fbpx

90 metrów malw

1 października 2014
Komentarze wyłączone
1 353 Wyświetleń

Tekst Grażyna Stankiewicz

Foto Marek Podsiadło

O Starym Gaju zrobiło się głośno kilka miesięcy temu, kiedy w niewielkiej, bo liczącej około 50 domostw wsi koło Wojciechowa rozpoczęła działalność fundacja SADownia. W myśl teorii przyczynowo-skutkowej coś lub ktoś musiało dać początek kolejnym zdarzeniom. Tym kimś była Katarzyna Jóźwik. Tym czymś miejsce – z polem poziomek i widokiem na wąwóz.

SadowniaMiejsce znaleźliśmy za pomocą Internetu. Kiedy przyjechaliśmy tu pierwszy raz, był maj, a do posesji wiodła 90-metrowa droga cała obsadzona malwami – wspomina sytuację sprzed trzech lat Katarzyna. Rozmawiamy przy stole w ogrodzie, smakując ciasto z tegorocznymi gruszkami. Katarzyna i Jerzy opowiadają o swoich pierwszych wrażeniach, jakby to było wczoraj. Mocne jeszcze, wrześniowe słońce przebija się przez liście, rażąc oczy. Cienie drzew układają się na ścieżce między domami. Bo domy są dwa. Jeden z drewnianym gankiem, odnowionymi starymi meblami i lnianymi zasłonkami w oknach. I drugi, w którym mieści się siedziba fundacji. – Poprzednia właścicielka wprowadziła się tu, mając sześćdziesiąt lat i czworo dorosłych dzieci. Postanowiła całkowicie zmienić swoje życie i oddać się religijnej kontemplacji. Dom, w którym mieści się fundacja i świetlica dla dzieci, został zbudowany jako jej pustelnia. Kiedy przyjechaliśmy obejrzeć to miejsce, było od dawna niezamieszkałe i całe porośnięte chaszczami – kontynuuje Katarzyna.

Katarzynę zobaczyłam pierwszy raz w przedszkolu, do którego odprowadzałyśmy dzieci. Sądziłam, że jest prawnikiem. Zawsze wyglądała korekt – żakiet, eleganckie buty, zaczesane gładko do tyłu włosy i obowiązkowa teczka. Nie torebka tylko właśnie teczka. Do wizerunku adwokata nie pasowały jej spódnice. Najczęściej długie, zwiewne, z lekkich tkanin. Ze względu na łagodne rysy twarzy była też zaprzeczeniem wyglądu prokuratora. Stanęło na sędzinie.

Psorka Jóźwik

Kasia z dziećmiKoniec końców pani sędzia okazała się być polonistką. Katarzyna pochodzi z Lublina, jest absolwentką LO im. Unii Lubelskiej, studia skończyła na UMCS. Pracę magisterską broniła na temat poezji Julii Hartwig, która zresztą pracę na swój temat przeczytała, a autorce pogratulowała. Katarzyna od 29 lat pracuje w szkole. Swoją nauczycielską przygodę zaczęła w Niemcach, ale zdecydowana większość tego czasu przypadła na LO im. Hetmana Zamoyskiego w Lublinie. Sama nie lubi nudzić się w szkole, więc stosuje nietypowe metody pracy z uczniami – mapa myśli, mnemotechniki, drama, multimedia. Spod jej skrzydeł wyszło kilku laureatów olimpiad polonistycznych, a wśród nich autor kryminałów Marcin Wroński. Organizuje spotkania z osobowościami świata kultury, dzięki którym w „Zamoju” gościli przedstawiciele paryskiej „Kultury” i Agnieszka Kosińska, sekretarz Czesława Miłosza. Uczniów zaraża swoją pasją do teatru. Jest opiekunem festiwalu teatralnego „Zwierciadła”, którego bliźniacze przeglądy odbywają się w sześciu innych miejscach w Polsce. Swoich uczniów postrzega jako ambitnych z dużym potencjałem i energią. Na dictum dotyczące poziomu studentów na uczelniach wyższych, którzy przed chwilą zdawali maturę, broni młodzieży. – Oni są wytworem systemu edukacji, internetu i komunikatorów w pozytywnym i negatywnym sensie. Dogrzebując się do esencji młodości, dzisiejsza młodzież niczym nie różni się od młodzieży niegdysiejszej. Tylko świat daje im inne propozycje.

Katarzyna sama ma dwoje dzieci, obydwoje skończyli liceum, w którym uczy. Michał studiuje w łódzkiej filmówce na wydziale aktorskim. Pasję do teatru zapewne odziedziczył po mamie, jeszcze w liceum grał w młodzieżowym Teatrze Panopticum i realizował samodzielne projekty teatralne, włącznie z happeningiem na placu Litewskim – „Ikarus czasu”. Z kolei

Kamila studiowała biotechnologię na Uniwersytecie Warszawskim, ale pracę magisterską obroniła już w Cambridge w Instytucie Gordona (tegoroczny laureat nagrody Nobla). Zajmuje się genetyką i neuronauką. Od 12. roku życia marzyła, żeby studiować na uniwersytecie w Oxford lub Cambridge. Dzięki swojej determinacji, wizjonerstwu i zmysłowi organizacyjnemu pokazała, że nie tak daleka jest droga od marzeń do ich realizacji. Została na uniwersytecie w Cambridge. Ma 26 lat i pisze doktorat. I pewnie to Cambridge mimo wszystko nie było przypadkowe…

Na angielsko-polską nutę

Kasia + JurekInspiracja stworzenia miejsca publicznych spotkań w Starym Gaju wzięła się z wizyty Katarzyny w Anglii, a konkretnie we wsi Grantchester, gdzie mieszka duże grono noblistów i emerytowanych profesorów znajdującego się w pobliżu właśnie Uniwersytetu Cambridge. W 1897 roku grupa studentów namówiła właściciela sadu z jabłkami do udostępnienia go osobom, które pijąc herbatę, chciałyby w spokoju oddać się zadumie, lekturze bądź dyskusjom. Wśród stałych bywalców byli Virginia Woolf i Bertrand Russel. Miejsce funkcjonuje do dziś, a w rozstawionych w całym sadzie kolorowych lnianych leżakach, hamakach i przy stołach pojedynczo lub w grupach przesiadują nie tylko studenci i wykładowcy.

Katarzyna od początku uznała, że w Starym Gaju jest wystarczająco miejsca i równie dużo dobrej energii, aby powstało podobne miejsce. W jej koncepcji fundacji i w podejmowanych na co dzień działaniach na każdym kroku wspierają ją rodzice i Jerzy ‒ jej życiowy partner. Katarzyna uparła się, aby w nazwie fundacji było słowo „sad”. Ale sad trzeba było rozwinąć w pełną nazwę i tak powstało Siedlisko Aktywnych Działań. W prace na rzecz fundacji zaangażowały się również m.in. mieszkająca po sąsiedzku Anna Swęda – informatyk, absolwentka szkoły filmowej, szefująca Akademickiej Kronice Filmowej KUL, i Elżbieta Kuszewska, która przez kilkadziesiąt lat leczyła mieszkańców Starego Gaju, aż w końcu kupiła tu posesję, na której spędza czas od wczesnej wiosny do późnej jesieni. Z kolei Anna Staniak z MDK w Lublinie wspiera SADownię działaniami plastycznymi, przyjeżdża też ze swoimi podopiecznymi na plenery. Z fundacją są również związani Agata Surdacka z Uniwersytetu Medycznego i Marcin Bujak, który wspiera jej działania w zakresie technicznym, cokolwiek to znaczy.

Dzięki zaangażowaniu się mieszkańców Starego Gaju i pani sołtys Mirosławy Kaznowskiej inauguracja działalności SADowoni była świętem całej społeczności. W uroczystości, w której wzięło udział ponad 100 osób, wystąpił miejscowy zespół Gajowianki i Kapela Wojciechowska. Mieszkanki wsi upiekły ciasta, a dzieci przygotowały spektakl pt.„Jeż” do tekstu Grażyny Lutosławskiej. Było koncertowo i wystawowo, a dzień zakończył się tańcami w remizie, do których przygrywał niezastąpiony w takich sytuacjach Jan Mirosław.

Chcemy tu tworzyć miejsce dla ludzi kreatywnych. Aby spotykały się tu osoby ze Starego Gaju i przyjeżdżające do nas z zewnątrz, aby dokonała się wymiana doświadczeń i energii. Chcemy kultywować stare tradycje i stworzyć dzieciom i młodzieży warunki do rozwijania swoich zainteresowań – podkreśla Katarzyna. Świetlica wyposażona w ogromny stół, kominek i półki z książkami działa kilka razy w tygodniu. Oprócz plastyki odbywają się tu zajęcia teatralne i taneczne. Do SADowni już przyjeżdżają zacni goście. Małymi krokami udaje się pozyskiwać dofinansowanie. Po godzinach działania świetlicy spotykają się tu też dorośli. Ostatnio przez kilka tygodni mieszkanki Starego Gaju, plotąc i śpiewając, wspólnie przygotowywały wieniec dożynkowy. Tak dobrze im to wyszło, że podczas dożynek gminnych zajęły czwartą lokatę i jako fundacja otrzymały swoją pierwszą nagrodę pieniężną.

Słoneczne wrześniowe popołudnie

Kasia zEląSiedzi przede mną roześmiana młoda kobieta po pięćdziesiątce z błyszczącymi oczyma i rozpierającą ją energią, ale przede wszystkim wewnętrznym spokojem i świadomością spełniania się. Od trzech lat mieszkają razem z Jerzym w domu z widokiem na wąwóz i pole poziomek, a dwa lata temu ich dom stał się również centrum wydarzeń w Starym Gaju.

Od kiedy zdałam sobie sprawę, że w życiu na wiele spraw nie mamy wpływu, pozwala mi to żyć z większą radością. Życie nie niesie dramatów nie do udźwignięcia. Jak dajemy sobie z tym radę, zależy od tego, co mamy w głowie, a nie od czynników zewnętrznych – konkluduje naszą rozmowę Katarzyna Jóźwik.

Jest sobotnie popołudnie, a dzieci oblegają długi stół w świetlicy. Dziś obowiązuje technika mieszana. We wspomnieniach z wakacji dominują naklejone na rysunki morskie fale i złociste słońca z bibuły i kolorowego papieru. Kiedy przychodzi Katarzyna, przenoszą się na schody prowadzące z ogrodu do świetlicy i oglądają gotowe prace. Obok budynku niewielka scena zastawiona rekwizytami do nowego spektaklu. Nawet w gorące wrześniowe popołudnie krążą tu myśli związane z planami na przyszłość.

Komenatrze zostały zablokowane