fbpx

Integracja: Julia

16 listopada 2016
Komentarze wyłączone
1 050 Wyświetleń

integracja-julkaJulia Grela urodziła się z czterokończynowym porażeniem mózgowym. Mimo dramatu, jaki w takich przypadkach dotyka każdą rodzinę, jej rodzice nie załamali rąk. Za wszelką cenę przy pomocy lekarzy i doświadczonych fizjoterapeutów postanowili jej pomóc. Rozpoczęła się żmudna rehabilitacja przynosząca takie efekty, jakie przy tak poważnym schorzeniu można uzyskać u małego dziecka. Ćwiczenia trwały trzy lata. I wtedy nastąpił przypadek, który nie tylko zmienił jej dalszą rehabilitację, ale i zdecydował o późniejszym życiu. Pod dom przyjechała konno koleżanka jej siostry. Julia dała się przekonać i po chwili została posadzona na grzbiecie konia w siodle przed amazonką. Powoli ruszyły. Mięśnie konia zaczęły powodować ruch jej całego ciała. Poczuła, że można inaczej ćwiczyć. Jazda spodobała się dziewczynce, a jej siostra ukończyła więc kurs hipoterapeuty i zaczęła ją uczyć. Przez kolejnych osiem lat najpierw trenowała na kucykach, a potem na większych koniach. Wreszcie, kiedy już opanowała samodzielną jazdę konną, dostała własnego wymarzonego konia. Spokojną i przyjazną dla niej kobyłę Ludkę. Potem w jej stajni w Klarowie koło Milejowa stanęły w boksach kolejne konie: Kursor, Luna, Oset i Walker. Stały się jej życiową pasją. Dzięki nim tak uparcie ćwiczyła poruszanie się, że teraz do stajni może wejść o kulach. Z pomocą drugiej osoby czyści konia i wyprowadza go z boksu. Zawsze jednak ktoś musi za nią stać, żeby się nie przewróciła, ale w jej wypadku i tak jest to niebywały sukces. Instruktorzy jeździectwa zawsze jej mówią, że nie może być jazdy konnej na sto procent wysiłku, a w innych ćwiczeniach o wiele mniej. Ma być zawsze tyle samo. Poddaje się temu. Dla swych przyjaciół, którzy ją noszą na grzbiecie i nigdy jej nie skrzywdzili – zrobi wszystko. – Koń jest naprawdę dobrym motywatorem, żeby zrobić coś więcej – stwierdza Julia. – Do konia można podejść, porozmawiać z nim i czasem się przytulić, gdy ma się gorszy dzień. Na koniu także znakomicie się ćwiczy. Przede wszystkim dlatego, że jazda człowieka z porażeniem mózgowym na koniu na oklep stanowi zamiennik jego własnego naturalnego chodu. Każdy ruch konia w stępie powoduje uruchamianie odpowiedniej partii mięśni u jeźdźca, jakby sam chodził. Nie ma lepszego treningu w takim przypadku niepełnosprawności jak mój. Dzięki jeździe konnej i opiece nad zwierzętami odnalazła w sobie siłę, która pozwala jej wytrwale dążyć do usamodzielnienia się i zabezpieczenia na przyszłość swego bytu. W szkole podstawowej, gimnazjum i liceum uczyła się wraz z pełnosprawnymi i nigdy nie odczuwała problemów związanych ze swoją niepełnosprawnością. Bardzo miło wspomina czasy liceum, gdzie jej koledzy i koleżanki byli na tyle dorośli, że nie bali się jej pomagać i wiedzieli, jak to robić. Uczestniczyła wraz z nimi w osiemnastkach, imprezach szkolnych i studniówce. Po maturze dostała się na Uniwersytet Przyrodniczy w Lublinie i jest już na trzecim roku behawiorystyki zwierząt. Po skończeniu studiów chce pracować jako dogoterapeuta. Koni i jeździectwa nie rzuci, bo to jej pasja. Ale bez pomocy innych osób nie mogłaby prowadzić zajęć z hipoterapii. Natomiast psa jest w stanie na tyle wyszkolić, że będą mogli pracować bez większej pomocy. – Każdy musi coś robić – podkreśla. – W moim przypadku jest to kolejny etap usamodzielnienia i samorealizacji. Wiem, że podobnie do mnie i innym osobom z taką niepełnosprawnością jest naprawdę ciężko, ale nie wolno się poddawać. Bo jak sami nie będziemy o nas walczyć, to nie zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie chciał walczyć z nami o nas. Nie mogłaby jednak tego wszystkiego zrealizować, gdyby nieoceniona pomoc najbliższych osób: rodziców i starszego rodzeństwa – siostry i brata. Nie pozwalają jej odpuszczać ani skracać zajęć rehabilitacyjnych. Może jednak sama wybierać sobie rodzaj tych ćwiczeń. Są kochani, bo uznają jej samodzielność w wielu codziennych sprawach i robią wszystko, żeby mogła spełniać swoje marzenia. Co osiągnęła do tej pory w życiu? – Przede wszystkim spokój – mówi i dodaje: – Już się ze sobą nie biję. Nie próbuję osiągnąć czegoś, o czym wiem, że się nie uda. Ale to, co leży w granicach moich możliwości, będzie na pewno moje. Nauczyłam się też jednej ważnej rzeczy, której niepełnosprawni nie lubią robić – prosić o pomoc. Trzeba się jednak przełamać, bo to nie jest żadna ujma. I wcale nie oznacza przegranej. Ja przecież już wygrałam. tekst Maciej Skarga foto Marek Posiadło

Komenatrze zostały zablokowane