fbpx
WAŻNE
Zapomniani sąsiedzi. Projekt Neshoma (Listopad 25, 2020 3:57 pm)
Akcja wsiedlania kuropatw (Listopad 25, 2020 1:34 pm)
20 ton żywności dla służby zdrowia (Listopad 25, 2020 12:27 pm)
Konferencja prasowa 6. Splat!FilmFest (Listopad 24, 2020 7:24 pm)

Michał Anioł też był rzemieślnikiem

14 lutego 2020
576 Wyświetleń

 

Kobieta wulkan. Filigranowa, zawsze uśmiechnięta, trudno za nią nadążyć. Zaangażowana w życie Lublina, dobry duch Izby Rzemiosła i Przedsiębiorczości, gdzie od lat współpracuje ze wszelkiej maści mistrzami w swoich fachach. Z Magdaleną Zabłocką o życiu rzemieślnika rozkochanego w tradycji – ale i otwartego na nowoczesność, o ukochanym mieście, a także o właśnie wydanej książce poświęconej historii rzemiosła rozmawia Anna Viljanen (foto Marcin Pietrusza).

 

– Skąd rzemieślnicy znaleźli się w Pani życiu? Zauroczenie konkretną osobą, a może rodzinna tradycja?

– Nie, nie – to nie żadna kontynuacja. Po prostu zawsze byłam mocno związana z Lublinem, to moje miasto. Kiedy zaczęłam pracować w Izbie, analizowałam stare dokumenty, księgi. Chcieliśmy coś z tym zrobić, jakoś tę tematykę rozpowszechnić dla szerszego grona. Rzemiosło już wtedy było obecne w świadomości społecznej, ale w nie do końca zgodny z obecnym stanem faktycznym sposób.

– Tymczasem licząca ponad dwieście stron książka „Rzemiosło w przestrzeni kulturowej Lublina” Pani autorstwa od niedawna jest już dostępna dla czytelników. Jak nastroje po premierze? Wszystko poszło po Pani myśli?

– Wydaje mi się, że tak, aczkolwiek największym sprawdzianem będzie to, czy ktoś – oprócz mnie – ową książkę przeczyta… (śmiech). Do swojego sposobu pisania przyzwyczaiłam się po latach, chociaż mój najwspanialszy polonista, pan Adam Sielanko, z pewnością momentami chętnie wygarbowałby mi skórę i groźnie spojrzał znad okularów (śmiech), bo zdarzało mi się dostać jedynkę za zbytnie odpływanie od tematu. Mam jednak nadzieję, że ta pozycja, bardzo ważna i dla mnie, i dla całego środowiska rzemieślniczego, pokaże, że jest ono wiecznie żywe i wciąż obecne w każdej dziedzinie naszego życia.

– Jak długo trwała praca nad nią? Który etap był dla Pani najtrudniejszym – zbieranie danych, a może już sam proces pisania, układanie wszystkich elementów w spójną całość?

– W zasadzie ta praca nad materiałami trwa do dziś. Cały czas odkrywam coś nowego, jeszcze nie do końca przeszukałam zasoby Archiwum Państwowego czy Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej, ale uważam, że to już materiał na zupełnie nowe historie. Na szczęście jej dyrektor pan Sławecki nie odmawia mi wstępu i jako prawdziwy humanista twierdzi, że ich podwoje są dla mnie otwarte. Najtrudniejsze było „urodzenie pomysłu” na poszczególne opowieści i spięcie ich w jakąś sensowną całość. Nie chciałam, żeby ta książka była napisana językiem hermetycznym jak praca naukowa, tylko stylem zbliżonym do potocznego – taki rodzaj literackiej brawury z mojej strony. Temat jest naprawdę bogaty, mocno osadzony w kulturze, której jednym z istotnych filarów jest właśnie rzemiosło – tak zbudowano kulturę nie tylko Polski, ale i całego Starego Kontynentu. W końcu Michał Anioł też był rzemieślnikiem (śmiech).

– Pytać autora o ulubionego bohatera, to jak pytać rodzica o ulubione dziecko (śmiech)… Czy jednak któryś z owych rzemieślników zapadł Pani w pamięć w sposób szczególny?

– Wszyscy rzemieślnicy to ludzie zasad, nigdy nie napisałabym tej książki, gdyby nie oni. Taki jest przede wszystkim mój Prezes Izby, Zbigniew Marchwiak, człowiek o wielkiej mądrości i anielskiej cierpliwości – wspierał mnie na każdym kroku, a kiedy za bardzo pokazywałam rogi, po ojcowsku potrafił do porządku przywołać. Poza tym sam od lat szkoli dzieciaki. To także Stanisław Kozyrski, człowiek ogromnej kultury i znajomości tematu, Lucjan Stańko – obecnie kierownik cechu krawców, ponieważ jest wytrawnym opowiadaczem i zna chyba wszystkie anegdoty o lubelskich rzemieślnikach, Jola Jajszczyk – wspaniały złotnik, pasjonat, kobieta renesansu, Sławek Kula, który zaraża optymizmem, piekarskie rodziny Mariola i Tadzio Zubrzyccy z Poniatowej, państwo Krzyszczakowie ze Stasina, Tadzio Pęzioł – wszyscy prawdziwi rzemieślnicy, tacy z dziada pradziada piekarze. Także Tadzio Głaz – fryzjer, pani Zosia Sulowska – dla mnie jak druga matka, działająca w cechu budowlanym, Renia Rębacz z cechu metalowego, krawiec Darek Wójtowicz, moje dziewczyny w pracy, przyjaciółki, córka, rodzice… Mogłabym wymieniać bez końca, ponieważ każda z tych osób ma istotny wkład w tę książkę, chociaż czasami nawet o tym nie wiedzą. Chwilami wystarczało jakieś słowo, sformułowanie i otwierała mi się „klapka”, i mogłam pisać dalej. Ach, i Piotrek Sewruk, mój współautor, który znakomicie zmierzył się z historią rzemiosła w dwudziestoleciem międzywojennym, a jego wiedza na temat historii rzemiosła żydowskiego jest nieoceniona. Ta książka jest dla tych wszystkich wspaniałych ludzi, którzy są kontynuatorami wielkiego dzieła.

– Rzeczywiście, otrzymała Pani potężną dawkę inspiracji i wsparcia. Czy owo rzemiosło, o którym mówimy, jest całkowicie nierozerwalnie połączone z miastem? Historia Lublina równa się historii rzemiosła?

– Tak, rzemiosło to historia miasta i vice versa. Instytucjonalnie ukształtowało się w okresie średniowiecza, dobie uniwersalizmu – przez pryzmat pewnej grupy społecznej chciałam pokazać dzieje miasta. Mojego miasta, najpiękniejszego i najukochańszego.

– Gdy ktoś mówi „rzemieślnik”, oczyma duszy widzę starszego pana, mistrza w swoim fachu, który pracuje w skupieniu w malutkim warsztacie. Albo też – co gorsza – tak zwany „fachowiec” o zdecydowanie negatywnym wydźwięku. Tymczasem z Pani doświadczenia wygląda to totalnie inaczej.

– To herezje! My właśnie szkolimy fachowców, żaden z rzemieślników nie wstydzi się takiego określenia – każdy z nich jest z tego dumny. Te malutkie warsztaty odchodzą w niepamięć. Taki stereotyp jest niestety wynikiem zbyt anachronicznego postrzegania rzemiosła, błędnych skojarzeń – to nie tylko ten przysłowiowy szewc w tym malutkim zakładziku, lecz i stolarz, i mechanik pojazdów samochodowych, i groomer, i kosmetyczka, i cukiernik, i fryzjer, ba!, nawet juhas czy baca, a nawet mechatronik. To grupa bardzo otwarta na nowinki, mająca przedsiębiorczość we krwi. To ludzie pracowici i oddani, ale jednocześnie otwarci na świat, zmieniającą się koniunkturę i zapotrzebowania rynku pracy.

– Gdzie w takim razie obecnie, już w nowoczesnym świecie, jest miejsce na rzemieślników? Czy ja, jako „wytwórca tekstów”, jestem nim? Czy zobaczymy jeszcze na własne oczy cechy?

– Rzemiosło towarzyszy nam od zarania dziejów, od momentu, kiedy nasz praprzodek ujął w dłonie kamień i świadomie wykorzystał go jako narzędzie do wytworzenia czegoś nowego. Było, jest i będzie. Zapotrzebowanie nie spadnie właściwie nigdy. A wytwórca tekstów nie mieści się w katalogu zawodów rzemieślniczych, ale możemy spróbować zawnioskować o utworzenie takowego! (śmiech) A jeśli chodzi o cechy, to zapraszam do Domu Rzemiosła przy Rynku, one już istnieją i mają się naprawdę dobrze! Zachowując dawne tradycje, umiejętnie dostosowują się do współczesnych nam czasów.

– Czy więc rzemieślnik i przedsiębiorca to obecnie to samo?

– Każdy z rzemieślników, o ile prowadzi własną działalność, jest przedsiębiorcą, ale nie każdy przedsiębiorca jest rzemieślnikiem, ponieważ nie każdy posiada, zgodnie z ustawą o rzemiośle, odpowiednie dokumenty, które potwierdzają jego kwalifikacje zawodowe. Poza tym rzemiosło wyróżnia jakość, to nie jest produkcja masowa, to nieustanna dbałość o wyroby czy usługi.

– Rzeczywiście – jak teraz się nad tym zastanawiam, można zaobserwować duży zwrot w kierunku jakości. Cały ruch zero waste, przedkładanie jakości nad ilość, ekologia, powolne, bo powolne, ale stałe odwracanie się konsumentów od sieciówek, wspieranie małych, lokalnych biznesów, filozofia mindfulness… Wygląda na to, że rzemieślnicy będą mieli niedługo pełne ręce roboty.

– Już mają!

– Bez wątpienia trzeba w takim razie kształcić nowych. Czy właśnie to można znaleźć w Izbie Rzemiosła i Przedsiębiorczości? Kto może korzystać z oferty Izby?

– Izba, która jest najstarszą organizacją pracodawców na Lubelszczyźnie (ma już prawie 91 lat), jest też organem prowadzącym Zespół Szkół Rzemiosła i Przedsiębiorczości im. Jana Kilińskiego w Lublinie. Niemal wszyscy zrzeszeni w naszych cechach rzemieślnicy przyjmują na rzemieślniczą naukę zawodu uczniów szkół branżowych. Te dzieciaki mają podwójny status – są równocześnie pracownikami młodocianymi i właśnie uczniami. Dzięki temu, że pracują w zakładach rzemieślniczych, mogą zdobywać zawód w rzeczywistych warunkach ekonomicznych, społecznych itd. Poznają świat pracy i firmę od środka, dlatego też nie mają potem problemów ze znalezieniem pracy, a bardzo często zostają w swoich macierzystych zakładach. Izba oferuje także kursy dla ludzi dorosłych, którzy świadomie chcą zmienić zawód.

– Czyli w IRiP ma miejsce ta słynna relacja mistrz – czeladnik. Jak wygląda kształcenie w tym kierunku młodzieży? Czy są już jakieś nowe zawody, które wychodzą poza ramy tych uważanych za „tradycyjne”?

– Och, jest wiele takich zawodów. Proszę sobie wyobrazić, że nie kształcimy już szewców, ale za to można znaleźć w rzemiośle całą paletę zawodów budowlanych oraz tych związanych z branżą motoryzacyjną, fryzjerów, kosmetyczek, wizażystek. Przede wszystkim kształcimy ludzi, którzy chcą być niepowtarzalni, chcą być fachowcami, mają talent. Jak ktoś talentu nie ma, niech nie idzie do rzemiosła. Ta relacja wciąż istnieje, mistrz jest mentorem, matką, ojcem, złym i dobrym policjantem w jednym. Uczy nie tylko zawodu, ale i życia, bardzo często jest też powiernikiem, autorytetem.

– Słyszałam także niedawno o niezwykłym znalezisku, którego dokonaliście i które bez wątpienia można nazwać jednym z kluczy do rzemieślniczej historii miasta…

– Tak, jesteśmy od niedawna w posiadaniu absolutnie unikatowych na skalę światową sztandarów należących do dawnych cechów lubelskich – dostaliśmy, a właściwie wydostaliśmy je od dominikanów. Tam były one przechowywane po drugiej wojnie światowej. Część niestety uległa zniszczeniu, ale z reszty zrobiliśmy stałą wystawę, która całkiem niedługo ma swoje otwarcie i będzie dostępna dla wszystkich. Rzemieślnicy byli bardzo przywiązani do tradycji, do symboliki – tym dumniej brzmi w tym kontekście samo słowo „sztandar”, tym chętniej je odnawiamy i tym bardziej jesteśmy zadowoleni, że właśnie w naszym posiadaniu jest tak duża kolekcja, to ogromnie prestiżowe wyróżnienie.

– Właśnie, skoro już jesteśmy przy symbolice i prestiżu… Słyniecie w IRiP wprost z bardzo rozbudowanej oprawy – te wasze piękne kolie, peleryny, rytuały świąt i uroczystości. To również pozostałość i kontynuowanie tradycji? Sama wasza siedziba ma tak przepiękne położenie!

– Rzeczywiście, znajduje się ona vis-à-vis Trybunału – należała kiedyś do Klonowica, był on wtedy również radnym miejskim. Zakupiono ją z datków rzemieślników po drugiej wojnie światowej i do dziś właścicielami jest pięć lubelskich cechów. Co zaś się tyczy rytuałów – rzemiosło stworzyło naprawdę cały ogrom, kulturowe bogactwo, z którego my współcześni, czerpiemy do dzisiaj. Chociażby słowa, powiedzenia, ale też i właśnie ten rytuał. Żeby to zrozumieć, trzeba cofnąć się nieco w historii – do cechów mogły kiedyś należeć jedynie osoby wyznania katolickiego. Taki stan rzeczy utrzymywał się aż do pierwszej wojny światowej i to sprawiło, że te dwa obrządki mocno wpływały na siebie nawzajem. Obowiązkiem było na przykład uczestnictwo w świętach religijnych, cechy posiadały swoje prywatne kaplice i ołtarze, co roku brali udział procesji Bożego Ciała, oczywiście w uroczystych strojach. Peleryny, kaptury, specyficzna broń, na przykład buzdygan – każdy cech miał swój własny, charakterystyczny. Nie zapominajmy, że one pełniły wtedy rolę formacji wojskowych, podczas najazdu miały obowiązek ochrony wyznaczonej partii murów miejskich.

– W takim razie miasto – grupa, wspólnota, ośrodek… o kręgosłupie z rzemiosła. Taka definicja wydaje mi się najlepiej dopasowana do Pani (śmiech)… Jest Pani zupełnie miejskim człowiekiem, czy ucieka Pani chętnie w „dzicz”, w naturę, odpocząć i „uczesać myśli”?

– Jestem zwierzęciem miejskim. Lubię wieś, proszę sobie wyobrazić, że nigdy w życiu nie byłam na koloniach, za to każde wakacje spędzałam u moich ciotek na wsi, a zwłaszcza u cioci Tereski, która miała prawdziwy krzyż pański, bo swoje niecne i chwilami iście diabelskie pomysły razem z jej synem wprowadzałam w czyn! I tam mogłam docenić wartość pracy, szacunek do niej, ale i piękno Podlasia. Chciałabym kiedyś mieszkać na wsi, nawet mam miejsce upatrzone, chociaż ciocia twierdzi, że akurat to nie jest najlepszy z moich pomysłów. Mieszkam w Śródmieściu, w sercu Koziego Grodu, i na razie nie ma mowy o wyprowadzce. Tu jest moje miejsce, mój dom, ta bliskość tych starych murów, zaułków, które chwilami aż zachłystują, ale przecież nie wszystko jeszcze odkryłam.

– Co dalej? Kolejna książka, nowe projekty?

– Głowę to ja mam pełną pomysłów, ale na szczęście Prezes czuwa (śmiech). Na pewno będzie kolejna książka, ponieważ obiecałam to Jego Ekscelencji Arcybiskupowi Budzikowi i Prezesowi właśnie, teraz razem z NSZZ „Solidarność” i panem Markiem Wątorskim przygotowujemy obchody czterdziestolecia Lubelskiego Lipca, zabieram się też poważnie za doktorat, realizujemy projekty w Izbie, więc po prostu czuję, że żyję!

Magdalena Zabłocka – promotorka rzemiosła, pracowniczka Izby Rzemiosła i Przedsiębiorczości. Z wykształcenia prawnik i iberystka. Miłośniczka Lublina – przekomarza się ze swoją córką, która z kolei rozkochana jest w polskim wybrzeżu. Kocha zwierzęta, przygarnęła pod swoje skrzydła już dwa psy i dwa koty. Pasjonatka kryminałów, posiada kilkutysięczną biblioteczkę i, jak sama mówi, często zarywa dla niej noce.

Zostaw komentarz