fbpx

Kocia kołyska. Zapach pomarańczy

25 grudnia 2013
Komentarze wyłączone
569 Wyświetleń

felietonGRA_STANok_CMYok_git2

Tekst Grażyna Stankiewicz

Pierwsze święta Bożego Narodzenia spędzone w Lublinie uświadomiły mi, że dla moich tutejszych znajomych zapachem kojarzącym się z tym uroczystym czasem jest … zapach pomarańczy. Owoce dostarczane w różne rejony Polski właśnie w okresie przedświątecznym jeszcze na przełomie lat 80. i 90. były zarówno dla handlu, jak i nabywców synonimem przedświątecznych zakupów i niekończących się kolejek. Kto miał mniej szczęścia, walczył nożykiem z cienką skórką tych kubańskich, ci z większym mieli na stole mniej pomarańczowych kul, za to z aromatem i słodkim miąższem przyjemnie muskającym kubki smakowe. Ale moje osobiste doświadczenia były nieco odmienne. Po pierwsze, od dziecka oczekiwanie na wigilijną wieczerzę ze względów zdrowotnych kojarzyło mi się przede wszystkim z charakterystycznym miętowym smakiem Raphacholinu. Po drugie, jako córka marynarza, w pomarańczach, mandarynkach i bananach pławiłam się niezależnie od pory roku. Za to pomarańcze od dzieciństwa były pierwszym sposobem na zarabianie pieniędzy. Czas przedświątecznej prosperity finansowej zaczynał się wraz z wywieszeniem kartki w kratkę wyrwanej z zeszytu i napisanej odręcznie, która przez długie zimowe tygodnie wisiała na drzwiach pobliskiej cukierni. Zdanie „Skup skórki pomarańczowej” rozpoczynał coroczny rytuał. Zbierałam pozostawione przez domowników grube mięsiste płatki otaczające ten pyszny owoc. Małym nożem odcinałam biały miąższ od właściwej części skórki i w takiej formie składowałam je w lodówce. Co kilka dni swoją zdobycz zanosiłam do „skupu”, gdzie elegancka właścicielka cukierni ufryzowana à la Krystyna Loska ważyła mój towar na poniemieckiej wadze z szalami, po czym wyjmowała z szuflady najcenniejsze 7 złotych, jakie kiedykolwiek zarobiłam. Okres przedszkolny charakteryzował się w moim życiu sporą rozrzutnością, gdyż natychmiast wydawałam owe złote na 1. sernik z polewą lukrową i skórką pomarańczową (ach, jak ona smakowała), 2. czekoladę Gdańską Ratuszową i 3. butelkę oranżady w brązowej butelce z ceramicznym korkiem na metalowym druciku, kupowaną w małym drewnianym sklepiku u państwa Puskarczyków. Pierwsze lata szkoły podstawowej przyniosły świadomość instytucji świętego mikołaja już we właściwym wymiarze i konieczność zbierania na świąteczne prezenty. Nadal coroczna tradycja sprzedawania skórki pomarańczowej odbywała się w podobnym rytmie, jednak ze względów oszczędnościowych z wykluczeniem czekolady i oranżady. Pragnienie degustacji własnoręcznie oprawionej skórki i jej smak w sernikach niestety były silniejsze ode mnie.

W Gdyni, do której przynajmniej raz w miesiącu zabierała mnie Mama, kiedy byłam dzieckiem, były hala targowa i sklepiki kolonialne z daktylami, laskami wanilii, chałwą, orzechami, kolbami prawdziwej salami, pojedynczymi paczkami markowych papierosów, tytoniu, duńskiego toniku w pękatych małych butelkach i schowanymi pod ladą butelkami dżinu i prawdziwego koniaku. W koszykach piętrzyły się cytrusy, a na półkach leżały pojedyncze tabliczki czekolady w kolorowych zagranicznych opakowaniach, batony z marcepanem i marzenie wszystkich dzieci – guma do żucia w listkach o smaku mięty, wiśni albo właśnie pomarańczy i słynne balonówki Donald z historyjkami z bujnego życia Disneyowskiej kaczki, pakowane po 12 w przeźroczystej folii. Smaki i zapachy dzieciństwa…

Wspomnienia mają to do siebie, że już nigdy nie będą realnością. Już nigdy zapach drzewka świątecznego nie będzie kojarzył się z powracającym z dalekich krajów Ojcem, pachnącym wykwintnym zapachem wody kolońskiej i dobrego tytoniu. Już nigdy nie zobaczę dystyngowanej Mamy w noszonej specjalnie z tej okazji najlepszej biżuterii, nalewającej z pietyzmem aromatyczny barszcz do porcelanowej wazy i podpytującej przy wigilijnym stole, czy na pewno wszystko smakuje i czy na pewno wszystko jest ciepłe, i że drożdżowe uszka w tym roku trochę się przypiekły, a karp wcale nie zapowiadał się na takiego smacznego, a pszenica do kutii trochę jest za twarda, a żurawinę do kisielu w przyszłym roku trzeba kupić na targu u tej samej pani… Już nigdy. Ale jest też optymistyczna informacja. Pomarańcze na szczęście pachną jak dawniej i właśnie zaczął się na nie sezon.

PS. Pomarańcza jest rodzaju żeńskiego. ‒ „Pamiętaj, że pomarańcza jest kobietą” powiedział kiedyś ojciec jednego z moich studentów, kiedy ten był jeszcze dzieckiem i z uporem powtarzał „ten pomarańcz”.

 

Komenatrze zostały zablokowane