WAŻNE
Kongres Nowej Mobilności (Wrzesień 16, 2019 12:40 pm)
Rocznica zbombardowania Frampola (Wrzesień 16, 2019 12:31 pm)
Lubelskie Święto Chleba (Wrzesień 16, 2019 12:16 pm)
PIENIĄDZE ZE SŁOŃCA (Wrzesień 16, 2019 9:29 am)

Nie jestem zaklinaczem koni

29 czerwca 2014
Komentarze wyłączone
1 046 Wyświetleń

IMG_0152Wicher ma dziesięć lat. Paweł dwadzieścia dwa. Od siedmiu lat są przyjaciółmi. Mają do siebie zaufanie i nie ma dnia, żeby nie jeździli razem wokół Pszczelej Woli i nie wymyślali nowych sztuczek. A to Wicher, niosąc Pawła na swoim grzbiecie, wskakuje na samochodową platformę i dumnie prezentując sylwetkę, pozwala się przewieźć w odległe miejsce. A to znowu kładzie się potulnie na trawę w plenerze czy też na piach w zamkniętym halowym parkurze i nie przejmuje się tym, że Paweł wykorzystuje go jako świetne miejsce do chwili własnego odpoczynku. Wspólnie skaczą przez ogień, przebijają tekturową ścianę i dają się zamknąć w drewnianej skrzyni, czego nikt przed nimi w Polsce do tej pory nie robił.

 

Kiedy trzeba dotrzeć na piętro jakiegoś budynku, wchodzą do towarowej windy i spokojnie dają się przewieźć temu wynalazkowi, który dla konia jest czymś absolutnie abstrakcyjnym i wywołującym traumę. Tak samo jak przemieszczanie się przyczepą lub koniowozem. Pamiętajmy, że koń z natury jest dziki i przyzwyczajony do otwartych przestrzeni. Tym bardziej zdumiewa, co ten duet razem może. Jeśli chcą chwilę odpocząć, zwłaszcza w plenerze, Wicher opuszcza zad do ziemi, robi dostojną stójkę na przednich nogach, a Paweł opiera się na nich plecami i w takiej pozycji mogą poddać się nawet krótkiej drzemce.

– Tu nie ma nic z magii – przekonuje Paweł Jachymek. – Przyjęło się, co prawda, że ktoś, kto robi z koniem coś niewyjaśnionego, to zaklinacz. A tak nie jest. Tu działają moje wiedza, doświadczenie i znajomość jego natury. Spokojem, konsekwencją i cierpliwością można konia nauczyć wielu rzeczy. Nawet na przekór jego naturze. Trzeba być tylko jego przyjacielem i nie traktować go rzeczowo, jak przedmiot. Mój koń przez lata wspólnych ćwiczeń zorientował się, że z każdej sytuacji, zwłaszcza tej wbrew jego naturalnym odruchom, wychodzi cało i dlatego absolutnie mi ufa. Pamiętam moją wielką radość, kiedy po raz pierwszy udało mi się nauczyć go leżenia. Wtedy wyleciałem z hali i krzyczałem ze szczęścia. Przecież spełniło się jedno z moich marzeń. Mimo tego, że w tej sytuacji odebrałem mu instynktowną formę obrony, jaką jest ucieczka.

 

Alfabet gestów

 

IMG_0063Kiedy mówi o koniach, a zwłaszcza o swoim Wichrze, zmienia się jego wyraz twarzy. Od razu wiadomo, że konie są treścią jego życia. A zaczęło się rodzinnie i pokoleniowo. Dziadkowie mieli konie. Jego ojciec Wojciech Jachymek już w siódmej klasie trenował jazdę konną w Lubelskim Klubie Jeździeckim. Potem skończył weterynarię w Lublinie, prowadził hodowlę kuców felińskich, wyhodowanych przez prof. Ewalda Sasimowskiego, a obecnie od kilku lat wspólnie z dyrekcją Liceum w Pszczelej Woli realizuje swój projekt prowadzenia klasy jeździeckiej. Z nieukrywanym rozrzewnieniem wspomina swojego sześcioletniego syna, który zanim poszedł do przedszkola, zrywał się wcześnie rano i biegł do stajni, aby nakarmić lub napoić kuce. Wtedy też Paweł po raz pierwszy zaczął je dosiadać. Będąc jeszcze w podstawówce i gimnazjum w Bychawie, trenował na koniach sportowych skoki przez przeszkody. Kończąc Liceum w Pszczelej Woli, zaprzestał kariery sportowej. To wtedy zaprzyjaźnił się z trzyletnim Wichrem i oddał się całkowicie jego szkoleniu. Obecnie studiuje na Wydziale Turystyki i Rekreacji Uniwersytetu Przyrodniczego w Lublinie. Jednak po upływie lat ciągle wraca do swoich początków szkolenia Wichra.

– W tamtych latach – opowiada Paweł – moim guru jeździeckim był amerykański trener koni Monty Roberts. Czytałem jego autobiografię, a w niej m.in, jak obserwując mustangi w Newadzie, opracował swój system naturalnego treningu koni oparty na gestykulacji ich ciała i dostosowania do nich własnych gestów. Przeczytałem ją chyba sześć razy, a zwłaszcza opis sposobu oswajania na wolności dzikiego konia. Roberts za dzikim mustangiem potrafił jechać nawet trzy dni. Widział, jak się zachowuje i ucieka. Cierpliwie jednak zbliżał się do niego i przyzwyczajał do swojej obecności. Aż w końcu mustang dał się podejść, osiodłać i można było już na nim jechać.

Rodzinne zamiłowanie do koni oraz własne doświadczenia w kontakcie z nimi sprawiły, iż Paweł może śmiało powiedzieć, że je rozumie i zna ich alfabet gestów. Doskonale wie, że mają bardzo rozwinięte: wzrok, słuch i węch. Nawet czują to, co jedliśmy tuż przed wejściem do stajni. I jeśli kogoś nie znają, a poczują, że jego daniem było mięso, bywa, że chcą uciec, myśląc, iż ten, kto do nich podchodzi, jest drapieżnikiem.

Zawsze bierze pod uwagę to, że koń widzi prawie na przestrzeni 360 stopni, czyli także do tyłu. Notuje i zapamiętuje wszystkie obrazy. Pozytywne i negatywne, których nigdy nie zapomina, co ułatwia mu decyzję o ucieczce w razie ataku i pomaga przetrwać. Zdaje sobie sprawę z tego, że te zwierzęta w kontakcie z człowiekiem świetnie odbierają naszą energię. Czują np. jaki jeździec ma nastrój. Jeśli jest zły, to i koń od razu jest pobudzony oraz nieufny. Kiedy człowiek zachowuje się spokojnie, konie bez problemu poddają się jego poleceniom. Prawdziwe jest więc powiedzenie, że koń w swoim zachowaniu jest odzwierciedleniem jeźdźca i z jego postawy można wyczytać, jakim człowiekiem jest ten, kto go dosiada.

Paweł wie także, że z jednej strony konie darują człowiekowi drobne błędy. W odróżnieniu od mułów, które nigdy ich nie zapominają i nie wybaczą. Z drugiej jednak strony, jeśli ktoś nieodpowiedzialnie i niesprawiedliwie skrzywdzi konia, to ten, nawet po kilku latach, najprawdopodobniej rozpozna go po zapachu i mu odda. Ot, po prostu zdzieli go kopytami lub ugryzie.

Natomiast na pytanie, czy kiedykolwiek pokłócił się ze swoim koniem, odpowiada: – Bywało. I wtedy Wicher nawet się na mnie obrażał. Zrywał się i uciekał. W takiej sytuacji cóż – skuteczny był tylko kompromis z obu stron. Także i ja musiałem w czymś ustąpić. A nawet, nie ukrywam, przekupić go daniem mu chwili spokoju, aby mógł nacieszyć się soczystą trawą lub smaczną karmą w boksie. Ot, jak w życiu. Ale potem mówiłem tak po prostu: – Wicher idziemy na trening – i wracaliśmy do wspólnych zajęć.

 

Zaufanie

 

IMG_0077Koń od wieków w swojej psychice ma zakodowane dwa cele: przetrwać, aby żyć i się rozmnażać. Od momentu przyjścia na świat musi się więc nauczyć np. odróżniać, czy wysoka trawa rusza się dlatego, że czai się w niej drapieżnik, czy też tylko kołysze nią podmuch wiatru. W pierwszym przypadku natychmiast ucieka, gdyż jest to jego najlepsza linia obrony. W drugim zaś spokojnie skubie swoje ulubione danie. Jest zatem, wbrew potocznej opinii, zwierzęciem dość płochliwym. I bardzo trudno sprawić, aby cokolwiek zrobił wbrew swoim nawykom. Kiedy jednak dokładnie się go pozna i zdobędzie się jego zaufanie, do wielu rzeczy da się przekonać. Na początku więc Wicher każdy nowy element ćwiczy w niewielkim pomieszczeniu o średnicy 15–20 metrów, gdzie można dookoła biegać, ale nie można stamtąd uciec. Po pewnym czasie orientuje się jednak, że nic złego tu się nie dzieje. I wtedy obniża swój łeb, strzyże uszami i podchodzi do Pawła, dając znak, że ulega propozycji swego przyjaciela.

– Schematów w pracy z koniem oczywiście nie ma – mówi Paweł. – Ale pewne sposoby trzeba sobie wypracować. Na przykład na początku szkolenia kładę mu pod nogi szeleszcząca folię. Chcę, żeby na nią wszedł. Oczywiście się zapiera, bo się boi. To jest coś, czego nie zna w naturze. Po kilku chwilach cierpliwej namowy wreszcie na niej staje. A kiedy przejdzie po niej kilka razy i poczuje, że to nie robi mu żadnej krzywdy, nic go nie zjada i jest cały, dalej będzie chodził po niej już na luzie. Albo inny element. U mnie koń w trakcie pokazu np. jednocześnie podskakuje do góry na czterech nogach. W naturze staje dęba na przednich albo kopie tylnymi i ten odruchy trzeba było połączyć. Po wielu treningach wyszło nam. Ale jak do tego doszliśmy obaj – nie zdradzę i szczegóły zachowam dla siebie.

Konie będą ze mną na zawsze

 

IMG_0192Oto wielka przyjaźń człowieka i konia. Absolutne wzajemne zaufanie. Dowodem zaś na to, jak twierdzi Paweł, jest chwila, w której Wicher pozwala się pogłaskać po czole między oczami. Wtedy bowiem przez moment ma zasłonięty wzrok i nie bardzo widzi. A to znaczy, że w pełni mu ufa.

– Od koni na pewno nie odejdę – podkreśla Paweł. – Będą ze mną na zawsze. Siadam na konia i czuję wyzwolenie od dnia codziennego. Każdy kontakt z nim uczy mnie przy tym szalonej odpowiedzialności za siebie i konia. Zarówno w czasie jazdy, jak też i w trakcie karmienia, pojenia i czyszczenia w stajni. Praca z koniem uczy wielkiego spokoju i to przeniosło się na moje życie. Czy Wicher mnie lubi? Tego jeszcze, co prawda, mi nie powiedział. Ale gdy tylko podchodzę do niego, skłania łeb w moim kierunku. Stąd wnoszę, że pewnie tak.

Niewątpliwie lubią się nawzajem, a wniosek z tej ich siedmioletniej historii może być tylko jeden: Nie każdy musi mieć konia, ale jeśli już go ma, niech go do wielu rzeczy nie zmusza na siłę. Trzeba się z nim dogadać, łącząc ludzką wrażliwość ze znajomością sygnałów, jakie wysyła do nas to zwierzę, którym tak bardzo często się zachwycamy.

 

Tekst Maciej Skarga

Foto Krzysztof Stanek

Varia:

Pojawił się na ziemi 75 milionów lat temu. Wyginął 10 milionów lat później. Nazywał się Condylarthra. Miał po pięć palców u każdej z czterech nóg. Był niewielki w wyglądzie, ale wielki w historii, którą tworzył. Od niego bowiem zaczął się ród koński, który dziś wyróżnia się wśród zwierząt i zadziwia swoim pięknem ruchu. Z jego genów wywiódł się Eohippus (w tłumaczeniu z greki – Koń Jutrzenki) praprzodek współczesnego konia. A potem w wyniku ewolucji około 10 milionów lat temu pojawił się Pliohippus. Miał już 120 cm wysokości w kłębie. Był pierwszą formą jednopalczastą. Żył na sawannie i powoli przeobraził się w Equusa caballusa, który swoim wyglądem niewiele odbiegał od koni znanych nam obecnie. Początkowo pierwotni ludzie polowali na konie, traktując je wyłącznie jako pożywienie. Ale już około dziewięciu tysięcy lat temu zaczęto je oswajać, wykorzystując jako zwierzęta juczne, pociągowe i wierzchowe. Historia mówi, że udomowienia konia ostatecznie dokonali Chińczycy, a po nich Hindusi. Od tego momentu stał się nie tylko zwierzęciem użytecznym, ale powoli zaczęto także doceniać jego szlachetną sylwetkę i poza Egiptem, w którym wtedy traktowano go wyłącznie jako zwierzę pociągowe, wybijano jego wizerunek na monetach.

 

Komenatrze zostały zablokowane