fbpx

Psia huśtawka. Synchronizacja

29 sierpnia 2013
Komentarze wyłączone
580 Wyświetleń

Tekst Maciej Skarga.

 

Z podróżami jest jak z zakupami: albo się udają, albo wręcz przeciwnie. Mój znajomy pięćdziesięciolatek wyjechał wraz z wybranką swego serca w podróż przedślubną na Wyspy Kanaryjskie. Miało być romantycznie. Niestety zrobiło się aż nadto prozaicznie. Zaraz na początku pobytu bowiem jego oblubienica nadużyła napojów alkoholowych w takich ilościach, że nie tylko zdemolowała pokój, ale na dodatek zdrowo poobijała swego przyszłego małżonka. Proceder powtórzył się jeszcze kilka razy. W efekcie zakochani i nierozłączni do tej pory narzeczeni wrócili z tego wojażu osobno. Ceremonia ślubna zaś, ku zdumieniu dzieci i wnuków obojga, szybko została odwołana. Nikt nie powinien się jednak tu niczemu dziwić. Wiadomo – podróże kształcą.

Czasami jednak bywa i tak, że zanim nastąpią, już sprawiają kłopot. – A gdzie najlepiej wybrać się w lipcu w podróż poślubną w Polsce? – spytała w trakcie towarzyskiego grilla córka mojego przyjaciela. – Tylko w góry. Relaks i zmęczenie gwarantowane. I pamiętajcie. Najważniejsza jest synchronizacja – padła szybka odpowiedź ze strony naszego kolegi światowca, który przemierzył wiele szlaków. Życiowych także. Tyle tylko, że, jak wynikło z dalszego jego wywodu,  nie o takie synchro mu idzie, co wszyscy myślą, a para rozumie, ale o dopasowanie wyjazdu do pory roku. Wszak w tym przypadku, jak zaznaczył, istota rzeczy zawiera się nie tylko w leżeniu na kanapie, ale w pogodzie i górskiej mapie. Zdumienie, jakie w tym momencie zakwitło na twarzy panny młodej – mówiło samo za siebie. I trudno odmówić jej racji.

Będąc uczniem szkoły podstawowej, wybrałem się ze swoją harcerską drużyną na bieszczadzkie trasy. Nowe pionierki przez skarpety uciskały stopy nieprzyzwyczajone do takiego wysiłku. Kończyło się zakładaniem sączków i przymusowymi postojami na szlaku. Ale nasza brać harcerka przygotowana była na każdą ewentualność i dojście do kolejnego biwakowego celu sprawiało nam wielką radochę. Obecnie chodzenie po Bieszczadach traktuje się jak spacer pomiędzy obiadem w hotelu i grillem w hotelowym ogrodzie. Niestety od razu za tym idzie opinia wytrawnego piechura i uznanie w oczach kolegów z korporacji. Wytrawnego – być może. Ale żeby zaraz piechura?

Jeżdżą zatem wszyscy, i to nie tylko w okresie wakacji. Spośród europejskich emerytów najbardziej rzucają się w oczy Niemcy, którzy korzystają z poodwracanych hipotek i w nosie mają jojczenie swoich latorośli i ich dzieci, że ciągle za mało pieniędzy. Zamiast oddawać rodzinie ostatni grosz, opiekować się drącymi się niemowlakami, prasować i  czuć się potrzebnymi, mają swoje własne, wcale nieascetyczne pragnienia. Wkładają wygodne sportowo-zdrowotne buty, kaszkiety na głowę przeciw udarowi i powiewające szerokie koszule. Zwiedzają Europę i świat, popijając wieczorem wino. Natomiast naszym emerytom daleko do takiej beztroski. Ich podróże odbywają się głównie na linii dom – wnuki – przychodnia lekarska – apteka w dowolnej kolejności. Przy czym najprzyjemniejszymi stacjami w tych podróżach jest możliwość posiedzenia w korytarzu, w przychodni, czy postanie w wijącej się na chodniku kolejce przed apteką. W przerwach zaś między tymi wojażami uprawiają także swój swoisty sportowy triathlon: pójście do ZUS-u, bieg do stołówki i odjazd na sygnale. Ćwiczą kondycję i o to chodzi. Tylko komu?

W czasach PRL-u, tak dobrze dziś przez niektórych wspominanego, standardem  podróżowania po kraju były wycieczki zakładowe do Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie, na Międzynarodowe Targi do Poznania i do misia na zakopiańskie Krupówki. Z kolei letni wypoczynek na głowy bił Fundusz Wczasów Pracowniczych. Stołówkowe jedzenie, dancingi w kawiarni pod świerkami i jak w kultowym „Rejsie” Marka Piwowskiego – prym zawsze wiódł jakiś kaowiec. Jednak niespodzianki czekają na podróżujących wszędzie i zdarzyć się może tak, jak w znanej historii spod polskich Tater. Na drodze, kilka kilometrów przed Zakopanem, do idącego nią bacy podchodzi turysta i pyta: – Baco, jak daleko do Zakopanego?Panie, jak jo ide, to ze trzy godziny – ten odpowiada. – A można iść z wami, baco? – A idźcie, panie. Po długim marszu turysta pyta: – Baco, mija już pięć godzin, a nie ma Zakopanego.Panie – odpowiada baca – bo ja tam teroz nie ide.

I to by było na tyle.

 

 

 

Komenatrze zostały zablokowane