcję prezydenta miasta, a więc większa część kadencji już za Panem. Co uważa Pan za największy sukces swojej ekipy w tym czasie, a co za największą porażkę?

– Z jednej strony ogromnym sukcesem jest potężny front inwestycyjny. Realizujemy dzisiaj jako miasto inwestycje na 2 miliardy złotych. Oprócz tego inwestują firmy oraz uczelnie. Łącznie w Lublinie prowadzone są projekty na ok. 4,5 miliarda złotych. Miesiąc po miesiącu kończymy kolejne inwestycje, oddając mieszkańcom nowe, funkcjonalne obiekty. W sierpniu otworzyłem bardzo nowoczesne i bajecznie kolorowe przedszkole oraz żłobek przy ulicy Wolskiej. Rok szkolny zainaugurowaliśmy w Zespole Szkół nr 7 przy ulicy Roztocze, w którym zakończyła się budowa basenu za kwotę ponad 8 milionów zł. Przykłady są widoczne na każdym kroku. Oprócz wielkiego skoku, jeśli chodzi o nową infrastrukturę, jako sukces odbieram starania Lublina o Europejską Stolicę Kultury i to, co dzięki temu zyskaliśmy. Już dziś korzystamy z idei zrodzonych podczas tworzenia aplikacji, przekuwamy je także na obchody 700-lecia nadania Lublinowi praw miejskich w 2017 roku. Sukcesem jest również utrzymanie ogromnej aktywności we współpracy z różnymi środowiskami i organizacjami pozarządowymi. Dzisiaj Lublin jest liderem w Polsce, jeśli chodzi o wolontariat i partycypację społeczną. Udało się obudzić aktywność lublinian, która na różnych polach jest fundamentem przyszłego sukcesu miasta. Podsumowując te trzy lata sprawowania przeze mnie funkcji prezydenta, jako największy sukces miasta wymieniłbym właśnie tę aktywność lublinian i pozytywne efekty, które każdego dnia ona generuje.

– A  porażki? Czego z pańskiego programu wyborczego nie udało się wprowadzić w życie?

– Mój program miał wybitnie inwestycyjny charakter. Zasadnicze projekty albo już się dokonały, albo są w trakcie realizacji, nad kilkoma jeszcze pracujemy. Na przykład jesteśmy w przededniu aplikowania o dalsze środki unijne, między innymi na ulicę Poligonową. Pewien niedosyt czuję w obszarze związanym z akademickością Lublina, kształtowaniem przez uczelnie potencjału ekonomicznego miasta. Nie udało się zbudować dobrego modelu współpracy uczelni i biznesu, czego przykładem są na przykład trzy biotechnologie wybudowane w ostatnich latach na uczelniach ze środków unijnych. Aż się prosi, żeby powstało jedno centrum biotechnologii, z którego korzystałyby i uczelnie, i biznes. Mimo naszych zachęt, zabrakło woli współpracy. Korzyści z tego byłyby ogromne: możliwość przyciągania dużo większych grantów, pozyskania większych środków na badania i wdrożenia.

– Skoro o uczelniach mowa, co zrobić, aby zatrzymać drenaż mózgów? Duża część  absolwentów wyjeżdża z Lublina natychmiast po skończeniu studiów.

– To prawda. Jednak część absolwentów zawsze będzie wyjeżdżała, taka jest specyfika dużych miast akademickich. Naszym celem jest zatrzymanie najlepszych z punktu widzenia gospodarki miasta i branż priorytetowych. W 2011 roku przyjęliśmy koncepcję szybkiego rozwoju inwestycji outsourcingowych w sferze usług finansowo-księgowych i IT. Przekonujemy inwestorów, że Lublin jest znakomitym miejscem dla lokalizacji biznesu, bo mogą tu znaleźć wykwalifikowanych pracowników, przywiązanych do miejsca zamieszkania. To jest niezwykle ważne dla inwestora, bo gwarantuje stabilność zatrudnienia. Nie bez znaczenia są również niższe w stosunku do innych miast w Polsce koszty pracy. To wszystko przynosi efekty.

– Jakie konkretnie?

– W ostatnich latach przyszło do nas sporo inwestycji w sektorze IT, które stworzyły łącznie blisko tysiąc miejsc pracy dla informatyków. Zainteresowanie nadal jest bardzo duże i zbliżamy się do sytuacji, w której każdy absolwent informatyki na naszych uczelniach będzie bez problemu mógł znaleźć pracę w swoim zawodzie. Nie ma dzisiaj takiego strumienia inwestycji, aby około 20 tysięcy absolwentów rocznie automatycznie otrzymało zatrudnienie. To już nie ten czas, kiedy powstawały fabryki zatrudniające po kilka tysięcy ludzi, teraz przy nowych projektach mówimy maksymalnie o zatrudnieniu kilkuset osób. I te strumyki inwestycji składać się będą na dużą dostępność zatrudnienia za kilka lat. Tworzymy miejsca pracy dla wysoko wykwalifikowanych pracowników, ale ważne jest również, aby rozbudowywała się przedsiębiorczość samych absolwentów. Zachęcamy, żeby zakładali własne firmy, zostając w Lublinie.

– Czy Lublin jest miejscem atrakcyjnym dla inwestorów?

– Tak. W Lublinie powstają głównie firmy średnie, bardzo mobilne, o dużej możliwości reagowania na zmiany rynku, firmy, które są dobrze zarządzane i nieźle wyposażone technologicznie. To one budują pozycję rynkową Lublina lepiej niż w przeszłości wielkie fabryki, takie jak Fabryka Samochodów Ciężarowych. Lublin na mapie Polski jawi się jako miasto bardzo stabilne gospodarczo. To prawda, że wskaźniki gospodarcze firm szybko nie rosną, ale też firmy szybko nie upadają. Nie ma w Lublinie monokultury produkcyjnej, jest natomiast zróżnicowana sfera działalności. Staramy się wyeliminować problem z dostępnością komunikacyjną. Główny impet inwestycyjny idzie w przezwyciężenie tej bariery. To jest przede wszystkim port lotniczy, który bardzo dużo nam pomaga w rozmowach z inwestorami. Mało kto zdaje sobie sprawę, jak ważny stał się w tej chwili w przyciąganiu inwestycji, bo wielu inwestorów dysponuje własnymi samolotami. Dostępność drogowa również jest istotna, szczególnie w kontekście transportu towarów. Niewątpliwie naszym ogromnym sukcesem jest to, że udało się namówić premiera Donalda Tuska, także dzięki zaangażowaniu minister Elżbiety Bieńkowskiej, do finansowania obwodnicy Lublina i drogi ekspresowej S-17 do Warszawy.

– Wracając do lotniska, czy rzeczywiście otworzyło ono Lublin na świat, czy ciągle jesteśmy na jego rubieżach? Póki co służy głównie transportowi tych, którzy wyjechali na Wyspy za chlebem…

– Aktualnie przygotowujemy program promocji Lublina w miastach, z którymi mamy połączenia lotnicze. Rozpoczęliśmy już promocję Lublina w Dublinie, ale chcemy być zauważeni także w Oslo, ponieważ Norwegowie są ciekawi świata, mają też specjalne programy edukacyjne dla młodzieży. Wykorzystując połączenie lotnicze z Oslo, możemy przyciągnąć zarówno młodych ludzi, jak i weekendowych turystów. W najbliższych miesiącach będziemy ten program budowali. Władze portu pracują także nad rozbudową siatki połączeń. Otwarty i umiędzynarodowiony Lublin wymaga portu lotniczego.

– Nie czuje się Pan samotny w tym gabinecie? Mam na myśli samotność w odpowiedzialności za losy miasta.

– Ja trochę mam naturę samotnika. W związku z powyższym to mi nie przeszkadza, ale ma Pani rację. Jestem bardzo zdeterminowany w tym, co robię, umiem radzić sobie ze stresem i nie zniechęcam się, gdy mam pod górkę. Potrafię mimo obciążenia problemami iść cały czas do przodu i rozwiązywać je sztuka po sztuce. Ale to poczucie samotności jest i będzie. Odpowiedzialny jest zawsze ten, kto składa podpis. Niezależnie od tego, jak wielkie mam wsparcie około tysiąca pracowników zatrudnionych w Urzędzie Miasta, to ja ponoszę odpowiedzialność za Lublin, i to jednoosobową.

– Jak sobie Pan radzi z taką odpowiedzialnością? Innymi słowy, co Prezydent Lublina robi, kiedy wychodzi z urzędu o godzinie… No właśnie, o której godzinie?

– Jeszcze do niedawna wychodziłem z urzędu o godzinie 22. Teraz staram się dyscyplinować, żeby przed 20 być w domu. Gdy kończę pracę, zostaje mi niewiele czasu na ogród, na nadrabianie zaległości w czytaniu i na porządki w domu. Mam bardzo mało wolnego czasu, ale staram się regularnie uczestniczyć w wydarzeniach lubelskich instytucji kultury. Od kilkunastu lat pracuję bardzo intensywnie. Gdy pełniłem funkcję podsekretarza stanu w Ministerstwie Skarbu Państwa, przez dwa lata wchodziłem do ministerstwa o 8, a wychodziłem o 22. To przyzwyczajenie przeniosłem także do pracy w urzędzie. Ze względu na natłok obowiązków nie zawsze jestem w stanie znaleźć równowagę pomiędzy pracą a czasem na przyjemności. Nawet kiedy jestem w domu, głowę mam pełną spraw i pomysłów związanych z miastem.

– Praca w ogrodzie pomaga? Podobno uprawia Pan róże?

– O, nie, nie uprawiam róż. Hoduję niecierpki nowozelandzkie i sundaville. Poza tym mam sporo roślin śródziemnomorskich. Ogród jest piękny, ale wymaga dużo pracy. Dzisiaj się nim zajmuje żona, pewnie w większym stopniu niżby chciała. Ale jeszcze dwa lata temu ja w tym ogrodzie spędzałem przynajmniej miesiąc w ciągu roku. To rzeczywiście bardzo relaksuje. Człowiek się znakomicie czuje po takiej dawce pracy w ogrodzie.

– Wspomniał Pan o książkach. Co Pan teraz czyta?

– Akurat sięgnąłem po „Zaginione królestwa” Normana Daviesa. Pomijając książki ekonomiczne, których zawodowo czytam bardzo dużo, generalnie lubię literaturę historyczną, literaturę faktu, rzadziej sięgam po literaturę piękną.

– Wystartuje Pan w kolejnych wyborach prezydenckich?

– Tak. Mamy ambitny program, który nie może być zrealizowany w ciągu jednej kadencji, kreujący skutecznie potencjał gospodarczy naszego miasta, wysokie standardy usług publicznych, których oczekują mieszkańcy. Rozwój Lublina wymaga kontynuacji strategii inwestycyjnej i rozpoczętych prac, rozwoju usług przy założeniu porozumienia i współpracy ponad podziałami politycznymi. Ja mam w sobie ogromny potencjał kooperacji. Tego dowiodłem przez te trzy lata obecnej kadencji, współpracując z przedstawicielami różnych  ugrupowań i środowisk politycznych.

 


 

Krzysztof Żuk – ur. w 1957 w Krasnymstawie, doktor nauk ekonomicznych UMCS, w latach 2007‒2009 Wiceminister Skarbu Państwa, od 2010 roku pełni funkcję Prezydenta Miasta Lublina. W tegorocznym rankingu „Newsweeka” na najlepszego prezydenta miasta Żuk uplasował się na wysokim 6. miejscu.

 

Komenatrze zostały zablokowane