WAŻNE
Po zamachu na prezydenta Gdańska (Styczeń 15, 2019 10:29 am)
Arcyciekawy Arkadiusz Gola (Styczeń 14, 2019 9:50 am)
Premiera filmu o Leopoldzie Ungerze (Styczeń 14, 2019 9:35 am)

To mnie wzbogaca

19 grudnia 2016
Komentarze wyłączone
501 Wyświetleń

krzeslo-3Z profesorem Lechosławem Lameńskim, wybitnym historykiem sztuki, o tym, co wynika ze spotkań z bardzo szczególnymi osobami, o zapachu wyścigów żużlowych i smaku wigilijnego karpia rozmawia Maciej Skarga, foto Krzysztof Stanek

– Kto ostatnio wygrał? Polonia Bydgoszcz znowu była na szczycie?

– Niestety. Obecna Polonia to nie ta sama drużyna co przed laty, gdy jeździli w niej bracia Gollobowie. Dzisiejsza Polonia to średniak w I lidze. Ale ciągle ją kocham i kibicuję.

– Skąd właśnie ten sport w Pana życiu?

– W czasach mojej młodości w Bydgoszczy żużel był najpopularniejszym sportem, choć była tam również bardzo dobra drużyna piłkarska. I tak mi zostało. Jeśli chociaż raz w roku nie jestem w Bydgoszczy na meczu, to jest to rok stracony. Oglądanie żużlu w telewizji to nie to samo, tu chodzi o zapach, dźwięk, szybkość, wrażenia na żywo, emocje. Lubię również oglądać koszykówkę, pewnie dlatego, że mój brat Przemysław grał w nią. Ale lubię też kajaki, bo kojarzą mi się z Bydgoszczą.

– W Pana biografii jest wiele fascynujących sytuacji i postaci, a wśród nich malarz, rzeźbiarz i pisarz Stanisław Szukalski, jedna z najbardziej interesujących postaci międzywojennej bohemy artystycznej Krakowa i Warszawy.

img_9629– To rzeczywiście ważna osoba w moim życiu, która zresztą była bohaterem mojej pracy magisterskiej pt. „Szczep rogate serce”, którą napisałem pod kierunkiem profesora Andrzeja Ryszkiewicza. Notabene wybitnego historyka sztuki, posiadacza świetnej kolekcji szkieł secesyjnych i zbioru ekslibrisów. Kiedy w 1971 roku zaproponował mi ten temat, nic nie wiedziałem o Szczepie Rogate Serce ani o tym, kto go tworzył. Okazało się, że był tam charyzmatyczny przywódca Stach Szukalski z Warty. Po trzech dekadach badań wydałem książkę profesorską „Stach z Warty Szukalski i Szczep Rogate Serce”, która znalazła się w ścisłym finale prestiżowego konkursu wydawniczo-autorskiego na Targach Książki im. Jana Długosza w Krakowie. Z kolei cztery lata temu ukazała się kolejna publikacja, która zawiera teksty samego Szukalskiego oraz jego korespondencję. W ten sposób od ponad 40 lat jego osoba ciągle mi towarzyszy.

– W swojej książce przytoczył Pan wątek bliskiej relacji z rodziną Leonarda DiCaprio podczas pobytu Szukalskiego w Stanach Zjednoczonych. Ponoć późniejszy słynny aktor odwiedzał go, siadał mu na kolanach i nazywał go przybranym dziadkiem.

img_9599– Z tym przybranym dziadkiem to była duża przesada. Trzydzieści lat temu Szukalski mieszkał w Kalifornii, gdzie jego sąsiadem był ojciec Leonarda DiCaprio, który jest artystą komiksowym. Spotykali się niewątpliwie jako sąsiedzi. Poza tym mieli podobne zainteresowania i mogli wymieniać poglądy na temat sztuki. Jest takie zdjęcie, na którym Stach trzyma na kolanach małego Leonarda DiCaprio. Ale mówienie, że Leonardo jemu dedykował swoją rolę w filmie „Titanic” jest na pewno nadużyciem i przesadą. Jednak z całą pewnością ojciec DiCaprio, jak i on sam wspomogli finansowo spadkobiercę Szukalskiego Glena Braya, który w Kalifornii założył archiwum polskiego artysty.

– Z kolei promotorem pańskiej pracy doktorskiej dotyczącej architektury i Tadeusza Stryjeńskiego został prof. Jacek Woźniakowski, równie znana postać.Podobno prof. Woźniakowskiego do chrztu podawał sam Jacek Malczewski.

– Rzeczywiście mogło tak być. Jacek Woźniakowski pochodził z rodziny o rozmaitych koneksjach. Aż roi się w niej od artystów. Jego babcia była córką Henryka Rodakowskiego – najwybitniejszego polskiego malarza portrecisty dziewiętnastego wieku. Z kolei dzięki małżonce – pani Mai Woźniakowskiej, z domu Plater-Zyberk, był spokrewniony z kapistą Józefem Czapskim. Jego dziadkiem był Jan Gwalbert Pawlikowski, jeden z pionierów ochrony przyrody (zwłaszcza tatrzańskiej), dla którego Stanisław Witkiewicz (ojciec) zaprojektował słynną willę Pod Jedlami w Zakopanem. Mam takie przeświadczenie, że to, do czego doszedłem, zawdzięczam obu tak wspaniałym profesorom. Ja nie tylko pod ich kierunkiem pisałem pracę magisterską i doktorat, ale przez wiele lat byłem ich asystentem. A były to zupełnie odmienne osobowości. Profesor Ryszkiewicz – rasowy kolekcjoner i historyk sztuki, a profesor Woźniakowski przede wszystkim humanista, erudyta, wydawca, polonista, Europejczyk w całym słowa tego znaczeniu.

– Zainteresowanie sztuką odziedziczył Pan po ojcu?

img_9578-2– Z pewnością, tata miał ogromny talent. Już mój dziadek, Stefan Lameński, miał w Bydgoszczy warsztat szyldów. Pamiętam, jak kiedyś w warsztacie dziadka nieopatrznie dotknąłem włosia świetnego pędzelka, a dziadek udzielił mi reprymendy, że nie wolno dotykać włosów pędzla palcami. Dziadek był perfekcjonistą w swoim fachu. Ojciec dobrze radził sobie w malarstwie, robił świetne kopie Kossaka, był człowiekiem bardzo wszechstronnym.

– W czasach, kiedy Pan był studentem, opinia o studiowaniu historii sztuki była taka, że daje możliwość przyswojenia dużej wiedzy humanistycznej, ale też, że to kierunek dla panienek z dobrego domu.

– Nie wydaje mi się, aby to była prawda, chociaż ciągle twierdzę, że kobiety w naszym zawodzie to sól ziemi. Są najpiękniejsze i idealnie nadają się na inteligentne żony ambasadorów. Warto studiować historię sztuki, ponieważ są to najpiękniejsze studia, obcujemy z dziełami sztuki i dzięki temu doświadczamy piękna różnego rodzaju. Historyk sztuki, przy obecnie otwartych granicach, wszędzie może wykazać się wiedzą, która jest uniwersalna. Nigdy nie zarabiałem ogromnych pieniędzy w tym zawodzie, ale nigdy też tego wyboru nie żałowałem. Miałem szczęście do prowadzących, którzy potrafili mną pokierować. Praca ta daje mi dużą satysfakcję płynącą zarówno z kontaktu z artystami, jak i klasycznymi dziełami sztuki. To mnie wzbogaca.

– Nie ma Pan wrażenia, że obecna historia sztuki już nie jest tą, którą znaliśmy sprzed trzydziestu lat?

– Z różnych względów niestety nie. Tak samo, jak i nie jest obecnie to ten sam KUL, który był przed rokiem osiemdziesiątym dziewiątym. Transformacja ustrojowa dużo zmieniła. Mój uniwersytet, w którym pracuję od 1974 roku, w czasach, kiedy zaczynałem tę pracę, miał rangę nie tylko ogólnopolską, ale i międzynarodową. Byliśmy jedynym uniwersytetem katolickim w całej Europie Środkowo-Wschodniej. Studenci pochodzili z całej Polski. Dla przykładu, na moim roku było osiemnaście osób, a tylko dwie pochodziły z Lublina. Wykładali wtedy u nas najwybitniejsi profesorowie w swoich dziedzinach, którzy z różnych przyczyn nie mogli wykładać w państwowych uniwersytetach. Niestety to się zmieniło, a KUL z uniwersytetu ogólnopolskiego stał się uniwersytetem regionalnym.

– A może problem tkwi w mentalności pokolenia? Innego podejścia do wiedzy, myślenia, wyobraźni, pomysłach albo ich braku?

– Myślę, że tak. Do osiemdziesiątego dziewiątego roku panowała tak wysoka konkurencja, że na jedno miejsce było dziesięciu kandydatów. Obowiązywały egzaminy wstępne, a nie tylko testy. I było w kim wybierać. Obecnie obowiązuje konkurs świadectw. I bywa, że mamy więcej wolnych miejsc niż kandydatów. Mimo wszystko mam nadzieję, że się odrodzimy.

Ostatnia Pana książka pt. „Zatrzymani w kadrze” to rzecz o lubelskim świecie artystycznym. Jak ocenia Pan środowisko, które ukształtowało się bez takich tradycji, jakie posiada Kraków, Warszawa czy inne miasta z uczelniami artystycznymi?

img_9565– Współczesne środowisko artystyczne w Lublinie należy do jednych z najciekawszych w Polsce. Rzeczywiście, Lublin nie miał zbyt wielkich tradycji, jeżeli chodzi o malarstwo, grafikę czy rzeźbę, zwłaszcza w XX wieku. Tak naprawdę to życie artystyczne zakwitło dopiero po II wojnie światowej. W Lublinie powstała jedna z pierwszych awangardowych grup artystycznych, Grupa Artystyczna Zamek, która ukształtowała się tak naprawdę na wykładach ze sztuki nowoczesnej prowadzonych przez ówczesnego magistra Woźniakowskiego na KUL-u. To on jako jeden z nielicznych mówił na nich o sztuce powojennej, podczas gdy na innych uniwersytetach temat kończono na dwudziestoleciu międzywojennym. Z tej grupy wyrośli artyści tacy jak Włodzimierz Borowski, Tytus Dzieduszycki, Jerzy Ludwiński, Jan Ziemski czy Ryszard Kiwerski. Grupa Zamek, mimo że istniała zaledwie kilka lat, odegrała bardzo ważną rolę w ruchu awangardowym w polskiej plastyce.

– A więc Pana książka to zachęta do spojrzenia na Lublin innym okiem?

– Starałem się pokazać czytelnikowi Lublin moimi oczami. To zbiór 28 esejów o malarzach, grafikach, rzeźbiarzach, które prawie wszystkie były już wcześniej publikowane w kwartalniku literacko-artystycznym „Akcent”. Mimo że starałem się pozostać obiektywny, to z pewnością jest to zbiór subiektywny. Nie jestem do końca zwolennikiem sztuki skrajnie awangardowej, w pewnym sensie sztuka tradycyjna bardziej mi odpowiada, chociaż w zbiorze znalazł się np. Tomek Kawiak, Tadeusz Mysłowski. Są też w niej nestorzy malarstwa lubelskiego, tacy jak Marian Makarski, jak i świetna graficzka Zosia Kopel-Szulc. Zresztą uważam, że w lubelskim środowisku artystycznym najsilniejszą i jednocześnie najbardziej różnorodną grupą są właśnie graficy, niedawno pożegnaliśmy jednego z nich, Maksymiliana Snocha. Inne eseje dotyczą Krzysztofa Szymanowicza, Andrzeja Węcławskiego. Żałuję, że mamy tutaj tak mało rzeźbiarzy, których bardzo podziwiam. W książce znalazły się teksty o Wojtku Mendzelewskim, Bogdanie Markowskim, Zbyszku Stanuchu.

– Lubelszczyzna bywa posądzana o wsobność, skłonność do kompleksów i narzekania, czy dotyczy to również środowiska artystycznego?

– Nie, wprost przeciwnie. Nie widzę żadnego zgorzknienia, widzę za to dużą chęć działania. Lubelscy artyści, w tym ci, o których pisałem w książce, to osoby docenianie. Ich prace wystawiane są w znanych polskich galeriach, a kolekcjonerzy chętnie je kupują. Osobiście jestem zauroczony lubelskim środowiskiem artystycznym, czego efektem jest właśnie ta publikacja.

– A jak postrzega Pan kształtowanie sztuki w przestrzeni publicznej w Lublinie i na Lubelszczyźnie, na przykład w odniesieniu do stawianych tu pomników? Czy można mówić o zjawisku pomnikomanii, które na ogół nie ma nic wspólnego ze sztuką?

img_9557– To cecha ogólnopolska, choć Lublin pod tym względem wygląda bardzo dobrze. Przykładowo mamy w Polsce kilkaset pomników Jana Pawła II, a Lublin ma tak naprawdę jeden taki pomnik i to bardzo dobry, na dziedzińcu KUL-u, projektu prof. Jerzego Jarnuszkiewicza. Uniknięcie pomnikomanii w tym temacie na Lubelszczyźnie jest dużą zasługą arcybiskupa Życińskiego, który uważał, że lepszym pomysłem na uczczenie pamięci papieża jest powołanie przedszkola czy fundacji dobroczynnej. Mamy w Lublinie kilka innych naprawdę bardzo dobrych rzeźb, począwszy od pomnika Unii Lubelskiej na placu Litewskim z 1826 roku. To klasyka rzeźby w formie obelisku z tamtego czasu. A z nowszych rzeczy należy wymienić martyrologiczny wieloczłonowy monument Wiktora Tołkina na Majdanku, które uważam za jedno z ciekawszych rozwiązań rzeźbiarsko-architektonicznych lat 60. Mamy się czym pochwalić.

– Jak ocenia Pan politykę kulturalną w Lublinie?

– Bardzo pozytywnie. Cenię i szanuję prezydenta Krzysztofa Żuka, który zrobił wiele dobrego dla środowiska artystycznego w Lublinie. Zdarza mi się zasiadać w jury wyłaniającym zwycięzców Nagrody Artystycznej Lublina czy Stypendium Prezydenta i z przyjemnością zauważam, że zgłoszeń zawsze jest dużo, są bardzo ciekawe i zróżnicowane. Myślę, że jeżeli chodzi o kulturę, to władze miasta są nastawione bardzo przychylnie i dzięki temu dzieje się tutaj bardzo dużo. Mocną stroną Lublina jest z pewnością teatr, mamy wiele grup zawodowych, jak i amatorskich. Ważne są również lubelskie galerie sztuki.

– A czego Lublinowi brakuje?

– Przede wszystkim dużej przestrzeni wystawienniczej. Mam nadzieję, że tę lukę uzupełni Centrum Spotkania Kultur i właśnie tam zaistnieje duża przestrzeń ekspozycyjna, gdzie można by było organizować wielkie przekrojowe wystawy monograficzne czy problemowe. Oczywiście nieoceniona jest rola Muzeum Lubelskiego, które pod nową dyrekcją znacznie zmieniło kierunek działalności, z pożytkiem dla tej instytucji. Zorganizowano tu m.in. ważne wystawy sztuki nowoczesnej, niestety muzeum wciąż nie ma do dyspozycji dużej przestrzeni.

– Trzy Pana miasta to Lublin, Zamość i Bydgoszcz.

img_9506– Po liceum plastycznym w Bydgoszczy chciałem zdawać na krakowską ASP, ale przez przypadek tata nie wysłał teczki z moimi pracami, w związku z czym nie zostałem dopuszczony do egzaminów wstępnych. Uciekając przed wojskiem, spróbowałem sił na KUL-u. Na początku byłem przerażony ilością osób duchownych na uczelni. Dla większości osób w tamtym czasie KUL kojarzył się z kształceniem osób duchownych. Później mi to minęło, zwłaszcza że na studiach poznałem swoją przyszłą żonę. A z racji tego, że nie dostaliśmy mieszkania w Lublinie, zaistniał po drodze Zamość, gdzie moja żona dostała pracę w Przedsiębiorstwie Państwowym Pracownie Konserwacji Zabytków, co znacznie przyspieszyło uzyskanie mieszkania. Pracując w Lublinie, mieszkałem w Zamościu przez blisko 10 lat.

– Rozmawiamy w przeddzień 13 grudnia. Jakoś szczególnie pamięta Pan ten czas?

– W stanie wojennym dojeżdżałem z Zamościa co tydzień do Lublina na zajęcia. Przekraczałem „trzy granice”. Pierwszy przystanek milicji był na Rogatce Zamojskiej, drugi w Krasnymstawie, trzeci na Rogatce Świdnickiej. Nie działałem aktywnie w opozycji, ale gdy mnie poproszono o przewiezienie jakiejś paczki na wskazany adres, to z duszą na ramieniu zgadzałem się. W okresie stanu wojennego nawiązałem przyjaźnie, które przetrwały próbę czasu. Pamiętam noce na KUL-u, kiedy wyznaczeni pracownicy mieli pilnować, ażeby Służba Bezpieczeństwa nie dopuściła się żadnej prowokacji. Spaliśmy na materacach, w razie potrzeby mieliśmy szybko informować o wszystkim rektora.

– Chodzą słuchy, że prof. Lechosław Lameński sam potrafi ugotować wigilijny barszcz.

– Jeśli chodzi o Wigilię, to jestem tradycjonalistą. Musi być barszczyk z uszkami i karp, oczywiście z chałką. I to mi tak naprawdę wystarczy. Rzeczywiście sam potrafię ugotować barszcz, co prawda nie dietetyczny, bo na kościach, ale wychodzi dobry. Na szczęście więcej nic nie muszę gotować, bo święta spędzam z córkami i ich rodzinami.

– Wygląda na to, że Pana córki to przysłowiowe oczko w głowie. Był Pan ojcem, matką, wykładowcą, naukowcem w jednym. Jak to się Panu udało?

– Znalazłem się w trudnej sytuacji, moja żona umarła w 1990 roku, starsza córka miała wtedy piętnaście lat, młodsza zaledwie pięć. W wychowaniu dzieci bardzo pomagała mi moja mama, która czasami przyjeżdżała z Bydgoszczy do Lublina nawet na dwa miesiące. Nigdy ponownie się nie ożeniłem. Za to dzięki dużej różnicy wieku między córkami mogę czuć się wiecznie młody. Od starszej córki mam dwóch wnuków, 14-letniego Bruna i 11-letniego Tymona, a od młodszej córki 2-letniego Kubusia. A dzieci odmładzają. Polecam!

img_9461Profesor zw. dr hab. Lechosław Lameński, rocznik 1949, historyk sztuki związany z KUL od czasów studiów. Znawca sztuki polskiej ostatnich dwóch stuleci. Autor książek o rzeźbiarzu Tomaszu Oskarze Sosnowskim i Stanisławie Szukalskim, założycielu Szczepu Rogate Serce, a także wielu artykułów o architekcie Tadeuszu Stryjeńskim, ponad 300 recenzji, wstępów do katalogów oraz esejów z zakresu krytyki artystycznej, redaktor w kwartalniku literackim „Akcent”, publikował na łamach „Tygodnika Powszechnego”, „Art & Bussines”, „Znaku” i „Biuletynu Historii Sztuki”. W latach 1999–2005 kierował Instytutem Historii Sztuki KUL, od blisko 30 lat prezes Oddziału Lubelskiego Stowarzyszenia Historyków Sztuki. Nagrodzony Srebrnym i Złotym Krzyżem Zasługi, Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski oraz Srebrnym Medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”. Członek Społecznego Komitetu Odnowy Zabytków Krakowa. Prywatnie osoba z dużym poczuciem humoru, znana z tego, że mówi to, co myśli, typ gawędziarza. Wielbiciel żużla i śledzi pod każdą postacią.

Komenatrze zostały zablokowane