fbpx

Kocia Kołyska. Postawione na głowie

7 lutego 2014
Komentarze wyłączone
446 Wyświetleń

Tekst Grażyna Stankiewicz

 

felietonGRA_STANok_CMYok_git2Podczas „babskiego” spotkania towarzyskiego, które odbyło się u jednej z moich znajomych, od razu zostało ustalone, że tym razem nie będzie wymiany refleksji na temat postanowień noworocznych, ponieważ połowa z nich już w lutym i tak jest nieaktualna. W ten sposób konfrontacja postanowień została zamieniona na rozmowę o absurdach dniach codziennego.

 

Inna moja znajoma, mieszkanka Chełma, wjechała ostatnio na jedno z rond w swoim rodzinnym mieście. I natychmiast o mało nie doprowadziła do kolizji drogowej, gdyż jej wzrok przykuł niecodzienny, zdumiewający, a nawet jej zdaniem przerażający widok. Mianowicie na trawie porastającej owo rondo leżał duży, czarny plastikowy worek, z którego wystawały ludzkie szczątki. Przy nieboszczyku stali konwersujący wesoło i palący papierosy policjanci. – Byłam nie tylko wstrząśnięta tragedią, jaka się wydarzyła, ale byłam też zaszokowana lekceważącym zachowaniem funkcjonariuszy. Pomyślałam: co za znieczulica zawodowa! – relacjonuje Bożena M. Widok był tak zaskakujący i przyciągający uwagę, że na chwilę zapomniała o bezpieczeństwie jazdy swojej i innych. W ostatniej chwili zahamowała, nie wjeżdżając tym samym w tył jadącego przed nią samochodu. Dopiero z mediów Bożena M. dowiedziała się o dwudniowej akcji chełmskiej drogówki, która rozrzucając manekiny na rondach, chciała w ten sposób poruszyć wyobraźnię kierowców i uczulić ich na bezpieczne kierowanie pojazdem!

 

– A o co tak naprawdę chodzi z gender? – zapytała między daniem głównym a deserem Iwona D., która o kłótni podczas posiedzenia lubelskiej Rady Miasta dowiedziała się w busie podróżującym po bezkresach Lubelszczyzny. Pasażerowie wymieniający się informacjami o „wiadomej sprawie” rozmawiali o tym zagadnieniu z dużym zaangażowaniem własnych racji. Iwona D. poczuła się nieco zdezorientowana, gdy pasażerowie busa podzielili się na dwie frakcje. Jedna z nich uważała, że ten gender to zboczeniec, a druga uznała gender za pochodną AIDS, HIV i chorób wenerycznych. Spotkanie noworoczne w najlepsze trwało dalej i trudno powiedzieć, jak to się stało, ale blisko gender pojawił się temat Jerzego Owsiaka i tegorocznej WOŚP. Może dlatego, że głośno wypowiadający się niektórzy reprezentanci naszego społeczeństwa jedno i drugie uznali za dzieło szatana. A tymczasem podczas jednego z pierwszych finałów WOŚP mama Elżbiety S. zdjęła złote kolczyki i podarowała je na licytację organizowaną przez Orkiestrę. Tata Elżbiety S. przez jakiś czas miał z tym problem, bowiem sprezentował kolczyki żonie, kiedy za wschodnią granicę woziło się na handel czosnek i kręplinę, a w wyniku międzynarodowej wymiany do Polski przywoziło się telewizory. Podejście do tematu zmieniło się, kiedy ich wnuczka trafiła do szpitala na oddział ratunkowy i była otoczona sprzętem oklejonym czerwonymi serduszkami, a mama Elżbiety S., nie mogąc ukryć wzruszenia, wyszeptała przez zaciśnięte gardło – Popatrz, Heniu, to kolczyki od ciebie… Od tej pory tata Elżbiety S. co roku wrzuca do puszki sto złotych plus każdego następnego roku nieokreślone coś ponad to, co poprzednio, a nazajutrz czeka na informacje o nowo pobitym rekordzie, jakby ten rekord zależał od tego coś. Elżbieta S., niegdyś aktywistka wszelkich akcji dobroczynnych, choć od jakiegoś czasu śledzi poczynania Orkiestry Owsiaka sprzed telewizora, gorąco wspiera swoje córki wolontariuszki. – A gdzie młodzież ma się uczyć współczucia, wsparcia i konstruktywnego rozwiązywania problemów, jak nie u Owsiaka? No gdzie? – retorycznie pyta Elżbieta S. Retorycznie, bo bardzo dobrze zna odpowiedź, i to od wielu lat.

 

Pomimo wzniosłej tematyki z akcentami społecznymi w końcu rozmowa zeszła na przyszłość wędzonek. Bowiem Joanna K. jest oburzona planami UE i tym samym koniecznością zejścia do podziemia. Joanna K., wbrew modzie i zdrowemu prowadzeniu się, należy do osób mięsożernych. W każdą sobotę przed południem nastawia garnki i piekarnik, by ulec kilkugodzinnemu amokowi smażenia, duszenia i pieczenia. Jakby tego było mało, mąż Joanny K. wyrusza w nie tak odległą podróż pod Lublin do zaprzyjaźnionej wędzarni, gdzie legalnie, oficjalnie i z wielką radością zakupuje wędzoną szynkę, która przez kilka najbliższych dni króluje na ich stole. – I co teraz ze mną będzie? – zapytuje Joanna K. z grymasem na twarzy charakterystycznym dla blondynki, która dopytuje się swojego męża, czy ten woli ładne czy mądre i słyszy w odpowiedzi: – Ani te, ani te. Ty mi się najbardziej podobasz… Chwilowo Joanna K. czeka na regulację prawną dotyczącą wędzenia wędlin, choć już teraz jest tak zdeterminowana, że niewykluczone, że Unia Europejska w tym starciu będzie bez szans.

Komenatrze zostały zablokowane