fbpx

Między Mińskiem Mazowieckim a Cabo Verde

23 grudnia 2015
Komentarze wyłączone
866 Wyświetleń

3. fot. J. Dobosz.2005Wyspy Zielonego Przylądka. Archipelag składający się z kilkunastu wysp położonych na Atlantyku, 600 km od zachodniego wybrzeża Afryki. Mieszkańcy to głównie potomkowie portugalskich kolonistów i senegalskich niewolników. Ambasadorką tej części świata stała się Cesaria Evora, która trafiła na listę najbardziej popularnych wykonawców, wyśpiewując całą trudną historię swojego kraju. Nostalgiczne słowa i melodie, mieszające się z radością płynącą z prostoty życia, zachwyciły miliony fanów na całym świecie. Również Elżbietę Sieradzińską, dla której chęć poznania Cesarii Evory okazała się celem jej życia.

Ta, co śpiewa z Kają

Evora 4Gorący, parny czerwiec 2011 roku. W sennym i gęstym od upałów miejskim krajobrazie zwracają na siebie uwagę billboardy z wizerunkiem ciemnoskórej starszej kobiety z zamkniętymi oczyma, w zielonej sukni, z połyskującymi w uszach kolczykami. Rozpoznawalna w Polsce chociażby ze względu na duet z Kayah. Zapowiadany na plakatach koncert to występ artystki nie tylko światowego formatu, ale i z drugiego końca świata i w dodatku tu, w Lublinie. No i melancholijny ton głosu znany chociażby z utworu „Embarcacao”, w którym siedząc w portowej tawernie, wspólnie z polską wokalistką śpiewają o „statku naszego losu”.

Cesaria Evora przyjechała do Lublina na kilka dni, zatrzymała się w Grand Hotelu. Wysiadła z eleganckiego samochodu w schodzonych klapkach i długiej kolorowej sukience, wzbudzając zainteresowanie przechodniów i hotelowych gości. Od rana przesiadywała w hotelowym ogródku z widokiem na plac Litewski, popijając espresso kolejnymi espresso i niemal odpalając papierosa od papierosa. Osoby z jej najbliższego otoczenia z troską powtarzały, że kawa i papierosy w końcu ją zabiją. Nie słuchała. Sprawiała wrażenie zmęczonej życiem, bardziej typ obserwatora niż uczestnika. Cały czas czuwała przy niej ekipa filmowa, czekając, aż pieśniarka z dalekich wysp wyruszy na zwiedzanie miasta. Ale wielka Cesaria Evora utknęła przy stoliku w otoczeniu członków zespołu, tłumaczki, gości i nowych znajomych. Na kilka godzin sytuacja uległa zmianie, kiedy zapragnęła pojechać na targowisko. Na straganach z kolorową odzieżą na osiedlowym targu na Bronowicach ubrania wybierała długo i ze znawstwem, targowała się. Wśród zakupionych rzeczy znalazły się krótkie spodenki dla najmłodszego wnuka i dwie sukienki, w których występowała w dalszej części trasy koncertowej. Jedna z kobiet idąca z zakupami zapytała, kim jest ta starsza, egzotycznie wyglądająca kobieta. – Cesaria? A to ta, co śpiewa z naszą Kają. Podczas całego pobytu w Lublinie nie odstępowała jej na krok drobna, niewysoka i energiczna blondynka, biegle mówiąca w kilku językach. Postać niby z drugiego planu, a jednak jedna z najważniejszych w życiu Cesarii Evory.

Elżbieta o wielu pasjach

JB_151122_0002W listopadowy chłodny wieczór w Akademickim Centrum Kultury „Chatka Żaka” odbyło się wydarzenie będące koncertem, wieczorem wspomnień i hołdem jednocześnie. I podobnie jak cztery lata temu i tym razem koncert zorganizowali Elżbieta Cwalina i Krzysztof Bielewicz, którzy przyzwyczaili dość wybredną lubelską widownię do wielkich nazwisk i równie wielkich wydarzeń. Elżbieta Sieradzińska, wraz z zespołem CostaNova, wystąpiła z własnymi aranżacjami, pochodzącymi z płyty wydanej rok po wizycie w Lublinie i już po śmierci Cesarii. Występy przetykane były opowieściami o artystce i refleksjami o ich przyjaźni oraz prezentowanymi w tle zdjęciami z ich wspólnego tu pobytu. Elżbieta na scenie jest bardzo naturalna, nie kryje emocji i pewnych niedoskonałości. Śpiewa po polsku i francusku. Ale są też piosenki w języku kreolskim, którego nauczyła się, aby bliżej poznać bosonogą diwę z Cabo Verde, która na scenie zawsze występowała bez obuwia, niemal bez scenicznej ekspresji, jedynie delikatnie ruszając biodrami. Zaglądając do encyklopedii, znajdziemy słowo „morna”, określające rytm melodii i tańca, a za których uosobienie uważa się właśnie Evorę. Elżbieta, śpiewając i grając na gitarze, jest jednak jeszcze bardziej stonowana od swojej idolki. A obecne tu bębny, nieco egzotyczny rytm i teksty o ludziach, miejscach i sytuacjach dalekie są od polskiego krajobrazu. Bo pamiątką z licznych podróży Elżbiety są właśnie piosenki. A że celem wielu z nich były Wyspy Zielonego Przylądka, to i brzmienie kolejnych utworów pozwala przenieść się w scenerię dalekiego archipelagu.

JB_151122_0008W życiu Elżbiety Sieradzińskiej o wszystkim decydowała muzyka. W dzieciństwie odwracała się w kościele, gdy słyszała, że organista fałszuje. Każdy przedmiot służył wydobyciu jakichś dźwięków, szybko nauczyła się grać na gitarze. Była niespokojnym duchem, bardzo ruchliwym dzieckiem, wchodzącym tam, gdzie nikt nie wchodził, w przeciwieństwie do jej siostry, zawsze grzecznej i ułożonej. Podczas jednego z wędrownych obozów usłyszała utwór „Paryskie tango”. Melodia szalenie przypadła jej do gustu, jednak nie rozumiała słów, mimo że uczyła się francuskiego. To zmotywowało ją do podszkolenia tego języka, a w przyszłości do studiowania romanistyki na Uniwersytecie Warszawskim. Pracę magisterską napisała o historii Awinionu. Miała wiele pasji – wschodnie sztuki walki, wędrówki i wspinaczki po wysokich górach. I jeszcze podróże, i to w dużych ilościach. Po ukończeniu studiów, niedługo po zawieszeniu stanu wojennego, niełatwo było znaleźć pracę. Tłumaczyła książki, a w końcu zatrudniła się w bibliotece w Mińsku Mazowieckim, której obecnie jest dyrektorem. Wraz z nią zmieniała się jej muzyka, choć w tamtym czasie preferowała poezję śpiewaną. Inspirowała ją piosenka francuska i Edith Piaf, a także Ewa Demarczyk, Krystyna Prońko. Wspólnym mianownikiem tych inspiracji była charyzma jej idoli. Z czasem w Mińsku Elżbieta stworzyła czteroosobowy zespół, bo jak mówi, tylko w tak małym gronie można w miarę regularnie organizować próby. W międzyczasie ciągle podróżowała. Swoje 40. urodziny spędziła w Himalajach, planując do zdobycia kolejne punkty na mapie świata.

Tropem diwy

Dotychczasowe życie przerwała śmierć bliskiej osoby. Elżbieta długo nie mogła sobie z tym poradzić. Więc może nie był to przypadek, że jakiś czas później zetknęła się z muzyką Cesarii Evory. Zaczęło się od wzmianki w prasie, której autor napisał, że jeżeli ktoś raz usłyszy „Sodade” w jej wykonaniu, to już nigdy tego nie zapomni. Wydźwięk tej krótkiej recenzji sprowokował Elżbietę do zakupienia kasety magnetofonowej. Kolejnym krokiem był koncert w Sali Kongresowej Warszawie. – Siedziałam w 10 rzędzie. Jako pierwszy zagrano utwór instrumentalny. Po nim Cesaria wydreptała zza kulis i zaśpiewała. A ja  poczułam się jak w stanie Nirvany. Nie byłam odosobniona w swojej reakcji. Wszyscy byli wzruszeni. Potrafiła wytworzyć przedziwną aurę, choć na scenie była niemal statyczna. Niejednokrotnie dziennikarze zadawali sobie pytanie: co jest w tej kobiecie? – wspomina.

Evora 1Cesaria Evora urodziła się w Mindelo, ubogim i niewielkim miasteczku. Jej ojciec zmarł, gdy była dzieckiem. Matka, kucharka, nie była w stanie utrzymać siedmiorga dzieci i dlatego Cesaria wkrótce trafiła pod opiekę sióstr zakonnych. Tętniące nocnym życiem Mindelo było zbyt kuszące, ażeby mogła przywyknąć do zakonu. Już w wieku 16 lat zaczęła śpiewać w portowych barach, porzucając tym samym wręcz obowiązkową wówczas dla dziewczynek naukę szycia i gotowania. Przez kilka lat próbowała swoich sił w wielu miejscach, występowała w radiu, rejestrowała pierwsze nagrania, zyskała nieco na rozgłosie, jednak jej kariera wciąż nie przybierała oczekiwanego rozpędu. Sytuacji tej towarzyszyły rozczarowanie uczuciowe i bieda. W tym czasie przyszła na świat trójka jej dzieci, z których każde ma innego ojca. Wtedy też coraz częściej sięgała po alkohol. Stan ten trwał do 1975 roku, potem aż na 10 lat zamilkła muzycznie, cierpiąc na przewlekłą depresję. Sama Elżbieta Sieradzińska do tego okresu odnosi się wręcz z niedowierzaniem, bo depresja trwająca dekadę to uszczerbek na zdrowiu psychicznym na zawsze. Cesaria na scenę wróciła w 1985 roku, a dwa lata później w Lizbonie nagrała pierwszą płytę, która jednak nie zdobyła rozgłosu. Zła passa została przerwana w 1988, kiedy to poznała José da Silva, swojego managera. Wraz z nim, w wieku 47 lat, Cesaria wyjechała do Paryża, gdzie wszystko się zmieniło. José nie poddawał i walczył o artystyczne zaistnienie przez kilka lat, wydając jej kolejne płyty. Koło zamachowe uruchomił utwór „Mar Azul” nagrany w 1991. W tym samym roku daje pierwszy koncert w sali wypełnionej po brzegi, w prestiżowym paryskim lokalu New Morning. Nazajutrz napisał o niej najważniejszy dziennik we Francji – „Le Monde”.

Niemłoda już i niezabiegająca o publiczność artystka z bardzo odległych Wysp Zielonego Przylądka w ciągu kilku lat zaczęła intensywnie koncertować na całym świecie, jej kolejne płyty zyskały miana złotych i platynowych, rozchodząc się w rekordowych nakładach. Po drodze zbierała najbardziej prestiżowe wyróżnienia, w tym nagrodę Grammy w 2000 roku. Śpiewała tylko po kreolsku, języku mało znanym, będącym hybrydą językową portugalskiego i afrykańskiego. Język trudny do opanowania, specyficzny, bo nieposiadający odmian osobowych. No i jeszcze morny, którymi tak bardzo inspiruje się Elżbieta, a którymi Cesaria uwiodła swoją publiczność.

Evora 5Elżbieta, po pierwszym koncercie Cesarii, na którym była, czuła niedosyt. Zaczęła za nią jeździć. Była na jej występach w Tunezji, w Kanadzie, Armenii, kilku miastach Europy. Obserwowała nie tylko Cesarię, ale i jej publiczność. – Na koncertach okazywało się, że jej muzyka jest pewnym metajęzykiem. Nikt nie znał kreolskiego, a wszyscy zachwycali się i odbierali jej emocje. Niezależnie od położenia geograficznego czy wieku. – Gdzieś pomiędzy koncertami stopniowo rodziła się między nimi przyjaźń, w której wbrew pozorom największym utrudnieniem nie był język, rzadkie spotkania czy inna kultura. Barierą była sama Cesaria. –Była zamknięta w sobie, co było zrozumiałe. Miała ciężkie życie. Wiele osób ją zraniło, zostawiło i nie udzieliło pomocy wtedy, gdy tego potrzebowała. To wpłynęło na jej relacje z ludźmi. Do pewnego stopnia była sympatyczna, ale gdy ktoś próbował przejść z nią na grunt prywatny – zamykała się. Bywała dla mnie surowa. Ale członkowie zespołu mówili, że tak właśnie traktuje swoje dzieci – wspomina Elżbieta. Cesaria chętnie słuchała zwierzeń, ale niewiele mówiła o sobie. Ani o swoich problemach, ani o zdrowiu. – Dzieci zawsze zwierzają się swoim rodzicom, ale rodzice nie zwierzają się dzieciom – starają się nimi kierować, tłumaczyć, rozmawiać. Tak było z nami – dodaje. Elżbieta, towarzysząc artystce w trasach koncertowych, wielokrotnie odczuwała troskę ze strony Cesarii, choć najczęściej wyrażaną przenikliwym spojrzeniem i Evora 2krótkimi zdaniami. Martwiła się jej szczupłą sylwetką, złościła się, gdy Elżbieta udawała się w nocne wycieczki po Cabo Verde. Czasami z charakterystycznym dla siebie tonem nieznoszącym sprzeciwu przynosiła jej sukienkę na koncert lub zegarek. Sama była abnegatką. Nie przywiązywała też wagi do finansów. Gdyby nie zaufane osoby w jej najbliższym otoczeniu, artystka rozdałaby wszystkie pieniądze. Wspierała finansowo początkujących artystów. Wbrew pozorom również, pomimo wielu różnic, Elżbieta i Cesaria miały ze sobą coś wspólnego. Cesaria żyła tak jak chciała, a Elżbieta to kontynuuje. Cesaria nigdy nie zabiegała o publiczność i media, zależało jej jedynie na tym, by móc koncertować i robić to po swojemu. W swoim języku, ze swoim zespołem, poruszając własne tematy, a na przekór show biznesowi, nie dbając o otoczkę medialną. Elżbieta również żyje inaczej i jest inna. Waży około 40 kilogramów i wspina się po Alpach. Tworzy własną, zupełnie nową jakość muzyczną i wydaje niemal wszystko na podróże, w najdziwniejsze miejsca świata. Nie bała się latami podróżować za niedostępną gwiazdą, długo ją do siebie przekonując. A po Mińsku Mazowieckim swój drugi dom ma na drugim końcu świata, wśród bliskich Cesarii Evory.

Ostatnia podróż

Wrocław 2005 (16)Elżbieta ma wiele wspomnień ze spotkań z Cesarią, w tym kilka w jej rodzimym Cabo Verde. Jednak najmilej wspomina jej ostatnią wizytę w Polsce, w Lublinie. Miały wtedy więcej czasu, na rozmowy, wspólne picie kawy. Gdy żegnała ją na lotnisku w Warszawie, doznała dziwnego uczucia smutku, mimo że za kilka miesięcy w planach miała kolejny wyjazd do Cabo. Nie zdążyły się spotkać. Cesaria odeszła pół roku później, 17 grudnia 2011 roku, w wieku siedemdziesięciu lat. Pogrzebały ją problemy ze zdrowiem, kumulujące się przez całe życie, a także towarzyszące jej do końca ukochane papierosy i espresso. Zostawiła po sobie 16 płyt i niezliczone rzesze fanów. Wydana w rok po śmierci Cesarii płyta Elżbiety symbolicznie zatytułowana „Voyage” nie jest jedynym hołdem złożonym artystce. W tym roku opublikowała obszerną biografię swojej wyjątkowej przyjaciółki, choć Cesaria uważała to za zupełnie zbyteczne. Elżbieta Sieradzińska nieprzerwanie zajmuje się krzewieniem pamięci o bosonogiej diwie. A już niedługo odwiedzi ją w Mindelo, gdzie została pochowana.

Tekst Aleksandra Biszczad

Foto Jakub Borkowski, archiwum, Jerzy Dobosz, Marek Podsiadło

 

Komenatrze zostały zablokowane