fbpx

Co łysemu po grzebieniu. Idzie jak po grudzie, czyli lód w sercu.

3 stycznia 2014
Komentarze wyłączone
508 Wyświetleń

1391504_499612426801065_63338092_n[1]

Tomasz ( Dolar ) Dymek

Grudzień przychodzi zawsze nieproszony. Niby wiemy, że zimowy czas musi nadejść, a dni robią się coraz chłodniejsze, ale to nigdy nie przychodzi łatwo i bezboleśnie. Nie cierpię tych pieprzonych białych gwiazdek, które spadają na asfalt. Oszronione dachy, zamarznięte zamki, śliskie trotuary – to nie dla mnie. Paskudztwo się robi na ulicach, zmrożona maź lepi się do butów. Wszędzie muldy i brud. Niech ktoś w końcu zorganizuje jakiś marsz poparcia dla globalnego ocieplenia. Być może dzięki kolumnom demonstrantów klimat zmiłuje się nad nami i ogrzeje odrobinę sytuację.

Cholera, żeby to tak jeszcze tylko pogoda się psuła. Jako żwawy użytkownik Internetu uczestniczę w przedsięwzięciu zwanym „facebook”. Przy takiej aurze to znakomity pomysł. Nie trzeba się nigdzie ruszać, żeby mieć kontakt ze znajomymi. Wspaniale! Mam ich ponad dwa tysiące. Mogę śledzić ich wpisy, zdjęcia, aplikacje. Cudownie! Co chwilę odświeżam witrynę głodny nowych, zapewne fascynujących wiadomości. Po kilkunastu minutach jestem znudzony i bezmyślnie przewijam kolejne obrazki, litery, twarze, nazwy, które już niewiele znaczą.

Niektórym to wystarcza. Internet jest bezpiecznym inhabitatem dla wszelkiej maści ludzi. W ciepłym pokoju można zasiąść niczym król i bezwzględnie oceniać zachowania, postawy, wygląd czy politykę. Wciśnięte „lajki” na pewno nakarmią głodne dzieci w Bangladeszu, skwapliwe komentarze wymuszą dawno zagubioną refleksję u rządzących. Przez internetowe okno o wiele łatwiej jest wylać wiadro cuchnących pomyj, niż zrobić to w rzeczywistości, w prawdziwej dyskusji twarzą w twarz.

Tak sobie myślę, żeby wybrać się na grudniowy spacer, mikołaj, prezenty, te sprawy. Chcę iść. Pomimo całego tego śnieżnego tałatajstwa. I wybieram się. A co mam się nie wybrać? Idę na krótką przebieżkę prosto do galerii handlowej. Stoję w kolejce po coś zupełnie niepotrzebnego i patrzę na ludzi. Utytłane buty, zasmarkane nosy, oczy wlepione w telefony. Przede mną w kolejce stoi młoda Azjatka i poprawia włosy dzięki użyciu tabletu. Ciach-pach, dwa przyciski i kamera wmontowana w kadłub urządzenia pokazuje jej twarz. Gdzie ja mieszkam? W jakich czasach żyjemy? Czy to już początki społeczeństwa planetarnego, które z dużym optymizmem wieścił cesarz reportażu Ryszard Kapuściński? Pisarz snuł wizje zjednoczonej ziemi, na której zasymilowane społeczeństwo wykorzystuje technologie dla dobra ludzkości i podboju kosmosu. Zwracał jednak szczególną uwagę na problem obojętności teraźniejszego i przyszłego człowieka wobec Trzeciego Świata i cierpienia innych. A tu przecież nikt w kolejce nie cierpi. Ba, nawet nie rozmawia. Nie ma ukradkowych spojrzeń, gaworzenia dzieci ani choćby bezsensownych pytań. Wszyscy wysyłają wiadomości na Facebooku, Twitterze itp. Pewnie w każdym komunikacie nie brakuje uśmiechniętych ikon. To są wręcz magiczne miniobrazki, które mają ilustrować emocje użytkownika. W kolejce nikt się nie uśmiecha. Brakuje tu zafrasowanych twarzy, poruszonych lub zmęczonych. Każda fizjonomia wydaje się płaska jak talerz. I tak właśnie jest. Nie ma już emocji na ludzkich twarzach, skoro kanalizują się w modemach i rozprzestrzeniają przez Wi-Fi. Wychodzę z kolejki i wracam do domu. Cholerny grudzień, jest tak zimno. Cytując fragment Barejowskiego klasyka: „Ja rozumiem, że wam jest zimno, ale jak jest zima, to musi być zimno. Takie jest odwieczne prawo natury”. Śnieg skrzypi mi pod butami (czy jest na to jakaś aplikacja w iTunes?), a wszędzie czuję chłód. Syf jest wszędzie i ludzie coraz bardziej paskudni. Utyskuję na świat, idąc powoli do domu. Co się z nami stało, że izolacja i ogłupiająca rozrywka zastępują nam żywych ludzi i prawdziwe życie.

Komenatrze zostały zablokowane