fbpx

Zawracanie kijem Wisły, czyli idzie nowe (?)

19 maja 2017
630 Wyświetleń

Zbliżają się wybory, a moja skóra na czterech literach cierpnie coraz bardziej. Dlaczego? Otóż pojawiają się od prawa do lewa nowe pomysły na „reformę” polskiej oświaty. W marcu i kwietniu uczestniczyłam w dwóch konferencjach. Jedna dotyczyła „Dobrej szkoły”, druga zaś przywództwa edukacyjnego. Podczas rozlicznych sesji dyskutowano lepsze lub gorsze propozycje. Nauczyciele, naukowcy, przedstawiciele samorządów prezentowali swoje stanowiska. Nie było wśród nas polityków, nie analizowaliśmy programów wyborczych. Wszelkie wysiłki koncentrowały się wokół istotnych problemów tego, co w szkole najważniejsze: procesu uczenia i uczenia się uczniów. Wyobrażam sobie panel dyskusyjny z tzw. przedstawicielami narodu. Panika w mitycznych gajach oliwnych byłaby niczym w porównaniu z popłochem pedagogów. W głupawej kreskówce „Pora na przygodę” trzy krople wybuchowej biegunki mogą posłużyć do ożywienia słodkich umarłych, którzy zechcą zjeść całe słodkie królestwo, łącznie z jego mieszkańcami, jak na cukrowe zombie przystało. Królewna Balonowa zna formułę surowicy detrupicielskiej, ale jest to tylko część magicznej prawdy. Obawiam się wszystkich rewolucyjnych pomysłów reformatorskich, które jak te eksplozyjne ekskrementy powołają do życia przedwyborcze manifesty. Można dyskutować

o gimnazjach, sześciolatkach w szkołach, programach nauczania, ale nie na wiecach partyjnych. Nauczycieli, ewentualnych wykonawców tych projektów i projekcików, nikt o zdanie nie pyta. Wiem, są mądrzejsi od nas, to „uczeni w piśmie”, eksperci i wizjonerzy. Tyle tylko, że w szkole bywają, a nie pracują, chcą likwidować stygmatyzującą ocenę mierną, która od paru dobrych lat już nie istnieje, wyrzucić na śmietnik dotychczasowy stan rzeczy. Zamiast ulepszania systemu mamy być świadkami marszu na szafot starego (czytaj: nie naszego) paradygmatu. Nic tak nie szkodzi edukacji, jak nagła rewolucja. 14 października obchodzimy swoje święto. W całym kraju odbędą się uroczyste akademie, dzieci przyjdą w galowych strojach i będą recytowały wierszyki. Ktoś przyniesie kwiatek, ktoś złoży życzenia. To będą chwile przyjemne, ale już widzę oczami wyobraźni te wszystkie wpisy na forach deprecjonujące nauczycieli, wytykające wakacje i za krótki dzień pracy. Internauci rozpiszą się o złych paniach od matematyki, niedouczonych polonistkach i wrednych wychowawcach. Trudno, jak powiedział pewien klasyk (bo chyba nie klasyczka): „Taki mamy klimat”. A kto powie o nauczycielach, którzy swoje powołanie traktują jak obowiązek losu, ofiarowują uczniom to, co w nich najlepsze, dają wiedzę z wyobraźnią, inspirują i zachęcają do zgłębiania tajemnic doskonalszego świata, a za okazywane dobro nie wymagają nic w zamian? Parafrazując Michaiła Gorbaczowa: Jeżeli nie ja, to kto? Jeżeli nie teraz, to kiedy? Wszystkim moim koleżankom i kolegom życzę wszelkiej pomyślności osobistej, zawodowej satysfakcji i uznania. Stasia Bozowska umarła na suchoty, ucząc dzieci w Obrzydłówku. Nie straciła życia, bo nie dbała o zdrowie, ale dlatego, że przyszło jej pracować w takich a nie innych warunkach. Oby polscy nauczyciele takich Obrzydłówków doświadczali jak najmniej. Wiemy, o czym mówię? Ależ tak!

Zostaw komentarz