WAŻNE
Studio/Pracownia (Maj 21, 2018 9:19 am)
Fotele, krzesła i taborety (Maj 17, 2018 2:44 pm)
Jolanta Kwaśniewska w DPS w Lublinie (Maj 16, 2018 1:12 pm)

W odcieniach szarości

14 maja 2018
78 Wyświetleń

tekst Iza Boguta

foto Anna Syrota

 

– Przedzieram się przez szare, gęste pnącza, czepiają się moich nóg, brnę przez nie z wielkim trudem – mówi Justine, bohaterka filmu „Melancholia” Larsa von Triera. Leży wciśnięta w poduszkę, w sukni ślubnej, wokół trwa najpiękniejsze z możliwych przyjęć weselnych. Stare zamczysko kipi światłem świec i zapachem białych kwiatów, a zaproszeni goście z coraz większym zdziwieniem patrzą na zniknięcie panny młodej. Powinna być szczęśliwa, czyż nie?

 

Przyczyny pojawienia się depresji są różne i właściwie niedookreślone. Pojawić się może jako wynik ciężkich doświadczeń życiowych, utraty bliskiej osoby, rozwodu, niepowodzeń w życiu zawodowym, wystąpienia ciężkiej choroby. Ale są też takie depresje, które pojawiają się znikąd, często w dobrym, spokojnym życiu. Takie osoby, które wycofują się z codzienności i z nikomu niepojętych powodów zaczynają widzieć swoje życie w ciemnych barwach, spotkać łatwo, a bardzo trudno zrozumieć i ocenić jako cierpiące. Częściej z narastającą irytacją ocenia się je, że zaczynają dziwaczyć, wyolbrzymiać, mówi się, że przesadzają, że nie wiadomo o co mu/jej chodzi. Statystycznie rzecz biorąc, przydarzyć się to może każdemu z nas, bo nie ma ani wieku, ani statusu społecznego, ani płci, która byłaby wolna od ryzyka zaburzeń nastroju.

 

Na początku, w środku i na końcu – melancholia

 

Depresja, zwana do niedawna melancholią, według prognoz Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) będzie do 2020 roku drugą, a już w 2030 roku pierwszą, najpowszechniejszą chorobą na świecie. Obecnie cierpi na nią 350 mln osób, w Polsce około 1,5 mln, czyli mniej więcej tyle, ile mieszka w Warszawie. Statystycznie najliczniejszą grupą są ludzie w wieku 20–40 lat, czyli w wieku produkcyjnym, co powoduje, że koszty ekonomiczne tej choroby są duże, szacowane na około 1 trylion dolarów na świecie i około 2 mld złotych w Polsce w   

ujęciu rocznym. Dawniej kategoryzowało się depresję na egzogenną, czyli taką, której przyczyny leżą „na zewnątrz”, i endogenną, uwarunkowaną wewnętrznymi procesami biologicznymi.

 

We współczesnych klasyfikacjach nie stosujemy tego podziału. W dzisiejszej medycynie mówi się o czynnikach ryzyka, nie ma sytuacji zerojedynkowej. W przypadku depresji ważne jest nasze uposażenie genetyczne, dzieciństwo – styl wychowania, relacje z rodzicami, predyspozycje osobowościowe, takie jak woundability, czyli podatność na zranienia, czy tak zwana prężność psychiczna oraz czynniki środowiskowe, na przykład to, czy mieszkamy na wsi, czy w dużym mieście, czy kulturowe – mówi dr Andrzej Kapusta, psychiatra i filozof, kierownik Katedry Antropologii Kulturowej Wydziału Filozofii i Socjologii UMCS.

 

Marta, lublinianka, wracając z pracy, zatrzymuje się w restauracji, żeby zjeść coś przed treningiem. – Muszę dwa razy w tygodniu zmęczyć się do granic wytrzymałości, to mnie jakoś mobilizuje i oczyszcza ciało i głowę. – Patrzy, jakby próbowała zgadnąć, czy rozumiem, o co chodzi. – Bo ja ciężko znoszę życie, odbieram świat jakby za mocno, jego niedoskonałości wżerają się w moją wrażliwość za intensywnie. Niby wiem, że nic nie jest idealne, ani ludzie, ani ja, ale mimo to cierpię, ilekroć się o tym przekonuję. Odczuwam, jakby mój układ nerwowy nie miał izolacji, otuliny. Marta odkłada menu i czeka na kelnera. Na twarzy ma spokój, ale szczupłe palce dłoni skubią skórki wokół paznokci. – Coraz mniej czułam sens tego wszystkiego. Czułam, jakby w kółko grała ta sama taśma. Mówiłam życiu – sorry, ja już to znam, ja już to widziałam, i wycofywałam się w głąb siebie. Czekałam na starość i śmierć. Chciałam się rozpaść na kawałki i zniknąć. To było jakieś trzy lata temu. A na zewnątrz miałam całkiem fajne życie. Dlatego jako osoba, której zawsze stawiano za wzór bycie rozsądną, cierpiałam dodatkowo. Wstydź się. Wstydziłam.

 

Epidemia

 

Jeżeli pytać, skąd ta „epidemia depresji”, to mamy cały szereg hipotez – wyjaśnia dr Andrzej Kapusta. – Wpisuje się ona w ciąg przemian społeczno-kulturowych, które powodują, że życie staje się trudniejsze. Coraz więcej ludzi żyje w miastach, prowadzi intensywne życie, zmieniła się struktura rodziny, znikła społeczność wielopokoleniowej rodziny. Do tego dochodzi wymóg nieustannej gotowości i dyspozycyjności i próba dorównania ideałom lansowanym przez współczesny świat. Drugim elementem „epidemii depresji” jest to, że mamy coraz większą świadomość i skłonność, żeby szukać wyjaśnień zmian naszego nastroju, nastawienia do świata w obszarze psychologii i medycyny i zwracać się z pytaniami do ekspertów – psychologów, psychoterapeutów, lekarzy, psychiatrów.

Chociaż świadomość społeczna depresji rośnie, to wciąż wystąpienie zaburzeń nastroju i podjęcie decyzji o skorzystaniu z pomocy lekarza obciążone jest bagażem lęku i złych stereotypów.

 

Pokutuje przekonanie, że do psychiatry chodzić nie warto. Ludzie obawiają się, że gdy ich ktoś zobaczy, gdy informacja o ich wizycie u psychiatry wyjdzie na jaw, przylgnie do nich łatka wariata, opinia człowieka nie do końca normalnego, a to wiąże się z wykluczeniem ze społeczności – mówi Sebastian Sojczuk, doktor nauk medycznych, specjalista psychiatra. Wizyta w gabinecie psychiatrycznym odbierana jest także jako „przyznanie się” do tego, że nie radzimy sobie z życiem, że nie nadążamy w wyścigu szczurów, a jest to dziś synonimem porażki. – Drugą barierą utrudniającą podjęcie leczenia jest niewystarczająca ilość psychiatrów. Zwykle na wizytę trzeba czekać kilka tygodni, bez względu na to, czy mówimy o przychodni prywatnej, czy państwowej. W związku z tym duża część osób z zaburzeniami nastroju, która powinna być objęta pomocą lekarską, szuka rozwiązania na własną rękę, między innymi na forach internetowych, gdzie przeczytać można największe głupstwa.

 

Marta: – Na drzwiach gabinetu nie było tabliczki „psychiatra”, więc oczekiwanie w kolejce nie było takie okrutne. Lekarz był młody, zadał sporo pytań. Dostałam dwa rodzaje malutkich tabletek. Odtąd towarzyszyły mi każdego dnia. Życie stało się znośne.

 

Brak motywacji

 

Zbyszek jest właścicielem firmy z branży reklamowej. Żeby w skrócie opisać styl tej pracy, opowiada dowcip – w agencji reklamowej siedzą pracownicy, wybija 16, jeden z nich zabiera telefon, wyłącza komputer, pakuje torbę, reszta patrzy na niego jak na wariata, a on na to – no co, na urlopie jestem. Kiedy zaczęła się u niego depresja, jego firma była w czołówce tego typu firm w mieście, nie chce mówić, w jakim. Nic się w sumie nie wydarzyło. Obroty szybowały, kilku grafików i on sam pracowali od świtu do nocy. Może za rzadko dawał sobie wolne. Może pomału pukały do drzwi długi, Urząd Skarbowy robił się coraz bardziej nachalny. Faktycznie miał za co, bo jak mówi Zbyszek – im bardziej ma pieniądze, tym bardziej ich nie ma, a łatwiej odmówić sobie zapłacenia podatku, niż kupna nowego gadżetu. Pasje potrafiły zeżreć nawet bardzo przyzwoite dochody.

 

Jak się to zaczynało, to sam nie wiedziałem, że coś się dzieje. Ryczałem. Dlaczego? Bo mi było źle. Ale nie umiałem zdefiniować powodu. Potrafiłem oglądać film i się rozryczeć, bo piesek w filmie był głodny. Potem pojawił się lęk, paraliżujący strach, abstrakcyjny. Do firmy wpadałem coraz rzadziej, pokręciłem się chwilę, wracałem do domu, spać, leżeć. Na utrzymywanie relacji z klientami absolutnie nie miałem sił. Na szukanie nowych, tym bardziej. Siadałem do pracy i nic nie wchodziło mi do głowy, nie potrafiłem przebrnąć przez nowy kontrakt, skupić się na treści.

 

Kiedy przez dłuższy czas czujemy brak motywacji, negatywnie postrzegamy siebie, otoczenie i przyszłość, czujemy się ciągle zmęczeni, bez siły na nic, spadła nam koncentracja, to mogą to być objawy depresji – tłumaczy doktor Sojczuk
i zwraca uwagę, żeby nie bagatelizować takiego stanu, bo po pierwsze znacznie obniża on jakość naszego życia, a po drugie, jest to po prostu niebezpieczne – w przypadku zaostrzenia mogą pojawić się myśli o definitywnym rozwiązaniu problemów, którym jest po prostu samobójstwo. Porady można szukać u psychologa, można pójść wprost do psychiatry bądź do lekarza pierwszego kontaktu. W niektórych przypadkach pomocna i wystarczająca będzie psychoterapia, w stanach średniej depresji dobrze jest włączyć leczenie farmakologiczne.

 

Dysponujemy dziś dużą ilością leków przeciwdepresyjnych i co najważniejsze, są to leki skuteczne, pomagają w niemal 75 procentach przypadków, dobrze tolerowane, dające niewiele lub wcale powikłań, które można stosować długi czas. Tak jak przy innych schorzeniach, w skrajnych przypadkach stosuje się hospitalizację. Wśród procedur stosowanych w stanach głębokiej depresji są nadal elektrowstrząsy i jest to zabieg bardzo skuteczny, szybko przynoszący poprawę, przebiega w znieczuleniu całkowitym i po podaniu leków zwiotczających, więc nie ma w sobie nic z traumatyczności słynnej sceny z „Lotu nad kukułczym gniazdem” uśmiecha się dr Sojczuk.

 

Pomoc jest możliwa

 

Jeżeli ktoś mnie pyta, jak można pomóc osobie z depresją, to odpowiadam – wziąć za fraki i zawlec do lekarza! Mieszkam w dużym mieście, można tu być anonimowym, ale do psychiatry pojechałem do miasta oddalonego o sto kilometrów. Tak się tego wstydziłem i bałem reakcji ludzi. W mojej robocie wszystko zależy od relacji z ludźmi. – Pies leżący u stóp Zbyszka doprasza się pieszczot. Na biurku stoją fotografie z wyjazdów, rajdów – samochody, adrenalina, przygoda – i ślubne. – Gdyby nie jej obecność, nie wiem, jak bym to przeszedł. W ogóle nie wyobrażam sobie takiej sytuacji, że ktoś jest sam, nie ma nikogo i musi sam przez to przechodzić. Pewnie by mnie tu już nie było.

 

Wsparcie osób bliskich jest niezastąpionym elementem wychodzenia z depresji. Dobre, zdrowe, silne relacje z bliskimi działają jak bufor w przypadku myśli samobójczych. Czasem to właśnie ze względu na ich los czy ból chorzy odpędzają myśli samobójcze bądź podejmują leczenie. A bycie bliskim, rodziną czy przyjacielem osoby cierpiącej na depresję nie jest łatwe. Cechą tej choroby jest to, że się cierpi, a cierpi się na ogół nieładnie, egocentrycznie, agresywnie. Do tego dochodzą zaniedbania, bo choroba demotywuje i odbiera sens nawet wielkim
i ważnym rzeczom, nie mówiąc o codziennej krzątaninie – samochód bez przeglądu technicznego, niepoprasowane ubrania wysypujące się z szafy, sterty zaległych faktur do popłacenia. Weź się i zrób coś z tym, poczujesz się lepiej. Dlaczego tak siedzisz? Myślisz tylko o sobie i tej swojej depresji. Może łatwiej zrozumieć i wybaczyć te stany, gdy wie się, że depresja nie jest chandrą ani złym nastrojem, ani – przede wszystkim – wymysłem. Depresja jest chorobą, jej biochemiczny mechanizm polega na zaburzeniu metabolizmu neuroprzekaźników, takich jak serotonina, dopamina, noradrenalina i inne. W mózgu znajdują się ośrodki kontrolujące nastrój, a prawidłowy przepływ impulsów i informacji między nimi odpowiada za stabilność nastoju człowieka. Prawidłowy przepływ impulsów zapewniają właśnie neuroprzekaźniki. W sytuacji gdy ich metabolizm i poziomy są zaburzone, może dojść do wystąpienia depresji. Zastosowanie leków przeciwdepresyjnych powoduje stabilizację poziomów neuroprzekaźników, a w następstwie ustępowanie objawów depresji.

 

Pod wpływem bliskich osób przestałam po trzech latach brać leki – opowiada Marta. – Mówili mi, że miłość mnie wyleczy, że nie można tak ciągle być „na chemii”. Tabletki wylądowały z dnia na dzień w śmietniku. Dwóch miesięcy, które po tym nastąpiły, właściwie nie pamiętam. Ciągłe odsuwanie od siebie czegoś przeraźliwie wielkiego, ciężkiego i ostatecznego. W pracy histeryzowałam i trzaskałam drzwiami, bo nikt mnie nie rozumiał i nie doceniał. Znajomi zniknęli, bo przestałam się w ogóle z nimi kontaktować. Pewnie myśleli, że zajęłam się swoim życiem. Książki przy łóżku zarosły kurzem, bo po trzech zdaniach byłam zmęczona. Kwiaty rozkwitały, a ja się dziwiłam, jaka ta przyroda głupia. Nikogo nie lubiłam i pewnie nikt nie lubił mnie. – Marta ukrywa pod powiekami oczy pełne łez. Dodaje, że jej stan, jej brak entuzjazmu odbił się negatywnie na nowym związku. Najlepsze miesiące spędzili w cieniu jej depresji. – W moim przypadku leki działają bardzo szybko. Biorę je znowu. Szukam dobrego psychoterapeuty. Muszę się nauczyć radzić z życiem, żeby tak nie bolało, żeby znosić życie lżej i pogodzić się z tym, że najlepsze już za mną – dodaje Marta.

 

Jestem ambasadorem leków, uważam, że tak jak kogoś boli kolano, to tak samo może boleć mózg i ten mózg trzeba leczyć lekarstwami tak jak wszystko inne. W dzisiejszym świecie, przy dzisiejszym trybie życia, leki na mózg też są, kurde, potrzebne. A potem, jak już jesteśmy ustabilizowani na fajnych lekach, to trzeba się zastanowić, czym ten mózg zmusiliśmy do ucieczki w depresję. Bo tak ją postrzegam, jako reakcję organizmu na jakieś nasze przegięcia. – Zbyszek odstawia kubek po kawie, gaśnie monitor na biurku. – Jadę do ojca, będziemy palić ognisko i gadać o swoim życiu, nie robiliśmy tego ze czterdzieści lat.

 

Zostaw komentarz