fbpx

Kocia kołyska: Z pudełkiem po butach

23 grudnia 2015
Komentarze wyłączone
663 Wyświetleń

Fekieton 111Miał wyłupiaste oczy i pływał w wannie dobre trzy dni przed Wigilią. Trudno było skupić się na czymkolwiek innym w łazience, kiedy patrzyły na ciebie te chłodne oczy. Unicestwienie ryby było zbyt wielkim przeżyciem dla Ojca, którego wrażliwość w te dni sięgała zenitu, więc sprawę załatwiała Mama. W punkcie dowodzenia akcją, jaką była kuchnia (wyjęta na czas przedwigilijny spod prawa), do której zachodziło się niby przypadkiem, żeby podkraść ze stołu posiekane już, a wcześniej cudem zdobyte migdały, albo uszczknąć z miski masy do makowców, rozkładała na kuchennym parapecie stare numery „Głosu Wybrzeża”, a obok kładła tasak i ostre noże. Przez na wpół zamknięte drzwi było widać, jak ryba, leżąc płasko na gazecie, łapiąc pyszczkiem powietrze, przewraca oczyma. Nikt z nas nigdy nie był świadkiem tego, co zdarzało się później, wchodziliśmy do kuchni, kiedy było już po wszystkim. Śmierć karpia znaczyła mniej więcej tyle, że rozpoczęło się prawdziwe odliczanie do pierwszej gwiazdki. Smak białego mięsa i delikatna chrupiąca skórka pozwalały zapomnieć o kuchennej egzekucji na cały następny rok. Nikomu wtedy nie przeszła przez myśl ani idea humanitarnej śmierci, ani też ideowy wegetarianizm. Tylko spojrzenie karpia zostawało w głowie.

Za to duchowym symbolem przedświątecznej zadumy były roraty punkt 6.30, po których szło się do oddalonej o kilkadziesiąt metrów szkoły. Zimy były wówczas srogie, a maszerując na poranną mszę, słyszało się trzask śniegu pod butami, tak zmrożonego, że całą drogę przechodziło się niemal suchą podeszwą. Świat generalnie wyglądał o tej porze nieco inaczej. Ulice spowijały ciemności, paliła się co któraś lampa, a wśród niewielu mijanych dorosłych osób był mleczarz, który pchał przed sobą metalowy wózek brzęczący butelkami. Był w tak nieokreślonym wieku, że jeśli pochodził stąd, mógł pamiętać zimy z czasów Wolnego Miasta. Kiedy zniknął w ciągle ciemnej uliczce, tej samej, przy której vis-à-vis starej piekarni stała niewielka drewniana budka, w której bardzo już starzy państwo Puskarczykowie sprzedawali warzywa, owoce i najlepsze pod słońcem ciepłe lody, a obok stały poniemieckie domy z napisanym na skrzynkach pocztowych słowem Briefe, tornister ciążył na plecach coraz bardziej, lewa ręka z coraz większym trudem ciągnęła materiałowy worek na kapcie z juniorkami, a głowa coraz bardziej grzała się w wełnianej czapce i kapturze z futerka z królików. Za to prawa ręka dumnie niosła lampion. Zrobiony z pudełka na buty z wyciętymi nierówno otworami w kształcie okien podklejonymi od środka kolorową bibułą. Na samym środku przyklejona była plastelina, a w niej tkwiła podebrana z pudła na bombki kręcona niewielka biała świeczka z ubrudzonym knotem. Żeby było wygodniej, pudełko nosiło się jak wiaderko, trzymając za drut. Wszystko było w porządku do chwili, kiedy lampion nie znalazł się w środku kościoła. W ciemnym początkowo wnętrzu stały dziesiątki dzieciaków z jaśniejącymi od środka kartonami po butach. Wosk lał się strumieniami, ubrania się plamiły, palce się kleiły, a nad głowami unosił się charakterystyczny zapach, trochę jak w Zaduszki na cmentarzu. I pomyśleć, że kilkuletnie dzieci same chodziły przed świtem, same taszczyły ciężkie tornistry i na dodatek używały zapałek.

Skończyły się roraty, nastał dzień wigilijny. Od rana domowa krzątanina, ostatnie porządki i cudowny zapach świątecznego drzewka ze świeczkami zamiast lampek i gotującego się kisielu z żurawin. Już jest uroczyście i podniośle. No i ścisły post. I jeszcze przedświąteczny spacer, tak aby Mamie nie przeszkadzać w ostatnich chwilach przed szykowaniem wieczerzy. Jednak Wigilia 1974 roku zapisała się w historii rodziny nie wyjątkową domową atmosferą, tylko rekordowo długim spacerowaniem. Ojciec, który nie lubił za dużo chodzić, a miał wilczy apetyt, obrał azymut na najlepszą w mieście węgierską restaurację. Na pierwsze danie zupa gulaszowa w kociołku, na drugie kluseczki kładzione ze zrazikami, no i deser – naleśniki z orzechami i okazała brzoskwinia polana gorącą czekoladą. Spacer zakończył się niedługo przed pierwszą gwiazdką. Podobno barszcz z uszkami smakował tego wieczoru wybornie. Jak nigdy przedtem.

Grażyna Stankiewicz

Komenatrze zostały zablokowane