fbpx

TU SIĘ ROBI DZIARY

9 marca 2014
Komentarze wyłączone
809 Wyświetleń

T2Choć sam termin „tatuowania” został użyty po raz pierwszy dopiero w 1773 roku przez podróżnika Jamesa Cooka, to bez wątpienia zwyczaj ten narodził się już wraz z początkiem cywilizacji i należy do najstarszych środków wizualnego wyrazu.

 

Najpierw tatuaże nosili odważni wojownicy, którzy po zwycięskich bitwach kolekcjonowali trofea – głowy swoich przeciwników (moko) i kolorowe dziary – symbole władzy. Często ich wymalowane twarze przedstawiały całe historie klanów. Pierwsze zachowane tattoo należało do żyjącej około 3 tysięcy lat temu egipskiej kapłanki, co może świadczyć, że ozdabianie ciała związane było z przynależnością do plemienia, obrzędowością, kultem wiary czy rozróżnianiem osobników przeciwnych płci. U Amorytów zamieszkujących górzyste tereny nad Kanaan tatuaże określały rangę społeczną i dodawały mocy, np. wąż na dłoni wojownika mógł symbolizować waleczność, a magiczne znaki u szamanów zapewniały sprawność rozmowy z bóstwami, kontrolowanie pogody czy nawet skuteczność uzdrawiania chorych. Jednak nie wszystkie narody starożytne pozytywnie postrzegały zwyczaj ozdabiania ciała. Tora w sposób bezpośredni zakazała Hebrajczykom robienia tatuaży. Starożytni Grecy, jak i Rzymianie w ten sposób znakowali zdrajców, kolaborantów, niewolników, gladiatorów i niekiedy żołnierzy legionów. Pierwsi chrześcijanie ozdabiali nadgarstki znakiem ryby, krzyża lub jagnięcia. Mniej więcej w 600 roku biskup Izydor jako pierwszy opisał proces tatuowania i niecałe dwieście lat później papież Adrian I wydał kategoryczny zakaz tego zabiegu. W związku z tym w całej średniowiecznej Europie tatuaż oficjalnie nosili tylko groźni przestępcy, choć i ich dość szybko dopadł inny wymiar kary. Sztuka tatuażu niemalże całkowicie wyemigrowała z Europy na Wschód do Azji. I być może, gdyby na początku XVII pan Dampier nie przywiózł do Londynu wytatuowanego mieszkańca Mórz Południowych, dalej żylibyśmy w średniowieczu.

Nie tylko marynarze mają tatuaże

Marynarze szybko przechwycili zwyczaj ozdabiania ciała – dzięki kolorowym egzotycznym motywom naskórnym byli postrzegani jako bardziej światowi, a to z kolei powiększało ich ego i zwiększało skuteczności podrywu urzędujących w portowych barach panien. Mniej więcej dwieście lat później Europejczyk Konstantyn zaprezentował na swoim ciele 388 „żywych obrazów”. Jego rekord pobiła jednak La Belle Irene – Amerykanka Woodward, dorzucając do tej liczby jeszcze dwa wzory. Później król Edward VII zafascynowany kulturą Wschodu wytatuował sobie wielkiego japońskiego smoka. Za jego przykładem poszli kolejni władcy, co doprowadziło do tatuażowego ekstremum – powstały pierwsze salony tatuażu, a wykonawców tego zabiegu zaczęto postrzegać jako artystów. Wymyślono wtedy pierwszą maszynkę elektryczną, dzięki której zabieg stał się jeszcze bardziej popularny. Rozpoczęły się masowe tatuowania i wielkie pokazy, a Berlin stał się mekką tatuażystów. Nie trwało to jednak długo, bo wraz z dojściem do władzy Hitlera i II wojną światową diametralnie zmieniła się rzeczywistość. Tatuowano numery porządkowe więźniom hitlerowskich obozów koncentracyjnych i zagłady (zazwyczaj na ręce), a także oznaczano osoby tam urodzone. Jak podaje Tadeusz Iwaszko, do tych zabiegów został wymyślony specjalny stempel z wymiennymi igłami na 1 cm, przypominający maszynki, które stosuje się współcześnie w rzeźniach dla zwierząt. Znane są też przypadki kolekcjonowania wytatuowanych ludzkich skór – w Paryżu założono nawet w owym czasie giełdę „żywych tatuaży”. Gdy w USA zaczęto rozpatrywać tatuaże jako część mainstreamowej popkultury, w Polsce nadal zdobienia skóry kojarzono z piętnowaniem ludzi marginesu – więźniów, bandytów czy prostytutek. Dzisiaj, co prawda, wstrzykiwanie tuszu pod skórę charakterystyczne jest jeszcze w świecie przestępczości (gitowcy, jakuza), ale częściej tatuaż zalicza się do kategorii sztuki współczesnej, jako medium umożliwiające użytkownikom swobodne wyrażanie swojej indywidualności.

 

Im więcej chętnych, tym więcej możliwości

Czerwone róże, smoki, jaszczury, surrealistyczne ćmy, pająki, cytaty, a nawet głowa papieża czy Salvadora Dali. Na skórze można mieć wszystko i to w dowolnej wielkości, bo na to nie ma ograniczeń. W Polsce co 30 osoba posiada tatuaż. Przede wszystkim liczy się odpowiedni projekt, umiejętność artysty, ilość poświęconych godzin i pieniędzy. Bo wiadomo, za dobry tatuaż trzeba niestety dobrze zapłacić. Chociaż u nas te ceny nie są jeszcze tak duże. Coraz częściej na zabiegi przyjeżdżają klienci z zagranicy, a polscy tatuażyści są już rozpoznawalni na całym świecie. O Lublinie też jest opinia, że są tu dobrzy fachowcy. Kiedyś przeważały dziary czarne, dzisiaj coraz więcej osób decyduje się na kolor. Można dowolnie mieszać pigmenty, wybierać fluorescencyjne tusze, które świecą w ciemności. Rynek się rozwinął, bo im więcej chętnych, tym więcej możliwości. Najczęściej jedna sesja trwa około 4 godzin, klienci nie są w stanie wytrzymać jednorazowo większej ilości bólu. Pierwsze spotkanie to omówienie projektu – doradzenie proporcji, ustalenie kontrastu, sposobu wypełnienia, później takie wzory zostają naszkicowane i przerysowane na specjalną kalkę, z kolei z kalki – bezpośrednio na skórę. Najpierw robi się kontury grubszymi igłami, a kiedy są już widoczne, można zmyć odbicie i zająć się wypełnieniem. Bardziej rozbudowane wzory to około 4–5 wizyt, wielkie koszty i wyzwanie dla tatuatora. W końcu to, co będą nosić jego klienci, to żywa reklama jego umiejętności. Tym bardziej że z roku na rok przybywa miejsc i konkurencja rośnie. W Lublinie na zabieg tatuażu można udać się m.in. do studia Slayer Tattoo, Valhalla Tattoo czy Maniac Tattoo. W każdym z tych profesjonalnych miejsc klient uzyska fachową pomoc zarówno przy tworzeniu wymarzonego wzoru, jak i przy późniejszej jego pielęgnacji. Gojenie zazwyczaj trwa około tygodnia, czasami chodzi się w foli, żeby świeże rany nie przyklejały się do ubrania. Trzeba używać maści pielęgnacyjnych typu depanten, przemywać zimną wodą, szybko osuszać i nie wystawiać na słońce. Przed wykonaniem zabiegu podpisuje się oświadczenie o stanie zdrowia, co z miejsca dyskwalifikuje osoby chore na hemofilię, epilepsję czy żółtaczkę. Przeszkodą mogą być również różne choroby skórne, ciąża i stany poporodowe, chociaż zdarzają się przypadki, że i osoby zdrowe mogą liczyć się z odmową. – Wybiórczo robią tatuaże np. na szyi i twarzy. Zawsze wtedy wypytują, kto, gdzie pracuje, co robi i często odradzają. W Polsce w dalszym ciągu osoby z takimi ozdobami określa się przez pryzmat więzienia i przestępczości – tłumaczy pani Alicja, która średnio co dwa lata poddaje się zabiegowi tatuowania. Dzień przed wejściem do studia nie można spożywać alkoholu, ponieważ podnosi ciśnienie krwi i podczas nakłuwania igłami krwawienie mogłoby być nie do opanowania. Klient decydujący się na tatuaż musi mieć skończone 18 lat, bo w profesjonalnych studiach tattoo zgody rodziców nie mają mocy sprawczych. Tatuaż to trwałe oznaczenie skóry, a więc i decyzja musi być podjęta świadomie, na całe życie. Później oczywiście można usunąć tatuaż np. laserem, ale jest to zabieg długotrwały (zazwyczaj 6–7 wizyt), bardziej bolesny i droższy niż wcześniej nieprzemyślana decyzja.

 

T1Pokaż mi swój tatuaż, a powiem ci, kim jesteś

Okres, w którym tatuaż najbardziej rozprzestrzenił się na świecie, przypada na czas wielkich podróży. Wytatuowani marynarze pływali po wyspach, przekazując w naskórnych obrazach różne informacje i treści. I choć minęło wiele wieków, wbrew pozorom sytuacja ta wygląda dziś podobnie, bo oprócz ozdoby tatuaż opowiada o tym, jacy jesteśmy. Wystarczy przejść się do studia i przyjrzeć dobieranym wzorom tatuaży – jeśli ktoś wybiera jakiś szczególny znak, to właśnie przez ten symbol przekazuje informację, próbuje wyrazić siebie. Według psychologa dr. Ireneusza Siudema jest to kwestia pewnego rodzaju informacji intymnych, bo w zależności od umiejscowienia tatuażu adresujemy go do kogoś. – Jeżeli tatuaż jest na dłoni albo policzku, to znaczy, że adresowany jest do wszystkich, jeżeli jest na pośladku czy innej części intymnej, to znaczy, że jest on zarezerwowany dla kogoś, kto jest w szczególnym związku z daną osobą – podkreśla. Oczywiście tatuaż jest też formą ozdabiania ciała, wyróżnienia spośród tłumu. Każdy z nas w jakiś sposób realizuje potrzebę niepowtarzalności i bycia indywidualistą. Szczególnie teraz, w dobie narcyzmu i zjawiska ekspozycji tzw. reklamy, panuje moda na new image.

– Tatuaż daje poczucie skonstruowania siebie na nowo – to tak, jakbym chciał być innym, ale nie tylko innym, bo na pewno trochę lepszym, bardziej wartościowym, dlatego chcę mieć coś takiego, co jest niepowtarzalne. W tym przypadku tatuaż pełni właśnie taką funkcję nobilitującą – tłumaczy dr Siudem i dodaje, że dzisiaj w „normalnym” życiu liczy się bardziej pomysłowość i aspekt artystyczny.

 

T3Wciąga jak chodzenie po bagnach

Alicja pierwszy tatuaż zrobiła sobie 20 lat temu – wymarzony stan samodzielności: własny dom, praca, utrzymanie. Mogła za niego zapłacić i dzięki temu przed nikim się nie tłumaczyć. Rodziny nie pytała o zdanie, bo wie, że wtedy na pewno by się nie zgodzili. Mama, kiedy dowiedziała się o tatuażu, była przerażona, posądziła dziecko o przynależność do sekty. Nie mogła zrozumieć, że to po prostu ozdoba. Ale takie wtedy były czasy. Dzisiaj sama ma córkę i na 20 urodziny zafundowała jej tatuaż – skrzydła na karku. Magdzie też się spodobało i zapowiedziała już kolejne, chce pójść w ślady mamy. Podobnie siostrzenica, ale ona zrobiła sobie tatuaż bez zgody rodziców, całe szczęście rozsądnie, w miejscu niewidocznym.

– Robienie tatuaży jest jak chodzenie po bagnach, też wciąga i na jednym się nie kończy. Zachęca efekt i ma się ochotę na więcej. Są też tacy, którzy uzależniają się od bólu, bo on wyzwala adrenalinę, a więc dla nich jest to uczucie przyjemności – podkreśla, choć dla niej zabieg to jednak nic przyjemnego. Swoje wzory stara się projektować sama, ma już tatuaż na łopatce, opaskę na ramieniu, łańcuszek, pierścionek i kreski na oczach – to bolało najbardziej. – Robiłam kreski na górze i na dole – taki permanentny makijaż. Tatuowała mnie wtedy dziewczyna i żartowałam później, że przez żadną kobietę jeszcze tak nie płakałam – wspomina z uśmiechem.

Najnowszy motyw to smok, liczy ponad rok i dumnie prezentuje się na łopatce. Choć jest duży, widać go tylko latem. U pani Alicji każda dziara musi być przemyślana i do każdej dojrzewa powoli, bo, jak mówi, to decyzja na całe życie. Na pewno nie wytatuowałaby sobie całego ciała, są pewne granice. Tym bardziej, że na co dzień, od 15 lat, pracuje jako księgowa. – Kiedy zrobiłam sobie tatuaż w odkrytym miejscu, pierwsze pytanie, jakie zadał mi szef, to: czy to się zmywa. Zażartowałam, że tak, że to tatuaż z gumy do żucia, jednak on nie uwierzył. Nigdy nie robił mi z tego powodu problemów, po prostu przyjął do wiadomości. Mam na tyle tolerancyjnego szefa, że wszelkie uwagi osobiste zachowuje dla siebie, nawet jeśli jakieś ma, to nic nie mówi – opowiada z dumą. Często kiedy poznaje ludzi i dowiadują się, że jest księgową, to są zdziwieni. Istnieje krzywdząca opinia, że na niektórych stanowiskach dziary są po prostu źle widziane, że przekreślają zaufanie. A przecież to bzdura. Można być dobrym człowiekiem i mieć tatuaże; tak samo można być księgową i mieć na łopatce widocznego smoka.

– Słyszę czasem nieprzyjemne komentarze na ulicy, ale nie przejmuję się tym w ogóle. To nie jest ich sprawa. Po ulicy przecież może chodzić każdy, a ja nie wpycham się im specjalnie w oczy. Gdybyśmy wszyscy byli tacy sami, byłoby po prostu nudno.

 

T4Dziewczyna z tatuażem

Dawniej czynność wykonywania tatuażu zarezerwowana była wyłącznie dla kapłanów i mistrzów, dziś tatuażystą może być każdy. Jednak tylko nielicznym udaje się wyrobić własny styl i, paradoksalnie, nieszablonową szablonowość.

Klaudia Tatuaż sztuką tatuażu interesuje się od dziecka. Zaczęło się niewinnie od naklejania na ciało różnych plasterków, kolorowych naklejek. Później wiadomo – etap testowania pierwszych narzędzi kreślarskich: mazania po rękach czarnym długopisem, flamastrem, a nawet markerem. – Czasami do gazetek dla dzieci dołączali zestaw „tymczasowych” wzorów. Pamiętam, jak wodą nasączało się szmatkę, przykładało do ręki folię, dociskało do skóry mokrą ściereczką. Siedziałam taka poobklejana tymi „tatuażami” naprzeciwko mojej mamy i pewnego dnia powiedziałam: „zobaczysz, kiedyś będę mieć prawdziwe tatuaże!”. Mama oczywiście przecząco pokręciła głowa i ironicznie odburknęła: „na pewno!” – wspomina z uśmiechem Klaudia Tatuaż, dumnie prezentując swoje naskórne dzieła. Już jako nastolatka miała mnóstwo pomysłów na siebie i swoje ciało – awangardowe fryzury akcentujące wyrazistą osobowość, migrujące kolczyki na twarzy i w uszach. Wiadomo, grunt to bunt. Tatuaże były trochę poza zasięgiem, bo jeszcze nikt ze znajomych ich nie robił. Co innego w liceum, na ciałach rówieśniczek zaczęły pojawiać się rożne wzory – delfinki, smoki, u chłopaków m.in. nazwy zespołów. Były też tribale, skorpiony i dzika zwierzyna – drapieżne tygrysy rozdzierające pazurami skórę. Klaudia dużo wtedy rysowała ołówkiem, projektowała wzory, zamieniając ostatnie strony zeszytów w miniaturowe dzieła sztuki. Później przyszedł czas na studia, zwyciężyła pasja. Na Wydziale Artystycznym UMCS miała dostęp do specjalistycznej literatury dotyczącej tatuażu, śledziła poczynania artystów, wczytywała się w ich wypowiedzi. W końcu podjęła decyzję o swoim pierwszym tatuażu, trochę z ciekawości, a trochę z przekory. – Przede wszystkim chciałam zobaczyć, czy to boli i w ogóle jak to jest. Ale po pierwszym tattoo nabrałam chęci na następny. Ten drugi był większy. Później doszły kolejne. Byłam pod wielkim wrażeniem, że można robić na skórze „takie rzeczy”. Zdałam sobie sprawę, że w tej kwestii nie ma żadnych ograniczeń – opowiada. Na trzecim roku studiów zaczął kształtować się jej styl malarski. Upodobała sobie kapnięcia farb na płótno i efekty ich rozpryskiwania. Do czarnych, rozproszonych, koślawych ścieżek tuszu dodała drżącą kreskę i tak powstały pomysły na nowe autorskie tatuaże. W czasie studiów poznała dziewczynę, która tatuuje dziś w jednym z lubelskich salonów, często ją odwiedza i przynosi swoje projekty. Coraz więcej czyta, śledzi nowości na specjalistycznych forach, rozmawia z tatuatorami. Jeździ też na konwencje tatuaży – branżowe spotkania sceny tattoo, na których podpatruje prace artystów i ich techniki. Ciągle poszukuje inspiracji, choć jej twórczość jest już dobrze znana w lubelskim środowisku. Klaudia Tatuaż na wiosnę br. planuje otworzyć własne studio tattoo w centrum Lublina. Wie, że konkurencja jest duża, ale wierzy, że pasja znowu zwycięży i jej studio będzie miejscem inne niż wszystkie. Wtedy może, wspominając z mamą dawną rozmowę, z odwagą powie: „Zobacz, tworzenie tatuaży to prawdziwa sztuka!”.

Podziękowania dla Pani Moniki Okinam za udostępnienie swoich prac.

Tekst Klaudia Olender

Foto Katarzyna Zadróżna

 

Komenatrze zostały zablokowane