fbpx

Tekst Grażyna Stankiewicz Pewna sytuacja obyczajowa, jaką zaobserwowałam na starym mieście w Lublinie i która mnie zaintrygowała podczas mojego pierwszego tu niedzielnego spaceru, to mężczyzna z damską torebką w ręku i sweterkiem żony przewieszonym przez ramię. Pomyślałam, że widocznie tak tu na Wschodzie jest, że kobiety wyznaczają swoim mężczyznom role, które a priori wskazują na to, kto komu przynależy i w jakim stopniu. Minęły lata, a wraz z nimi ewoluowała wspólnota sweterka i torebki. Zamiast chodzenia po ulicach, trzymając się za ręce, odbywa się rytuał wspólnych zakupów. Podczas kiedy one w nieskończoność przymierzają kolejne sztuki ubrań, oni znudzeni opierają się o wieszaki lub podpierają ściany w korytarzach przymierzalni, zajmując niepotrzebnie miejsce i zabierając powietrze. Kiedy one nie patrzą, oni robią miny, podnoszą brwi, ciężko wzdychają i się niecierpliwią. Kiedy one wychylają się z przymierzalni z grymasem na twarzy i wyznaniami typu „och, jaka jestem gruba, brzydka i nic mi nie pasuje”, robiąc z ust wymowne kaczuszki, oni natychmiast uaktywniają się, przekładając torebkę z ręki do ręki i przekonująco zaprzeczając. Oni mają od kilkunastu lat w górę, są ich całe rzesze w centrach handlowych i niezależnie od wieku za każdym razem sytuacja wygląda podobnie. One puszą się w n-tych ubraniach, oni udają, że są tym zainteresowani. Po co więc tu tkwią godzinami między wieszakami a przymierzalnią? Pewnie dla zasady „tak ma być i już”. No, chyba, żeby potrzymać torebkę i sweterek. Żona pewnego przedsiębiorcy przez całe lata nie zrobiła kursu prawa jazdy, ponieważ w myśl jej koncepcji mąż powinien w każdej chwili dnia być do jej dyspozycji po to, aby przyjechać po nią i zawieźć ją na zakupy. Na pytanie, dlaczego się nie usamodzielni – będzie szybciej, bezkonfliktowo i z dużo większym efektem, odpowiedziała, że taki jest jego obowiązek i koniec. Rozmowa miała miejsce podczas firmowego wyjazdu dla pracowników z rodzinami. Gdy mężowie uczestniczyli w konferencji, my siedziałyśmy w osiem w piaskownicy, pilnując dzieci. Sześć pozostałych żon milcząco przytaknęło ze zrozumieniem. Okazało się, że żadna z nich nie miała prawa jazdy, choć każdą stać było na dodatkowy samochód, gosposię i masażystę przyjeżdżającego do domu. Ale i tak każda z nich czekała po kilka godzin, co rusz nerwowo spoglądając na telefon, z pytaniem w oczach: „Gdzie on się podziewa?”, aby doświadczyć wspólnych zakupów i rytuału bycia zawiezioną przez męża. I w taki oto sposób wyjazd na wspólne zakupy spożywczo-ubraniowe stał się w Polsce symbolem powinności małżeńskich. Nie lubię zakupów w marketach, ale kiedy już tam jestem, to za każdym razem mam nadzieję, że nie będę miała styczności z uprawianiem rodzinnej turystyki sklepowej. Bo oto niemal jak w muzeum zaczyna się zwiedzanie, porównywanie i dyskutowanie. Ona bierze słoik do ręki i przywołuje męża tajemniczym tonem. On odchodzi od wózka, który tarasuje przejście. Konfidencjonalnie przytakuje lub odrzuca ofertę swojej połowicy. Nagle do tej dwójki podchodzą jej dzieci i jego teściowie. I tak kroczy powoli rodzina szerokim szpalerem, zajmując całą aleję pomiędzy półkami. Nijak jej nie można przyspieszyć, nijak ominąć. Uprawianie slalomu a to w prawo, a to w lewo i czekanie w pozycji do ataku na moment, kiedy zrobi się wolna przestrzeń między kolejnymi członkami familii, nie przynosi skutku. Panowie, uciekać najdalej jak można od zakupowego terroru. Drogie panie – nie ma nic przyjemniejszego niż zakupy w pojedynkę. I tu przypominają się mi słowa mojej mądrej Mamy, która zawsze mi powtarzała: „Pamiętaj, że kupują te, które nie są w centrum uwagi, a sprzątają te, które są nieszczęśliwe”.

18 maja 2017
812 Wyświetleń

Tekst Grażyna Stankiewicz.

 

Kiedy do mojej pierwszej redakcji prasowej została przyjęta stażystka z burzą blond włosów i mocno artykułowanym własnym zdaniem, zrobiło się interesująco, żeby nie powiedzieć intrygująco. Po transformacji ustrojowej dziennikarstwo w Polsce upajało się wolnością słowa, ale niektóre tematy nadal były tabu. Stażystka dostała zlecenie napisania notki (krótka forma wypowiedzi, zawierająca w sobie odpowiedzi na podstawowe pytania – kto/co, gdzie, kiedy i z jakim skutkiem), dotyczącej kontrowersji wokół otwarcia pierwszego w mieście sex shopu. Moja młodsza koleżanka oddała sekretarzowi redakcji tekst z wyrazem twarzy nieznoszącym sprzeciwu. Sekretarz, czytając jej materiał, podniósł brwi i uśmiechnął się pod nosem. Jakież było nasze zdziwienie, kiedy następnego dnia na eksponowanej drugiej stronie gazety zobaczyliśmy mocno wytłuszczony tytuł „Seks w wielkiej szopie”, następnie trzy linijki dotyczące meritum, a pod spodem znacznie dłuższe od tytułu: pierwsze imię autorki, drugie imię oraz jej nazwisko, składające się aż z kilkunastu równie mocno pogrubionych liter. Stażystka za niedługo stała się znaną poetką, ale tak spektakularnego sukcesu w tak imponującym nakładzie nie udało się jej już powtórzyć.

 

Tę historię opowiadam studentom na każdych pierwszych zajęciach z dziennikarstwa, prosząc, aby pamiętali o skromności i pokorze, bez których trudno nauczyć się czegokolwiek, zwłaszcza kiedy chce wystartować się w zawodzie. Nie tak dawno podczas konferencji prasowej podeszła do mnie młoda reporterka radiowa, prosząc, abym powiedziała słuchaczom COŚ do mikrofonu. Spytałam, co konkretnie chciałaby się dowiedzieć. – No COŚ pani powie – uparła się przedstawicielka lubelskich mediów. Nagle oświeciło mnie, że ona nie ma pojęcia, czego dotyczy tematyka. Rozstałyśmy się w pokoju, choć kolejna moja młodsza koleżanka po fachu materiału nie zrealizowała. Natomiast udowodniła, że pokolenie młodzieży „kopiuj, wklej” jest zjawiskiem, za którym za chwilę zatęsknimy. Tam przynajmniej była dobra wola wyszukiwania i kopiowania, a obecnie panuje moda na totalną bezmyślność i tępotę.

 

Nie lepiej ma się sprawa z mocno wybujałym ego, idącym w parze z brakiem kindersztuby. Dlatego nie zdziwiłam się zajęciom „Kultura słowa i gestu”, prowadzonym na jednej z warszawskich uczelni, a mającym na celu uzmysłowienie adeptom dziennikarstwa, że wszystko ma nie tylko swoją kolejność, ale też czasami wypada posypać głowę popiołem. Do swojej pierwszej redakcji trafiłam po opublikowaniu dwóch tekstów w prasie ogólnopolskiej, z czego jeden był poświęcony lubelskiemu Teatrowi Provisorium. Z drugiego końca Polski zadzwonił do mnie naczelny nowo powstającej gazety codziennej i zaproponował pracę. Trafiłam pod skrzydła znakomitej reportażystki prasowej Henryki Dobosz-Kinaszewskiej, dziś znanej polskiej dokumentalistki filmowej, która przez równe pół roku sprawdzała w moich tekstach każdy przecinek, analizowała każdą myśl, niemiłosiernie skracała i kazała zmieniać tytuły. Po sześciu miesiącach na poczcie głównej w Lublinie przez trzy godziny teleksowałam do redakcji kilka moich tekstów. Kiedy po powrocie przejrzałam zaległe numery, okazało się, że wszystkie materiały ukazały się bez jakiejkolwiek ingerencji mojej nauczycielki. Poczułam się dopuszczona do kręgu…

Ktoś mądry powiedział, że jak komuś innemu brakuje pokory, to znaczy, że próbuje zakrzyczeć prawdę. Dobry temat na kolejny felieton.

Zostaw komentarz