WAŻNE
Wzrost płacy minimalnej (Styczeń 27, 2020 9:34 am)
Made in #jazzUMCS (Styczeń 27, 2020 9:30 am)
Jagodowe trendy (Styczeń 24, 2020 2:12 pm)
Kranówka na zdrowie (Styczeń 24, 2020 9:03 am)

U siebie

12 grudnia 2019
571 Wyświetleń

tekst Izolda Boguta, foto Jakub Borkowski

 

Margaret Uzoamaka Ohia-Nowak mieszka w Lublinie od czterech lat. Jak mówi, znalazła się tu przez miłość. Jej droga do tego miejsca i etapu w życiu, kiedy najważniejsze jest stabilne miejsce na ziemi, jest długa i niełatwa. Pochodzenie i doświadczenie sprawiają, że wyrobiła w sobie mocny „radar” na dyskryminację i niechęć. Jednocześnie ma dużą wrażliwość i nadzieję, że świat można zmienić. 

 

Niwelowanie granicy między mną a „obcym” jest głównym filarem jej obecnej aktywności. Współpracuje ze Stowarzyszeniem Homo Faber, prowadząc szkolenia w projekcie „Nie-lekcje o nietolerancji” realizowanym we współpracy z Fundacją Sempre a Frente dla uczniów i nauczycieli lubelskich szkół podstawowych i ponadpodstawowych. Uczestniczy w warsztatach, konferencjach i panelach dotyczących wielokulturowości, a także przeciwdziałania stereotypom, uprzedzeniom i dyskryminacji. W ramach własnej działalności prowadzi szkolenia z komunikacji międzykulturowej dla szkół, organizacji pozarządowych i instytucji publicznych, m.in. w Lublinie, Warszawie i we Wrocławiu. Od lutego będzie prowadziła konwersatoria o międzykulturowości dla studentów europeistyki na UMCS oraz studentów WSPA. Na sesjach jogi, które prowadzi w jednym z lubelskich klubów sportowych, nawet w poniedziałki rano zjawia się komplet chętnych.

Uwagi o swoim wyglądzie – mając 36 lat, wygląda jak nastolatka – kwituje uśmiechem i podkreśla, że jest to jeden ze stereotypów, z którymi się spotyka. Młody, młodszy, za młody. Mówienie komuś, że jest za młody, czy przypisywanie pewnych cech, dlatego że ktoś jest młody czy wygląda młodo, też może być krzywdzące.

 

Dobra droga

 

Zestaw jej imion wynika z tradycji nigeryjskiej. Pierwsze imię – Margaret, to imię „kolonialne”, tak miała też na imię jej babcia, drugie – Uzoamaka, to jedno z tradycyjnych imion ludu Igbo, znaczy „dobra droga”. Rodzice poznali się na studiach medycznych we Wrocławiu na początku lat osiemdziesiątych. Tata – Raphael Okechukwu Ohia pochodził z Nigerii i znalazł się w Polsce dzięki stypendium rządu swojego państwa, pozwalającemu na podjęcie studiów w kraju bloku komunistycznego. Mama Grażyna Ohia jest wrocławianką. W trakcie studiów w Polsce doczekali się dwojga dzieci. Pierwsza na świat przyszła Margaret Uzoamaka, po niej Dawid Uchenna. 

 

Tata zakładał, że po studiach wraca do Nigerii, a mama tego nie kontestowała i uważała za naturalne, że pojedzie z nim. I tak się stało – w 1986 polecieliśmy do Nigerii, miałam wtedy niecałe trzy lata – opowiada Margaret.

Nigeria to ogromny kraj w zachodniej Afryce, mieszka w nim obecnie pięć razy więcej ludzi niż w Polsce, używa się w nim ponad pięciuset języków, a ludzie pochodzą z różnych plemion, które na skutek historii wymuszonej przez państwa kolonialne weszły w sztuczną strukturę nowego państwa. W latach osiemdziesiątych krajem wstrząsały przewroty polityczne, toczyła się wojna domowa. Ale w porównaniu z warunkami panującymi w Polsce Nigeria była krajem dobrobytu, krajem dobrego życia, zwłaszcza dla tych, którzy mieli wykształcenie, mieszkali w miastach i pochodzili z bogatych rodzin. Bo Nigeria to też kraj dużych nierówności ekonomicznych, ogromnego zróżnicowania kulturowego i religijnego. 

 

Przylecieli do Nigerii na początku marca. Zaczynała się pora deszczowa. Zanim pan Raphael przedstawił rodzicom swoją żonę i malutkie dzieci, zginął w wypadku samochodowym czwartego dnia ich pobytu w Afryce. Matka nie zrezygnowała z Nigerii. Dzięki pomocy ambasady, rodziny zmarłego męża i własnej nieustępliwości zaczęła samodzielne życie na Czarnym Lądzie. Odbyła staż w szpitalu misyjnym, została lekarzem w mieście Abeokuta w południowo-zachodniej części kraju.

Margaret mówi, że z Nigerii wbrew pozorom pamięta wiele. Nianię Ngozi, poleconą przez rodzinę taty, wysokie wieżowce i zakorkowane miasta z prawdziwego zdarzenia, a także ocean, nad który jeździli w niemal każdy weekend, huśtawkę zawieszoną wśród bananowców za domem, ognisko rozpalone z dziećmi z sąsiedztwa. Jednak dominującym wspomnieniem jest tęsknota za domem, którym wtedy w jej dziecięcej głowie była Polska. Chciała wrócić do babci. W utrwalaniu tej tęsknoty pomagały jej dzieci w szkole, które bezlitośnie zauważały, że kolor jej skóry odbiega od ich koloru. Rówieśnicy nazywali ją oyibo pepe, co w języku joruba oznacza „człowiek bez skóry”, biały. Była inna.

Zewnętrze cały czas pokazywało mi, że nie jestem stąd – tak odczuwała reakcje rówieśników.

 

Mówili o mnie Bambo 

 

W 1989 roku mama Małgosi podjęła decyzję o powrocie do Wrocławia. Sześciolatka poszła z polskimi rówieśnikami do zerówki. Cieszyła się, że jest w domu, że jest babcia i dziadek i że mama jest u siebie. Rozczarowanie przyszło bardzo szybko. Powtórzyła się sytuacja z nigeryjskiej szkoły, tylko jakby w rewersie. Znowu była inna, znowu powodem inności był kolor skóry. 

 

Stałam się Murzynkiem Bambo. Ten wierszyk, znany każdemu ze szkolnego podręcznika, jest bardzo krzywdzący dla osób pochodzenia afrykańskiego. Narzuca dzieciom określoną narrację o ciemnoskórych. Kiedy z Dawidem byliśmy jedynymi dziećmi ciemnoskórymi w całej szkole, przełożenie tych cech na nas było oczywistością. 

Wiersz nie mówi wprost, że Murzynek to brudas, nie ma treści jawnie rasistowskich. I zapewne kiedy powstawał, w 1935 roku, był sympatycznym wierszykiem przybliżającym egzotycznego koleżkę, miał funkcję poznawczą. Dziś krzywdzący wymiar tego utworu jest taki, że zamiast przybliżać, egzotyzuje. Bo ciemnoskóre dzieci nie skaczą po drzewach. Nie unikają kąpieli. Nie uczą się z murzyńskiej czytanki. Raczej przesiadują w domach z tabletami w rękach. A nam trudno przyznać, że oprócz warstwy literackiej i na pewno dobrych intencji Tuwima, wiersz ten zupełnie inaczej dźwięczy w uszach współczesnych ciemnoskórych, którzy nijak nie widzą siebie w roli wesołych „bambusków”. Kiedy mówimy o kimś Murzynek Bambo, nie podkreślamy, że jest taki sam jak my, tylko właśnie podkreślamy jego inność. 

 

Potrzeba przynależności

 

Trudno było mi się z kimkolwiek zidentyfikować. W najbardziej zbliżonej sytuacji do mojej był Dawid, ale to był chłopak. Patrząc wstecz, wiem, że potrzebowałam identyfikacji z kobietą, z dziewczynką. A wokół był absolutny brak ciemnoskórych dziewczynek – ciągnie swoją opowieść Małgosia. Kiedy stała się nastolatką, potrzeba porównania do kogoś takiego samego, podobnego, stawała się jeszcze większym problemem. Chociażby w kwestii wyglądu. Jak mówi, trudno było jej znaleźć w sobie takie piękno, które przystawałoby do ogólnych standardów, które wszyscy wokół mieli, do których byli „dostosowani”. Nawet jej wspaniałe kręcone włosy stawały się źródłem problemów i upokorzeń, kiedy fryzjerki lamentowały nad tym, że takie te włosy inne, że co z tym zrobić. Odległość, która dzieliła ją od rodziny taty, uniemożliwiała widywanie się z nimi. Kilkakrotnie podejmowała decyzje, że poleci do Nigerii szukać swoich korzeni, już niemal kupowała bilety, ale zawsze coś stawało na przeszkodzie. Najczęściej to, że mieszkający w Wielkiej Brytanii młodszy brat ojca nie mógł jej towarzyszyć, a jednocześnie ze względu na sytuację polityczną w kraju odradzał samotny wyjazd. Dwukulturowe pochodzenie odciskało piętno na jej wyborach, decyzjach i emocjach. W poradzeniu sobie z tym pomogła wieloletnia terapia psychologiczna. W Szkole Rozwoju Osobistego w Holandii uczestniczyła w terapii uzależnień od negatywnych emocji. Emocji, które ciągnęły się za nią od czasów dzieciństwa i tych wzbudzanych przez aktualne sytuacje. 

 

W rodzinnym Wrocławiu w 2006 roku podjęła studia polonistyczne, ale równolegle studiowała filmoznawstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim w trybie indywidualnego toku nauczania. Była więc w ciągłych rozjazdach. Po ukończeniu tego etapu osiadła we Wrocławiu i rozpoczęła językoznawcze studia doktoranckie w Instytucie Filologii Polskiej Uniwersytetu Wrocławskiego. Temat pracy doktorskiej to: „Językowe mechanizmy dyskryminacji rasowej”. Łączyła swoje polonistyczne wykształcenie z doświadczeniami życia codziennego, czyli tym, co słyszy pod swoim adresem, oraz tym, co obserwuje w języku. Mówi, że widzi dwie tendencje. Pierwsza, ta większościowa, to przywiązywanie się do form, które już istnieją, i obrona tych form. To jest etnocentryczne – nie chcemy zmieniać tego, co jest „nasze”, przywiązani jesteśmy do języka polskiego w takiej formie, w jakiej jest, i nie chcemy nie używać, rezygnować z pewnych zwrotów. Takimi zwrotami są np. wyraz murzyn, jako neutralne określenie osoby ciemnoskórej, czy zwroty typu cyganić, żydzić, czyli zwroty wynikające ze stereotypów, które mamy w głowie, ale nieświadomie im ulegamy, mówiąc jednocześnie, że nie mamy intencji dyskryminowania nikogo. Tym bardziej nie chcemy rezygnować z takich zwrotów, schematów, gdy postuluje to osoba nienależąca do grupy „my”, czyli osoba ciemnoskóra czy pochodzenia żydowskiego.

 

Być stąd

 

Druga tendencja, którą Margaret zauważa na swoich warsztatach, w pracy z ludźmi, jest taka, że oni chcą coś zmienić w swoim stosunku do „innych” oraz w sposobie komunikowania z nimi i o nich. Ale są też świadomi, że to jest trudne i zależy nie tylko od tego, jak oni jednostkowo będą wyrażać rzeczywistość językiem, ale zależy to od systemu – władzy, wartości, narzucanego przez instytucje, przez makrospołeczny ogół. Język jest bardzo skutecznym narzędziem komunikacji tzw. elit symbolicznych, czyli mediów, polityków, nauczycieli. Czy wyzbywanie się uprzedzeń powinno odbywać się oddolnie, czy odgórnie, instytucjonalnie, to częsty temat dyskusji na warsztatach. 

Jedynie pierwszy rok studiów doktoranckich spędziła we Wrocławiu. Wyjeżdżała dwukrotnie do Holandii, do Wielkiej Brytanii i do Stanów Zjednoczonych w ramach stypendium Fulbrighta. Nazywa siebie z tamtego okresu współczesną nomadką. Prowadziła badania pod kątem pisanej rozprawy doktoranckiej, ale też poznawała inne kultury, doświadczała siebie w innych kulturach.

 

  W Holandii ludzie myśleli, że jestem Holenderką pochodzenia surinamskiego
i udaję, że nie mówię po holendersku. Na wakacjach w Brazylii byłam brana za Brazylijkę, która z nieznanych powodów zadaje się tylko z „białasami” i nie chce mówić po portugalsku. W Stanach czułam się jak u siebie, aż do momentu, gdy się odezwałam i słyszalny był mój akcent, wtedy pojawiało się zdziwienie, że Europa Środkowa i że tam są w ogóle tacy ludzie i już wylatywałam
ze społeczności afroamerykańskiej – wspomina i dodaje, że mimo to w tamtych krajach była brana za swoją, za osobę stamtąd, podczas gdy w Polsce zwykle nie jest brana za osobę stąd. A jest stąd. 

 

Strategia unikania

 

Z agresją słowną spotyka się bardzo często. Zdarzały się też gesty przemocy. Czasem takie niby niewinne słowa: „ale smaczna czekoladka”, czasem komentarze, których autor najwyraźniej zakłada, że ona nie rozumie po polsku, np. „o, małpa weszła”. Czasem usłyszy aż nazbyt wyraźne „wypierdalaj do Afryki”. Albo to, co ostatnio spotkało ją w lubelskim Lidlu ze strony mężczyzny w T-shircie z białym orłem: „Ja nie będę koło TEGO przechodził”. Dlatego nie jeździ już pociągami, żeby nie spotkać wracających z meczu kibiców, unika samotnych zakupów w supermarketach. Cieszy się, że ma możliwość wybrania taksówki zamiast autobusu i że nie musi być tam, gdzie nie chce. Więc takie sytuacje stają się rzadsze, ale tylko dzięki temu, że ich aktywnie unika. Ale nie da się wszystkiego uniknąć.

Czy stosunek Polaków do obcego zmienia się? Margaret zaprzecza, mówi, że sytuacja nie zmieniła się na gorsze. Jest po prostu od lat tak samo! Zawsze była niechęć, brak akceptacji, uprzedzenia. Zawsze się z tym spotykała. A pisząc czy mówiąc o rasizmie w trakcie swoich badań językowych, słyszała: „ale u nas tego nie ma”, spotykała się z zaprzeczaniem. Zauważa też, że przeszliśmy jako społeczeństwo na kolejny etap wrażliwości międzykulturowej. Już nie zaprzeczamy istnieniu dyskryminacji, niechęci do obcego. Weszliśmy w fazę obrony „naszości”, czujemy zagrożenie innością, że obcy nam coś odbierze. Stąd bierze się coraz bardziej widoczne i jawne pokazywanie przez społeczeństwo, że inność nie przejdzie, że inności nie chcemy, że wszystko ma być takie samo. 

 

Zagajdzie

 

W 2014 roku została zaproszona na wyjazdową konferencję organizowaną przez małżeństwo naukowców z Uniwersytetu Warszawskiego w Zagajdziu pod Kazimierzem Dolnym. Na końcu świata. Tak daleko, że nawet planowane w poprzednich latach wyjazdy na Festiwal Dwa Brzegi zawsze ostatecznie odwoływała, bo tak daleko na wschód bała się jechać. Pojechały z przyjaciółką z Uniwersytetu Wrocławskiego, samochodem, każda ze swoim referatem. Dojechały do Spały i stanęły. Margaret nie chciała dalej jechać. Czy za tą Spałą coś jeszcze jest? Przyjaciółka nagliła, jedźmy! Przemogła się. Dotarły do celu nocą. Pierwszy dzień referatów straciły. Konferencja była mimo to ciekawa. I owocna.

 

– W Zagajdziu jednym z uczestników był Paweł Nowak, językoznawca, profesor KUL-u. Słyszałam, że jego dorobek naukowy stanowi dobrą podstawę do zrecenzowania mojego doktoratu – wspomina Margaret. Po kilku miesiącach obroniła doktorat, a znajomość z profesorem przerodziła się w osobistą relację. Po roku znajomości Margaret porzuciła życie nomady, pozwoliła sobie na zapuszczenie korzeni. Przeprowadziła się do Lublina. Na ten „daleki wschód”. 

Zakochałam się. Już nie miałam wątpliwości co do miejsca, w którym będę żyć. To było dla mnie naturalne, że tu przyjadę. Nieważne, gdzie mieszkasz geograficznie, ważne, żeby być tam, gdzie jest twój dom. A ja ten dom stworzyłam tu. My stworzyliśmy. – Margaret mieszka pod Lublinem z mężem Pawłem i malutką Wiktorią. Nazywa to miejsce swoim mikroświatem. Nie musi już szukać w dalekim świecie miejsca, do którego może przynależeć. Wiktoria poszła do przedszkola, stawia pierwsze kroki wśród rówieśników. Jak ją powitają? Zauważą jej ciemne loki? Pozwolą być swoją czy zaproponują wyjazd do Afryki? Myślmy ciepło o inności. Nikt nie jest taki sam.

 

Zostaw komentarz