fbpx

Człowiek na torach

6 lutego 2016
Komentarze wyłączone
1 059 Wyświetleń

DSC_2334 Kiedy tylko ma wolną chwilę, idzie na lubelski dworzec i o piątej dwadzieścia rano wsiada do pociągu. Ma ze sobą statywy, aparat fotograficzny i kamerę. Jedzie na swoje ukochane Roztocze. Wysiada na jednej z niewielkich stacyjek, ale nie zatrzymuje się na niej. Ścieżką, zazwyczaj wydeptaną przez okolicznych mieszkańców, wędruje wzdłuż torów kilka, kilkanaście, a bywa, że i ponad dwadzieścia kilometrów. W pewnym momencie zatrzymuje się. Rozgląda się uważnie po otaczającym go roztoczańskim plenerze. Z uwagą obserwuje łuk kolejowego torowiska wyłaniający się z lasu. Jest pewny, że wybrał miejsce najbardziej odpowiednie do fotografii. Rozstawia sprzęt i czeka. Wie, że niebawem jakiś skład pociągu pojawi się wśród pagórków. I rzeczywiście jest. Toczy się dumnie za lokomotywą i powoli zbliża się po szynach. Mija go i żegnając się z nim sygnałem dźwiękowym, powoli znika w perspektywie toru. Te kilkadziesiąt sekund wyjątkowego obrazu pozostaje jednak na zawsze zanotowane w kadrze.

– Dla mnie moment robienia takiej fotki jest szalenie ekscytujący – mówi. – Kiedy widzę pociąg, wagony ze stukotem kół pędzące za lokomotywą i przestrzeń torów, wtedy mam jedyną myśl – jak najszybciej zanotować ten obraz aparatem. Fascynują mnie te tony żelastwa przemieszczające się tak szybko, jakby nic nie ważyły. Kolej jest dla mnie czymś wyjątkowym.  

Pewnej wiosny, w trakcie jednej z takich wędrówek, udała mu się rzecz niezwykła. Jedyna w jego kolejowym albumie. Z niewielkiej stacji położonej niedaleko Zamościa ruszał w drogę długi i ciężki skład pociągu. Nad spalinową lokomotywą kłęby dymu. Koła obracają się, jakby coś je zatrzymywało w miejscu. Powoli, metr po metrze, pokonują tor. Jego aparat pracuje klatka po klatce. I kiedy już w domu przyjrzał się tym fotografiom, odniósł wrażenie, że nie tylko są to obrazy notujące pociąg w plenerze. Nie można było bowiem oderwać od nich wzroku. A poruszona wyobraźnia wyzwalała wyraźne odczucie mocy lokomotywy, która potrafiła pociągnąć o wiele więcej ton w wagonach niż sama waży.

Zapach pary

DSC_2438Krzysztof Jesionek już od urodzenia miał zawsze blisko do kolei. Jego dziadek był zawiadowcą na niewielkiej stacji kolejowej w Świdniku. Zbudowana w latach 1905–1914 z czerwonej cegły do lat sześćdziesiątych była głównym dworcem dla Adampola i Świdnika. Teraz została zaadoptowana na mieszkanie. Nie wszystkie pociągi zatrzymywały się na niej, ale niektóre tak zwalniały, że z powodzeniem można było na tym przystanku zeskoczyć z ich stopni. Dziadek pełnił tam służbę w czasie okupacji.

Rodzice Krzysztofa także są związani z pracą na kolei. Mama w DOKP w Lublinie. A tata jako automatyk na stacji Lublin-Tatary. Zajmuje się urządzeniami sterowania ruchem kolejowym. Dba o to, żeby pociągi jeździły bezkolizyjnie. To on, przede wszystkim, pokazywał synowi, czym jest kolej. Niejednokrotnie zabierał go na swoją stację. Stamtąd Krzysztof obserwował pociągi i samotnie przejeżdżające lokomotywy. Wielokrotnie spacerowali także w okolice żelaznych mostów kolejowych niedaleko ulicy Diamentowej nad Bystrzycą. Oglądali przejeżdżające tamtędy pociągi. Wtedy jeździły jeszcze dawne zasłużone parowozy, ciągnąc wagony, które już dzisiaj można tylko zobaczyć na muzealnych bocznicach w skansenach kolejnictwa. Nie mieli daleko. Mieszkali w osiedlu kolejarzy przy ulicy Nowy Świat w Lublinie, która ciągle jest ich dzielnicą.

DSC_2403Młody Krzysztof bardzo często, zwłaszcza jako kilkunastolatek, biegał z kolegami na lubelski dworzec. Wzniesiony w 1877 roku dla połączenia Lublina z Warszawą w ramach Kolei Nadwiślańskiej do dziś pełni rolę najważniejszej stacji węzłowej w Lublinie. Jest dworcem o największej liczbie odprawianych pasażerów we wschodniej Polsce. Mali chłopcy oglądali tam jedyny zachowany parowóz, który stał na „wachlarzu” (miejsce postoju lokomotyw wraz z ruchomą obrotnicą) i służył już tylko do ogrzewania stojącej obok hali. Chowali się i bawili w starych wagonach. Ale największą ich frajdą było wejście do drugiego parowozu – pomnika, który do dnia dzisiejszego stoi obok lokomotywowni. Co jakiś czas Krzysztof wraz z rodzicami udawał się na wczasy wagonowe. Wspólnie z innymi kilkoma kolejarskimi rodzinami jechali na odpoczynek w jednym osobowym wagonie. Doczepiało się go do odpowiedniego składu i jazda, choćby na Wybrzeże do Kołobrzegu. Pamięta kilkanaście takich wagonów stojących jednocześnie na kołobrzeskich torach. Spali w nich, gotowali i chodzili nad morze. Było wspaniałe. Dziś żałuje tylko jednego, że już wtedy nie uwiecznił tamtych pociągów.

– Parowozy, które oglądałem w trakcie jazdy, były jak żywe i od tamtego czasu stałem się ich miłośnikiem – wspomina. – Wychowywałem się niedaleko torów i zapach ich pary pamiętam do dziś. Pamiętam też czas, gdy niemal przez całą dobę słychać było w domu uderzenia jednego wagonu o drugi. W latach osiemdziesiątych niedaleko naszego osiedla funkcjonowała jeszcze lubelska „górka rozrządowa”, czyli usypane wzniesienie z jednym torem, na który wpychano wagony, żeby potem samodzielnie z niego zjeżdżały, trafiając do odpowiednich składów pociągów. Kolej więc mnie otaczała i dlatego przy niej zostałem do dziś.

DSC_2348Po liceum nie poszedł, co prawda, drogą rodzinną. Mimo tego, że zamierzał zostać maszynistą, jego życie potoczyło się zupełnie inaczej. Ale gdy kończył studia historyczne na kierunku europeistyka na UMCS, pracę magisterską poświęcił lubelskiemu strajkowi kolejarzy w 1980 roku. Opisał w niej wszystkie wydarzenia, które towarzyszyły zatrzymaniu i zablokowaniu pociągów na stacji Lublin. Przypomniał, że od składów odłączono lokomotywy. Pochowano od nich klucze. I nikt nie mógł ich uruchomić, zwłaszcza maszyniści dowożeni z innych stron Polski i chętni do zastąpienia strajkujących. Wyjaśnił, że nie spawano wagonów do szyn, jak w komunikatach podawała ówczesna władza i czasem obecnie gdzieniegdzie się podaje.

Kadr czasu

DSC_2382Teraz jest sprzedawcą telefonów komórkowych, ale poza pracą z powodzeniem realizuje swoją pasję fotografowania tego, co się łączy z koleją. Potrzeba robienia tych zdjęć zrodziła się w nim w latach szkolnych, a umocniła się po zwiedzeniu w Lubartowie izby tradycji kolejowej. Na początku miał aparat Zenit. Na klisze. Jednorazowo można załadować do niego taśmę, na której można było wykonać tylko trzydzieści sześć zdjęć. Trzeba więc było dokonywać błyskawicznego wyboru kadru do sfotografowania. Sam wielokrotnie podkreśla, że to był niesamowity moment, gdy należało niemal w ułamku sekundy zdecydować, w którą stronę i na jaki obiekt należy skierować obiektyw, żeby zrobić to jedno jedyne zdjęcie. A pociąg lub lokomotywa w tym czasie najczęściej nikły już na horyzoncie. Potem jednak pojawiała się radość, gdy podczas wywoływania odbitki widać było efekt zgodny z zamierzeniem fotografa. Obecnie ma aparat cyfrowy i jest to niewątpliwym ułatwieniem. Do pewnego momentu. Na szczęście bowiem odpowiednie i prawidłowe kadrowanie dalej jest zarezerwowanie dla oka i ludzkiej wrażliwości.

DSC_2395Fotografuje dworce, niewielkie stacyjki, wszelkie pojazdy szynowe i czasem samych kolejarzy. Czasem, gdyż ci rzadko się na to godzą. Przez wiele lat musiał się z tym niemal ukrywać, zwłaszcza na stacjach, ze względu na zakaz robienia zdjęć obiektów kolejowych. Obecnie jest o wiele łatwiej, chociaż pojawił się inny problem. Okazuje się, że on i jego koledzy fotografujący w obszarze stacji, np. wagony, uważani są przez Straż Ochrony Kolei za grafficiarzy dokumentujących miejsca pomalowane lub wybrane do nowego graffiti. Aparat fotograficzny wiszący na szyi jest dla nich podejrzany. Oczywiście pasjonaci zdjęć obiektów i pojazdów kolejowych dają sobie z tym radę i nieprzerwanie robią swoje.

– Kolej jest elementem mojego życia – podkreśla Krzysztof. – Jest tym, co z pasji przenoszę w zdjęcia i filmy. To ważna część mnie. I nie robię tego po coś. A na pewno już nie dla pieniędzy. To się po prostu kocha i robi się dla duszy. Czerpie się z tego przyjemność. Cieszę się, gdy mogę pokazać to, co robię, w Internecie. I mam ogromną radość, gdy wspólnie z dziećmi i żoną oglądamy te zdjęcia, a one się im podobają. To samo odnosi się do moich filmów. Wiem, że w ten sposób zatrzymam w kadrze od zapomnienia znikający już tabor i klimat, jaki tworzyły i tworzą miejsca dla podróżnych.

Pierwszoplanowymi dla niego są, przede wszystkim, różne lokomotywy. Razem z pociągami lub bez. Różne ich typy i rodzaje pomalowania. To ważna dokumentacja, ponieważ dość szybko następuje wymiana taboru i zmienia się jego wygląd. Teraz, na przykład, maluje się wszystkie według jednego wzoru. Ale jeszcze do lat dziewięćdziesiątych był taki zwyczaj, że drużyna jednej lokomotywy, która była tylko z nią związana, dbała o nią i malowała na swoje kolory. Oczywiście nie wszystkie, lecz zgodnie z obowiązującymi zasadami w tym względzie. Na przykład na tamtych lokomotywach pojawiały się herby miast, które były podstawowym miejsce ich postoju.

Kolej życia

DSC_2442Krzysztof Jesionek dokumentuje także różne zdarzenia. W 2004 roku nieopodal Izbicy sfotografował lokomotywę, która wykoleiła się na torowisku podmytym przez obfite deszcze i zsunęła z nasypu, a wraz z nią pierwsze pięć wagonów. To było dla niego straszne przeżycie. Mimo tego, że na szczęście nie było ofiar, a jedynie maszyniści odnieśli zadrapania, nie chciałby więcej w czymś takim uczestniczyć. Innym razem, robiąc zdjęcia, zauważył uszkodzenie sieci trakcyjnej i obniżenie sieci energetycznej w pobliżu stacji w Minkowicach. Od razu zadzwonił do dyspozytora i zapewne dzięki temu nie doszło do możliwego nieszczęścia. Niemal w ostatnim momencie uwiecznił również na zdjęciach wagon pocztowy z 1904 roku, stojący na stacji w Szczebrzeszynie w 2004 roku. Odrapany i w bardzo złym stanie niedługo po tym prawie się rozpadł.

A kiedy odkłada aparat i jest w domu, nie zaniedbuje swojej pasji. Kładzie się wraz z synem na podłodze. Składają torowisko. Stawiają na nim lokomotywę. Doczepiają do niej wagony i jadą na wspólną trasę. Po drodze jest semafor i klika zwrotnic. Stoi jakaś stacja. Ojciec opowiada synowi o tym, jak kiedyś jeździło się koleją i niezmiennie wraca do parowozów, które tak mocno rozbudowały jego wrażliwość. Te spotkania obu sprawiają przyjemność. W ten sposób kolej łączy kolejne pokolenia.

Tekst: Maciej Skarga

Foto: Marcin Pietrusza

 

Komenatrze zostały zablokowane