fbpx
WAŻNE
Zamek w Kazimierzu Dolnym zdobyty! (27 września, 2022 7:45 am)
Biznes Forum & Gala LKB 2022 (19 września, 2022 4:00 pm)
Bluesowe brzmienie w Lublinie (15 września, 2022 8:49 am)
Barwne wejście w inny wymiar (10 września, 2022 1:12 pm)

Rybak w lesie i jego żona

29 maja 2014
Komentarze wyłączone
1 491 Wyświetleń

IMG_8798Jest takie miejsce, gdzie kończy się wieś, a w poprzek leśnego duktu stoi biało-zielony szlaban. Jest takie miejsce, gdzie ponad głowami słychać brzęczenie pszczół, z oddali rżenie koni, a pod altaną unosi się zapach świeżo upieczonego chleba. Jest takie miejsce, gdzie czas wyznaczają rytm dnia i pory roku. W sumie takich miejsc jest trochę w Polsce. Ale to oczywiście jest wyjątkowe.

 

Leśniczówka Rudki w nadleśnictwie Kraśnik jest stara, murowana. Ma ponad 100 lat i zachowała swój pierwotny układ. Wygląda okazale i już na pierwszy rzut oka zachwyca. Nietypowym gankiem, kameralną kuchnią, starymi meblami, kolekcją książek i poroży. Podleśniczy Krzysztof Frania i jego żona Wioletta mieszkają tu prawie od ćwierć wieku.

– Kiedy zobaczyliśmy to miejsce pierwszy raz, to głównie było widać wysoko rosnące chaszcze. Budynek był mocno zdewastowany, ogród zarośnięty. W piwnicy wisiał szkielet sarny, którą pewnie zostawili kłusownicy.

Na początku strach było spać. Ani drogi, ani telefonu, ani psa. Więc spaliśmy ze strzelbą przy łóżku – wspomina Wioletta. Przed wojną leśniczówka była własnością Ordynacji Zamojskich, ale oddali ją państwu w ramach spłaty długu. W latach 70. leśniczówkę zdewastowali mieszkający tu robotnicy.

Rybak z Zakrzówka

 

IMG_8827Krzysztof Frania wybrał zawód zupełnie odmienny od pracy w lesie. Pradziadek, dziadek, ojciec, wujowie, stryjowie i bracia cioteczni wszyscy byli albo są związani z leśnictwem. Ale Krzysztof Frania od dziecka marzył, aby zostać marynarzem. Urodził się w Szklarach niedaleko Janowa Lubelskiego. I do chwili, kiedy nie poszedł do szkoły średniej, to wszystko było normalnie. Normalnie to znaczy, że życie toczyło się wokół lasu. Ale piętnastolatek postanowił wywrócić do góry nogami to, co było oczywiste. Pojechał do Świnoujścia na egzamin do zawodowej szkoły rybołówstwa dalekomorskiego. To wtedy po raz pierwszy zobaczył morze. Egzamin się powiódł i pan Krzysztof od razu popłynął na rejs kandydacki. Cały tydzień spędził na Bałtyku.

Poczuł, że morze jest jego żywiołem. Potem były dalekomorskie rejsy, o których jeszcze po latach mówi z błyskiem w oku. – Najdłużej na morzu byłem na łowiskach południowego Atlantyku, gdzie łowiliśmy nieznaną w Polsce rybę – nototenię. Rejs trwał 188 dni – wspomina Krzysztof Frania. Proza życia spowodowała, że przyszły podleśniczy nie został ani rybakiem, ani marynarzem. Po szkole, którą kończył, trzeba było iść do wojska do marynarki wojennej i odsłużyć w okrętach podwodnych trzy lata. Krzysztofa Franię to przeraziło i zdecydował, że jednak woli oglądać świat z powierzchni lądu, a nie pod wodą. W rodzinne strony wrócił z głową pełną książek o morzu i nieco egzotycznych obrazów z zamorskich podróży. No i tak został podleśniczym.

Trochę ona, trochę on

 

IMG_871925 lat temu Wioletta pracowała na kolei na nastawni. Kiedy zobaczyła go pierwszy raz, wyglądał na starszego niż był. Z szacunkiem zwracała się do niego „proszę pana”. – Chwilę porozmawialiśmy ze sobą. Wydał mi się nawet inteligentny – śmieje się Wioletta Frania, szczupła blondynka z burzą blond włosów, ciągle roześmiana i non stop na obcasach. Na pierwszą randkę poszli na spacer do lasu. – Wszystko, co ważne w naszym życiu, zawsze było związane z lasem – mruży oczy w słońcu, ciągle śmiejąc się. Po ślubie mieszkali pół roku u teściów koło Zakrzówka. Potem był spacer, który odmienił ich życie. Tam, gdzie znajdowała się leśniczówka, nie było już drogi, a do najbliższych zabudowań trzeba było iść lasem dobrych dwadzieścia minut szybkim krokiem. Dziś leśniczówkę otacza zadbany ogród z altaną, wybieg dla koni i pasieka.

 

On lubi czytać, fascynuje go historia. Jest rzeźbiarzem amatorem. Głównie rzeźbi w lipie, teraz pracuje nad kapliczką, która stanie przy bramie wjazdowej na posesję. Kapliczka będzie pod wezwaniem św. Gwalberta, patrona leśników.

Już pracując w lesie, skończył w Lesku technikum leśne. To przypieczętowało fakt, że został czternastym leśnikiem w rodzinie. Krzysztof Frania przez większość znajomych jest podejrzewany, że jego praca polega głównie na spacerowaniu po lesie. To też, ale w ramach obowiązków zawodowych i w znacznie szerszym zakresie. Każdy dzień jest inny – odbiórka, wydatek i mierzenie drewna. Obchód i nadzór granic leśnictwa, dbanie o stan sanitarny lasu. Zapobieganie kłusownictwu. Ale jakby tego było mało, kiedy ma wolne, też musi być ciągle w ruchu. Nawet rozmawiając, chodzi albo stoi. Wolny czas pochłaniają mu zajęcia wokół domu, konie, samo koszenie trawy raz na kilka tygodni to dwa dni dodatkowej pracy. Zbudował też altanę, w której razem z żoną przyjmują gości przy długim drewnianym stole. Stojący obok piec chlebowy ma wmurowaną na szczycie cegłę z 1907 roku.

 

Ona wcale nie wygląda na kobietę „z lasu”. Elokwentna, zadbana, modnie ubrana. Od zawsze fascynuje ją gotowanie. W piecu w ogrodzie piecze drożdżowe jagodzianki, chleb z ziołami i mięso z rydzami. Potrawy wyczarowuje równie szybko, jak smacznie. Jej specjalnością jest chleb z ziołami zwykły albo na zakwasie żytni, piróg z kaszy gryczanej albo na słodko z kaszy jaglanej. Obydwoje robią przetwory. Jak przystało na szanującą się leśniczówkę, można tu spróbować znakomitych nalewek – z derenia, czarnej porzeczki, pigwy i mirabelek. Niemal wszystkie składniki są dostępne dookoła. No i jeszcze miód z własnej pasieki – mniszkowy, akacjowy, lipowy i wielokwiatowy. Choć pasieka to akurat królestwo syna Ernesta, który skończył szkołę pszczelarską w Pszczelej Woli, a obecnie studiuje leśnictwo na Uniwersytecie Przyrodniczym w Lublinie. I w taki oto sposób zostanie przedstawicielem kolejnego pokolenia leśników w rodzinie.

To życie, ten rytm

 

IMG_8790Wioletta i Krzysztof Frania są ciekawi nowych ludzi, potrafią uważnie słuchać, pytając, wnikają w świat, który chcą poznać. Otwarci i serdeczni znajdują czas dla przyjaciół, znajomych i przypadkowych osób, które np. zbierają grzyby w okolicy. Często nowi ludzie, którzy pojawiają się w ich życiu, zostają w nim na dłużej. Małgorzata Sawecka pochodzi z Mazur. Przez kilka lat mieszkała w Grecji, gdzie poznała brata Wioletty. Po 15 latach postanowili przenieść się z południa Europy do Zakrzówka. Małgorzatę też fascynują lokalne klimaty. Bratowe szukają pomysłu, w jaki sposób wygenerować dodatkową energię na wspólne działania z mieszkającymi w Zakrzówku kobietami. Może jadłodajnia, może warsztaty kulinarne, a może catering… Ostatnio brały udział w Konkursie Smaków Regionalnych Nalewek w Narolu na Roztoczu i warsztatach kulinarnych „Zasmakuj w tradycji”. – Chciałybyśmy trochę uaktywnić mieszkające tu kobiety, pokazać, że można razem coś zorganizować, np. bal noworoczny. Bliżej się poznać i dobrze się bawić – przekonuje Małgorzata. W warsztatach kulinarnych, które ostatnio zorganizowały w leśniczówce, wzięło udział sporo osób. Zaskoczyła deszczowa pogoda, więc trochę działo się w altanie, trochę w leśniczówce. Obydwie wierzą, że może to był dobry początek i w końcu się uda. Same są młode, pełne zapału i wiary, że na wsi można wiele zdziałać. Jest tyle rzeczy do zrobienia, ale warto to robić razem.

 

Jak twierdzi Krzysztof Frania – wszystko ma swój porządek. W przyrodzie, w pracy w lesie, no i w samym życiu. Jego żona Wioletta słucha go z uwagą i po chwili oznajmia, że nigdy nie zamieniłaby tego rytmu i tego życia na inne. Kiedyś może tak. Teraz już nie.

Tekst Grażyna Stankiewicz

Foto Marek Podsiadlo

Foto Michał Fujcik

IMG_8732

IMG_8741 IMG_8734 IMG_8833

IMG_8842

Komenatrze zostały zablokowane