fbpx

Od archeologii do fantastyki

3 stycznia 2014
Komentarze wyłączone
746 Wyświetleń

IMG_6033– Powiedział Pan, że już jako jedenastolatek interesował się fantastyką. W gruncie rzeczy jednak na początku został Pan archeologiem.

– Kiedy miałem jedenaście, dwanaście lat, archeologia i fantastyka splatały się u mnie bardzo mocno. W moim domu były książki archeologiczne i z fantastyki. Czytałem je więc  jednocześnie. Kiedy jednak wydoroślałem i zastanawiałem się kim będę – postanowiłem, że archeologiem. Wyłącznie z jednego powodu. W tamtym czasie archeologom dawano paszporty, np. do Egiptu. Mogli jeździć po świecie, a to mnie interesowało. O pisaniu jednak nie zapomniałem. Sądziłem, że to może być niezły zawód. Można wymyślać różne historie, a to akurat bardzo lubiłem i wierzyłem, że pisarze zawsze świetnie zarabiają. Czyli paszport archeologa i pisarz to życie jak w bajce. I tak zaplanowałem swoją przyszłość. Skończyłem archeologię na Uniwersytecie Warszawskim ze specjalizacją późne średniowiecze i czasy nowożytne. A pisarzem zostałem niemal równolegle.

– Ale archeologia jest na pograniczu fantastyki, przecież czasem odkrywa się coś, czego przedtem nikt nie znał, nie widział i o czym nawet często nie słyszał. Czyli połączenie nader przydatne.

– Przyznaję, że tak. W archeologii znajdujemy pewne przedmioty i musimy wykombinować, do czego służyły i jak były używane. A tu bujna wyobraźnia, która przecież jest domeną pisarza, szalenie się przydaje. Oczywiście bez zbytniej przesady.

– I udawało się?

– Oczywiście. Mieszkając w Krakowie, znalazłem kawałek krzemienia. Na boisku przed domem. Wziąłem go w rękę. Dostrzegłem, że ma ślady obróbki i prawdopodobnie był narzędziem. Stwierdziłem też, że pasuje do prawej dłoni. I był na jednej krawędzi tak sprofilowany jak skalpel. A to znaczyło, że mógł służyć do cięcia skóry. Wtedy zacząłem sobie wyobrażać, jak można go było używać. Ktoś inny by tego tak nie zrobił. Pisarz tak. Podobnie było z przedwojenną lampką karbidową do roweru. W tym urządzeniu nieużywanym już od prawie stu lat odgadłem, gdzie jest zbiornik na wodę, gdzie zbiornik na karbid, a którymi pokrętłami się go regulowało.

– Rozumiem, że zarówno odkrycia archeologiczne, jak też i odnalezione przedmioty znalazły odzwierciedlenie w pańskiej literaturze.

– Tak. Pociągała mnie archeologia miejska. I to mi się bardzo przydało przy pisaniu cyklu „Oko Jelenia”, bo opisywałem epokę, która mnie mocno interesowała. Z kolei ów nóż krzemienny wykorzystałem w jednym z opowiadań o antykwariuszu Robercie Stormie. Lampy niestety jeszcze nie. Ale inne znalezione przedmioty tak. Ot choćby w mojej powieści „Kuzynki”, gdzie jeden z bohaterów do dziewiętnastowiecznego mikroskopu montuje kamerę cyfrową. Paradoksalne zderzenie urządzeń z dwóch odrębnych epok technicznych.

– Z tego, co pan powiada, wynika, że fantastyka wcale nie musi być wyłącznym wymyślaniem czegoś, co nigdy nie istniało i może nigdy istnieć nie będzie.

– Jestem o tym przekonany. Sam zresztą uprawiam coś, co nazywa się fantastyką bliskiego zasięgu. Czyli piszę opowiadania, które są dość realistyczne. Natomiast jest w nie wrzucony element fantastyczny. Bardzo na przykład lubię historie alternatywne, gdzie wymyślam sobie, jak by się mogły potoczyć znane już losy świata trochę inaczej. Widać to choćby w opowiadaniu  „Wunderwaffe”, gdzie hitlerowiec zostaje wysłany z naszego świata do nieznanego mu świata równoległego w poszukiwaniu nazistów, żeby udzielili pomocy przy ratowaniu dogorywającej Trzeciej Rzeszy.

– Ostatnio rzeczywiście w fantastyce dość często wraca się do przeszłości na zasadzie: co by było gdyby. Jaki jest tego powód?

– Po pierwsze robi się tak, bo to jest fajne. Po drugie, żeby odreagować pewne narodowe kompleksy. Jest bowiem coś takiego w historycznej fantastyce, że ta niczego nie deformuje w odróżnieniu od tego, co nam niejednokrotnie w różnych czasach wklepywano w szkołach.

– W pańskich „Kronikach Jakuba Wędrowycza” Pana bohater spotyka wiele rzeczy i odkrywa różne historie, które dzieją się w Pana rodzinnych Wojsławicach. Czy jest Pana odbiciem?

– O nie. On reaguje na różne historie o wiele gwałtowniej niż ja bym zareagował. Nie przejmuje się takimi rzeczami jak wyrzuty sumienia. Ma swój kodeks honorowy, ale powiedzmy sobie szczerze, dla mnie nie jest to moje alter ego. Osobiście nie chciałbym ani mieszkać obok kogoś takiego, ani kogoś takiego spotykać na co dzień. Jego historie zaś są na szczęście tylko satyrą. A Wojsławice są tu tylko tłem, które najłatwiej było mi opisać. W końcu moi przodkowie mieszkali tutaj przynajmniej od roku 1865. Tutaj mój pradziadek służył jako żandarm w Łabuniach. Dziadek należał do organizacji paramilitarnych. Strzelca oraz Krakusów. A ja, będąc dzieckiem, chodziłem po tych terenach, odkrywając w starym zamczysku lochy i mury.

– Czy Lublin nie byłby również interesującym tłem dla Pana opowieści?

– Już nie można powiedzieć byłby, ponieważ na pewno będzie. Jedną ze swoich nowych powieści zamierzam osadzić w dziewiętnastowiecznym Lublinie. Będzie to kontynuacja cyklu „Oko Jelenia” i akcja będzie się działa w Lublinie w czasie powstania styczniowego. Tylko tyle mogę na razie zdradzić.

– Rozumiem. Zatem do spotkania na promocji nowej książki.

– Nie tylko. Na lubelskim Falkonie także. Bo to jest mój ulubiony Festiwal Fantastyki.

Andrzej Pilipiuk – pisarz i publicysta. Rocznik 1974. Związany rodzinnie z Wojsławicami. Studiował archeologię na Uniwersytecie Warszawskim. Debiutował opowiadaniem „Hiena” na łamach czasopisma „Fenix”. W 2001 roku wydał zbiór opowiadań „Kroniki Jakuba Wędrowycza”, rozpoczynając passę 26 powieści i zbiorów opowiadań. Do jego znanych dzieł należą również cykle: „Oko Jelenia”, „Kuzynki” i „Norweski Dziennik”. W 2002 roku za opowiadanie „Kuzynki”, które następnie rozwinął w powieść, uhonorowany został nagrodą im. Janusza A. Zajdla.

 

Komenatrze zostały zablokowane