fbpx

Komu bije gong?

9 kwietnia 2020
1 160 Wyświetleń

Odczuwasz skutki codziennego stresu? Potrzebujesz odprężenia, chwili tylko dla siebie lub głębokiego relaksu? Czujesz, że najwyższy czas przewartościować życiowe sprawy, wyzwolić twórczą energię? A może od dłuższego czasu uskarżasz się na różne fizyczne dolegliwości, powracające migreny lub ból, np. stawów? Zastanawiasz się, jak wzmocnić lub podtrzymać działanie zabiegów rehabilitacyjnych? Jeśli pozytywnie odpowiedziałaś/eś na co najmniej trzy z powyższych pytań, pomyśl o dźwiękoterapii. 

tekst Ewa Piotrowska-Rola, foto Olga Michalec-Chlebik

Zdrowy człowiek słyszy dźwięki o częstotliwości od 16 do 20 000 Hz. Nasze ciało też „gra” – pracujące organy wewnętrzne wytwarzają fale dźwiękowe: jelita posiadają zakres fal o częstotliwości 3-3,5 Hz, stopy – 1-3 Hz, aktywny mózg 14-22 Hz. Badania naukowców zajmujących się wpływem dźwięku i wibracji na nasze ciało i zdrowie dowodzą, że częstotliwość, jaką oddziałujemy na ludzkie organy, może przywrócić harmonię chorej części ciała. Tę dobroczynną moc dźwięku wykorzystuje się właśnie w dźwiękoterapii. 

Dźwięk ma moc

Terapia dźwiękiem z wykorzystaniem mis dźwiękowych (zwanych też tybetańskimi), stosowana na Zachodzie od około trzydziestu lat, a w Niemczech i Austrii nawet refundowana przez fundusz zdrowia, powoli zyskuje uznanie i w Polsce. Stała się również obiektem szczegółowych badań dr Haliny Portalskiej i dr. Marcina Portalskiego z Politechniki Poznańskiej, które wykazały, że dzięki drganiom odpowiadającym wibracjom ludzkiego ciała terapia misami dźwiękowymi poprawia pracę komórek, wpływając pozytywnie na wewnątrzkomórkowe procesy metaboliczne oraz proces oddychania wewnątrzkomórkowego. Odpowiednio dobrane fale dźwiękowe przyczyniają się także do poprawy funkcjonowania krwiobiegu, krążenia produktów przemiany materii, gazów i substancji oddechowych w naczyniach włosowatych. Właściwymi dźwiękami można niwelować ból, przyspieszyć regenerację tkanek, zmniejszyć napięcie mięśniowe czy ułatwić usuwanie toksyn z organizmu. Inne badania, prowadzone m.in. w Wiedniu i Stuttgarcie, pokazały, że terapia dźwiękiem pozytywnie wpływa na ludzką psychikę i emocjonalność. Dzięki rezonansowi poszczególnych fal dźwiękowych (generowanych przez terapeutyczne misy dźwiękowe) z falami dźwiękowymi organizmu ludzkiego można zmniejszyć poziom stresu i odczuwanego lęku (nawet o 90 proc.), podnieść motywację życiową (u 80 proc. badanych) oraz wpłynąć na ogólną poprawę samopoczucia uczestników terapii.

Popularną formą terapii dźwiękiem jest masaż przy użyciu mis tybetańskich i kąpiele w dźwiękach. Dobroczynnych skutków obu „zabiegów” można już doświadczyć w Lublinie. W niezwykłą podróż do krainy dźwięków zapraszają Kasia Grabowska i Marcin Janusz. 

Bo to się (nie)zwykle tak zaczyna…

Kasia z wykształcenia jest magistrem sztuki muzycznej i… chórmistrzem. Skąd fascynacja terapeutycznym działaniem dźwięków? Ta zbiegła się z jej drogą życiową i zainteresowaniem alternatywną medycyną. – Zaczęłam zgłębiać temat uzdrawiających właściwości kamertonów, potem pojawiła się cymatyka (Ernst Chladni, ojciec cymatyki, wykazał naukowo, że wibracje zmieniają materię – red.) i nawet próbowałam zrobić doktorat z tej dziedziny, ale jakoś nie miałam szczęścia do promotorów i zrezygnowałam – wyjaśnia Kasia. Fascynacja tematem jednak nie minęła. Próbowała pracować z misami kryształowymi, ale okazały się za mocne. – Doskonale pamiętam kupno pierwszej misy tybetańskiej – wspomina Kasia. – Kiedy pojechałam ją kupić, nie spodobała mi się. Nie rezonowała ze mną. Zaczęło się półtoragodzinne opukiwane i ostukiwanie innych mis w sklepie. Dlatego odradzam kupowanie mis przez internet. Dźwięk trzeba poczuć, a głośnik w komputerze nie daje takiej możliwości. W końcu znalazła się misa, która z nią „zagrała” i od niej wszystko się zaczęło. Najpierw był kurs masażu misami tybetańskimi metodą Petera Hessa, następnie prowadzenie warsztatów w przedszkolach i szkołach, potem masaże indywidualne i wreszcie współpraca z Marcinem.

 – Nie mam za sobą klasycznej edukacji muzycznej jak Kasia – mówi Marcin Janusz – ale interesowałem się muzyką od kiedy pamiętam, grałem nawet na gitarze. Podobnie jak Kasia, Marcin interesował się misami kryształowymi. Kupił je nawet, ale wciąż czuł, że to jeszcze nie to. – Szukałem dalej, aż w końcu trafiłem na intensywny 9-dniowy warsztat, który obejmował naukę gry na gongach – wspomina. Początkowo koncertował na misach i gongach dla rodziny i znajomych. Koncertowało się świetnie, gorzej było z logistyką. O ile misy nie są kłopotliwe w transporcie, to już przewożenie i przenoszenie gongów było wyzwaniem. Zaczął szukać miejsca, na wzór tych ze Wschodu, gdzie istnieją pomieszczenia przeznaczone tylko i wyłącznie na potrzeby tego typu koncertów, a gongi, misy i inne instrumenty mają swoje stałe lokum. Jednocześnie poszukiwał też osoby, z którą mógłby koncertować. Wygląda na to, że tych dwoje pasjonatów musiało się kiedyś spotkać. 

A miejsce? Lokal po szkole tańca w samym sercu LSM-u po prostu na nas czekał – śmieje się Marcin. Samodobro – przestrzeń pozytywnych wibracji, bo tak Kasia z Marcinem go nazwali, mieści się przy ul. Juranda 7 w kompleksie pawilonów usługowych. Z zewnątrz nic nie zapowiada tego, co jest w środku. A tam… klimat jak z baśni tysiąca i jednej nocy! Dyskretny blask świec odbija się w lustrzanej ścianie, stojących na podłodze misach i wiszących gongach. W powietrzu unosi się delikatny zapach palo santo i naturalnych olejków. W ciszy zajmuje się miejsca na materacach, przykrywa się miękkimi kocykami i po chwili Kasia z Marcinem zapraszają w podróż do krainy dźwięków i… w głąb siebie. 

 Masaż dźwiękiem

Budzisz się i wiesz, że masz ochotę na zjedzenie czegoś konkretnego, a ja budzę się i czuję, że absolutnie muszę wysłuchać IX symfonii Dvořáka, bo to pozwoli mi dobrze zacząć dzień! Muzyka może dynamizować, dodać energii, ale też uspokoić i wyciszyć – wyjaśnia Kasia. Terapia dźwiękiem wchodzi w skład muzykoterapii, która pozytywnie wpływa m.in. na komunikację werbalną i niewerbalną, proces uczenia się, aktywizację czy relaksację. Na muzykę składają się takie elementy jak: dźwięk, harmonia, melodyka, tempo, rytmika, dynamika, barwa. W terapii dźwiękiem w procesie leczenia wykorzystuje się dźwięk, czyli falę akustyczną, która wywołuje wrażenia słuchowe. Dźwiękoterapia ma charakter holistyczny i mieści się w nurcie terapii naturalnych. – W praktyce oznacza to – tłumaczy Kasia – że jeśli przychodzisz do mnie na masaż terapeutyczny z jakimś konkretnym schorzeniem, np. z migreną czy bólami stawów, to ustawiam ci na ciele konkretną misę i konkretną częstotliwością oddziałuję w ten punkt i to schorzenie.

Terapeutyczne misy dźwiękowe, których używa Kasia Grabowska, mają certyfikat Petera Hessa. Ten niemiecki fizyk i badacz dźwięków, zaintrygowany misami tybetańskimi i wydawanymi przez nie dźwiękami, przywiózł je z Tybetu, zbadał spektrum każdej z mis i wykazał, że oddziałują na różne części naszego ciała. Rozpowszechnienie mis zawdzięczamy w duże mierze hipisom, którzy na przełomie lat 60. i 70. wychodzili z nałogu narkotycznego. Okazało się, że na ich hiperaktywny umysł i bieganinę myśli, z którą sobie nie radzili, wyjątkowo dobrze działa dźwięk harmoniczny. Peter Hess we współpracy z lekarzami i psychologami opracował w tym czasie metodę masażu dźwiękiem. Polega ona na stawianiu mis dźwiękowych na ciele człowieka (lub w pobliżu wybranych miejsc) i pobudzanie ich do drgań. Każdy narząd naszego ciała ma konkretną częstotliwość i certyfikowane misy Petera Hessa odpowiadają dokładnie tym częstotliwościom. Fale dźwiękowe z pobudzonych do drgań mis przechodzą przez ciało, działając terapeutycznie – np. niwelując ból. W Niemczech Instytut Petera Hessa jest już rozpoznawalną firmą. Od ponad dwudziestu lat gromadzi też dokumentację kliniczną i badawczą z tego zakresu, współpracuje z naukowcami i lekarzami, organizuje coroczne konferencje poświęcone oddziaływaniu dźwiękiem na ludzki organizm. W Polsce masażu misami tybetańskimi można nauczyć się na kursach organizowanych przez Peter Hess Akademia. 

Coś mi tu nie gra…

Kasia Grabowska do masażu wykorzystuje pięć mis o różnej średnicy. Odpowiadają one obszarom naszego ciała, są zatem misy: brzuszna, stawowa, sercowa, zatokowa i głowowa. Można uderzać w nie trzema rodzajami pałek z filcem, które różnią się grubością i wielkością. Rodzaj dźwięku zależy od tego, w jakim miejscu uderzy się misę i którą pałką. – Technika masażu, której nauczyłam się na kursie – opowiada Kasia – jest oczywiście bazą, ale najczęściej dostosowuję ją do konkretnej osoby. Czasem widzę, że ktoś podczas masażu jest niespokojny, wierci się, nie jest w stanie się zrelaksować, bo np. za mocno uderzam pałką w misę przy karku, wtedy staram się robić to ciszej – dodaje. 

Jak przygotować się do masażu? Najlepiej mieć na sobie ubranie z naturalnych tkanin. Przed masażem dobrze jest wypić dwie szklanki wody. Nie przychodzimy też z pełnym żołądkiem, ostatni posiłek najlepiej zjeść dwie godziny przed masażem. Jeśli ktoś przychodzi na masaż terapeutyczny, to Kasia najpierw przeprowadza wywiad. Przeciwskazaniem są np. rozrusznik serca, pierwszy trymestr ciąży, schizofrenia. Masaż trwa około 50–60 minut. – Najpierw proszę pacjenta, by położył się na brzuchu – wyjaśnia Kasia. – Zaczynam masaż od stóp, bo tu znajdują się wszystkie punkty refleksologiczne naszego ciała. Następnie masuję cały kręgosłup, łopatki, barki, dłonie. Potem, gdy pacjent leży już na plecach, masuję gardło, klatkę piersiową, brzuch, podbrzusze i kończę na stopach. Po masażu Kasia zaleca wypicie 2–3 szklanek wody. Podczas masażu terapeutycznego wie, z którym narządem pacjent ma problemy. – Czasem misa „nie gra” – wyjaśnia. – Jestem w stanie usłyszeć, że dźwięk jest w jakimś stopniu zniekształcony, pomaga mi w tym zresztą muzyczne wykształcenie. Jeśli ktoś ma bardzo zaawansowany stopień choroby, potrzeba kilku masaży, żeby odczuć ich pozytywny skutek. Zalecana ilość masaży to trzy zabiegi co dwa dni. Podobnie jak w przypadku rehabilitacji, gdzie jeden zabieg zwykle nie wystarczy, by powrócić do zdrowia i sprawności. – Prowadzę statystykę – mówi Kasia. – Mam listę swoich pacjentów i zawsze proszę o informację zwrotną, stąd wiem, jak długo utrzymują się efekty. Pacjenci wracają co jakiś czas, żeby podtrzymać pozytywne rezultaty terapii lub po prostu się zrelaksować.

Lepsze niż seks

Rozmawiamy w dużej, przestronnej sali, za naszymi plecami wiszą wielkie gongi. Serce gongu to jego najczulsze miejsce, które może pęknąć, dlatego nie powinno się z całej siły uderzać w jego nierozgrzany środek. Marcin z Kasią żartują, że masaż misami jest trochę jak akupunktura – kiedy stawia się je komuś na ciele, to ta osoba wyraźnie czuje ich drgania. Ale na tak dużej sali jak ta, osoba leżąca w ostatnim rzędzie usłyszy jedynie dźwięki, ale wibracji mis już nie odczuje. Gongi terapeutyczne to gongi o średnicy powyżej 90 cm. – Dopiero wibracją takiego gongu możemy wymasować całą salę, otulając dźwiękiem każdego uczestnika aż do ostatniego rzędu – mówi Marcin. 

Dźwięk gongu robi wrażenie, bo wibracja przenika przez nasze ciało jak rentgen. Kasia z Marcinem zgodnie twierdzą, że nie są w stanie przewidzieć, który dźwięk i jaki instrument kogoś dotknie czy odblokuje. Czasem zdarza się, że większe poruszenie wywołuje dźwięk kija deszczowego niż największego z gongów. Jednych dźwięk gongu głęboko zrelaksuje, innych chwilami może przestraszyć. Dlatego starają się powtarzać, że bez względu na intensywność doświadczenia danej osoby, to co się dzieje, jest zawsze dobre, uwalniające, harmonizujące. Żeby się o tym przekonać, trzeba po prostu doświadczyć tego na sobie. 

Każdy koncert, w których uczestniczyłam, był niepowtarzalny, a Kasia i Marcin sprawiali wrażenie idealnie zgranego duetu. – Nigdy nie mamy opracowanego scenariusza – wyjaśnia Marcin. – Czasem ustalamy na początku to, od jakich instrumentów zaczniemy – dopowiada Kasia – ale chwilę potem… podobnie jak uczestnicy naszych koncertów pozwalamy się ponieść dźwiękom i wszystko powstaje intuicyjnie, spontanicznie. Opowiadam im, jak mój dziewięcioletni syn dał się ponieść dźwiękom mis i gongów. Wprawdzie leżał na materacu pod kocykiem, ale na początku co chwilę unosił głowę, sprawdzając, na czym akurat Kasia i Marcin grają. A w czasie, gdy grały największe gongi… zasnął! – I świetnie – komentuje Marcin – bo w takim stanie efekty są najlepsze. W trakcie masażu misami lub kąpieli w dźwiękach dochodzi do synchronizacji naszych półkul mózgowych w zakresie częstotliwości alfa, a przy dłuższym słuchaniu – theta. (Alfa to fala o częstotliwości 8-13 Hz, możliwy jest wówczas głęboki, ale czujny odpoczynek, wyciszenie, redukcja stresu, theta – ma częstotliwość 4-8 Hz, w takim stanie odczuwamy głęboki relaks, możliwa jest medytacja, zwiększenie kreatywności, budzenie intuicji i innych pozazmysłowych percepcji i umiejętności). W trybie pół snu, pół jawy organizm najlepiej się też regeneruje. Kiedy uwalniamy z siebie napięcia, otwiera się w nas przestrzeń na nowe rzeczy. – Jeśli ktoś przychodzi do nas po raz pierwszy i cały czas podgląda, na czym gramy, lub zastanawia się, co za chwilę usłyszy, to jego umysł nie pozwala mu w pełni doświadczyć tych dźwięków tu i teraz – mówi Marcin. – Sami sobie odcinamy możliwość uzyskania efektu głębszej relaksacji, bo umysł zajęty jest analizą

Przyznam się, że na początku też byłam ciekawa źródła różnych dźwięków i „podglądałam” grę Kasi i Marcina. Jednak po kilku, kilkunastu minutach mój umysł wyruszał we własną podróż. Po koncercie „budziłam się” absolutnie rozluźniona, lżejsza o kilka zmartwień, lęków czy złych myśli. – Zdarza się, że ktoś chwilę po zakończeniu opowiada: „To było niesamowite, wibracje czułam od palca stopy wzdłuż całego ciała… to było lepsze niż seks”. Bywa też tak, że ktoś stoi w życiu przed jakąś decyzją, a po koncercie „budzi się” i nagle oświadcza: „To naprawdę dziwne, ostatnio tyle myślałam o tym, jak mam postąpić w konkretnej sprawie, a przez tę godzinę tutaj wszystko mi się poukładało i już wiem, co powinnam zrobić” – opowiada Marcin, a Kasia dodaje, jak po koncercie jedna z dziewczyn otworzyła szeroko oczy i oświadczyła, że jest tak doładowana, że wraca do domu zacząć porządki, które długo odkładała. Jeszcze inna napisała, że fantastycznie podziałało to na jej libido! 

Dobro niejedno ma imię

Samodobro to nie tylko masaż dźwiękami, to również zajęcia z jogi, taniec spontaniczny, grupowa i indywidualna medytacja, masaż Lomi Lomi, a w soboty warsztaty dla młodszych dzieci. Miejsce ciągle się rozwija. Już niedługo rusza projekt dla dzieci starszych o roboczej nazwie Aranżersi, którego celem jest uczenie dzieci komponowania, przeprowadzania doświadczeń związanych z dźwiękami, zapraszania gości, którzy tworzą muzykę. W planach są również przedpołudniowe warsztaty dla firm uczące rozładować stres i pobudzić kreatywność. Pomysłodawcy przestrzeni pozytywnych wibracji mocno podkreślają, że Samodobro to otwarty projekt, skupiający ludzi z pasją, którzy dzielą się nią z innymi i współtworzą to miejsce. Kasia i Marcin zgodnie twierdzą: – Dopełniamy się i współgramy jak… nasze misy i gongi!

Korzystałam m.in. z książki H. i M. Portalskich „Misy dźwiękowe – właściwości i zastosowanie monografia”, Poznań 2017, oraz artykułów na portalach: abczdrowie.pl, zdrowie.gazeta.pl, zwierciadło.pl oraz www.facebook.com/samodobro.in i www.peterhess-akademia.pl 

Zostaw komentarz