fbpx

Skok na docenta

13 października 2022
144 Wyświetleń

Napad na znanego lubelskiego lekarza w 1971 roku odbił się w mieście głośnym echem. Sprawcy zostali schwytani, sąd ich osądził, poszli do więzienia. Ale ta historia miała ciąg dalszy.

W środę 10 listopada 1971 roku Polska Agencja Prasowa przekazała informację o przekroczeniu z nadwyżką przez przemysł uspołeczniony październikowego planu sprzedaży wyrobów i usług. Szczególnie korzystne wskaźniki odnotowano na odcinku skupu żywca. W całym kraju odbywały się konferencje aktywu partyjnego przed VI zjazdem PZPR.

Milion w używanych banknotach!

W Lublinie było chłodno, od rana wiał silny wiatr, spodziewano się pierwszych w tym roku opadów śniegu. Około godziny 11.30 z akademika przy szpitalu im. Jaczewskiego wyszła para młodych ludzi. Jedno z nich miało na sobie płaszcz w kratę, bardzo szerokie spodnie, na głowie kapelusz, a na nogach buty na koturnie. Kapelusz i długi do ziemi płaszcz nosił także drugi młody człowiek. W szalonych i kolorowych latach 60. i 70. taka była moda.

Dzwony na lubelskich kościołach wybijały południe, gdy wspomniana dwójka dotarła do kamienicy na rogu Krakowskiego Przedmieścia i Wieniawskiej. Weszli po schodach na drugie piętro i zadzwonili do drzwi mieszkania znanego lubelskiego lekarza chirurga, wówczas docenta Mieczysława Zakrysia. O jego bogactwie krążyły po Lublinie legendy. Otworzyła pani docentowa.

– Dzień dobry. My do pana docenta w pilnej sprawie. Moja siostra jest poważnie chora i potrzebuje pomocy – powiedział jeden z niespodziewanych gości, wskazując stojącą za nim drobną postać w kraciastym płaszczu. Gospodyni odparła, że męża nie ma, zresztą nie przyjmuje w domu pacjentów.

W pewnej chwili mężczyzna popchnął ją w głąb mieszkania i obezwładnił silnym chwytem. Do środka weszła jego siostra. Zamknęła za sobą drzwi i odezwała się zupełnie niekobiecym głosem.

– Milion albo życie! Natychmiast dawaj forsę, bo inaczej cię zakatrupię!

Rzekoma dziewczyna okazała się mężczyzną. Jej długie włosy były peruką. Przebieraniec sięgnął po nóż i przystawił ostrze do szyi ledwie żywej ze strachu żony docenta. Uderzył ją na odlew w twarz. Jego wspólnik przetrząsał w tym czasie mieszkanie. Nie wiedział, gdzie szukać. Przebieraniec znowu groził docentowej. Uznała, że musi ustąpić. Wskazała miejsce, gdzie z mężem przechowywali pieniądze, przeznaczone na najpilniejsze wydatki. 9 tysięcy zł, 10 dolarów USA i niewielka ilość bonów PKO nie zadowoliło rabusiów.

Nakazali jej zebrać do wieczora resztę pieniędzy, czyli różnicę brakującą do miliona i dostarczyć gotówkę pod ławkę na placu Litewskim. Milion miał być w używanych banknotach, najlepiej tysiączłotowych.

Studenci rabusie

Zaraz po ich wyjściu Lucyna Zakrysiowa zatelefonowała do męża i o wszystkim mu opowiedziała. Docent zdecydował, że trzeba zwrócić się o pomoc do milicji. W komendzie wojewódzkiej od razu po przyjęciu zgłoszenia przestępstwa utworzono grupę operacyjną, której zadaniem było schwytanie bandytów i ustalenie wszelkich okoliczności tej sprawy.

O umówionej godzinie do ławki podszedł drobny niewysoki mężczyzna. Został błyskawicznie otoczony i powalony na ziemię przez milicjantów. Skuli go kajdankami i zaprowadzili na komendę.

Był to 21-letni Benedykt K., student Wydziału Lekarskiego IV roku Akademii Medycznej w Lublinie. Urodzony w Leżajsku. Mieszkał w akademiku przy szpitalu Jaczewskiego. W trakcie przeszukania zajmowanego przez niego pokoju milicja znalazła cały zrabowany u Zakrysiów łup, a także kilka damskich peruk i kompletny strój kobiecy, w którym mężczyzna wystąpił podczas napadu rabunkowego.

W kilka godzin później ujęto drugiego napastnika. Był to 22-letni Ryszard S., również student medycyny. Obaj zatrzymani przyznali się do napadu i zostali aresztowani.

Napad na żonę znanego lekarza stanowił nie lada sensację dla mieszkańców Lublina. Mieczysław Zakryś był nie tylko wybitnym chirurgiem, do którego ustawiały się kolejki pacjentów, ale barwną, nietuzinkową postacią. Uchodził za perfekcjonistę. Słynął z ciętego języka i potrafił w dosadnych słowach skrytykować błąd pielęgniarki czy lekarza. Ale lubił też pożartować. Gdy na korytarzach Kliniki Chirurgicznej przy ul. Staszica rozlegał się jego głos o charakterystycznym nosowym brzmieniu, podwładni mogli być pewni, że „będzie się działo”.

Na drugi dzień prasa poinformowała o zdarzeniu i o zatrzymaniu podejrzanych studentów. Potem na blisko miesiąc zapadła cisza. Jeden ze sprawców, Benedykt K., był bowiem nie tylko wzorowym studentem, dwukrotnym laureatem nagrody rektorskiej, ale również przewodniczącym Rady Wydziałowej Związku Studentów Polskich, organizacji uchodzącej za akademicką przybudówkę PZPR. Trudno więc się dziwić, że gazety nie rozpisywały się o sprawie.

Prokuratura Powiatowa dla Miasta Lublina zakończyła postępowanie przygotowawcze w niespełna miesiąc po napadzie. Akt oskarżenia przeciwko Benedyktowi K. i Ryszardowi S. wpłynął do Sądu Wojewódzkiego w Lublinie 3 grudnia 1971 r.

Ustalono, że „mózgiem” akcji był Benedykt K. To on wpadł na pomysł napadu na mieszkanie znanego chirurga, z którym de facto miał wykłady na uczelni. Starannie przygotował się do skoku. Z teatru im. Juliusza Osterwy w Lublinie wypożyczył kilka damskich peruk. Dokupił poszczególne części kobiecego stroju. W pierwszych dniach listopada przeprowadził w mieszkaniu docenta rozpoznanie. Udając zatroskanego o chorą matkę syna, bacznie się rozglądał, chcąc poznać rozkład poszczególnych pomieszczeń i miejsce, w którym znajdował się telefon. W plan napadu wtajemniczył Ryszarda S., kolegę ze studiów. Wspólnik, zdaniem biegłych, był jedynie posłusznym wykonawcą poleceń kolegi.

Obaj kierowali się pobudkami materialnymi. Aczkolwiek Benedykt K. twierdził, że impulsem była też kradzież roweru, popełniona na jego szkodę przed kilkoma miesiącami.

– Właśnie od tego się zaczęło… Jakiś bunt wewnętrzny, potrzeba rewanżu – wyjaśniał.

Wyroki zapadły 1 lutego 1972 r. Sąd Wojewódzki w Lublinie uznał oskarżonych winnymi. Skazał Benedykta K. na 10 lat więzienia. Ryszard S. został potraktowany nieco łagodniej. Usłyszał wyrok 7 lat pozbawienia wolności.

Ucieczka jak w filmie

Benedykt K. trafił do zakładu karnego we Włodawie. Pracował tam społecznie, redagował więzienną gazetkę, malował propagandowe plakaty. Miał pozytywny wpływ na współwięźniów. Cieszył się zaufaniem strażników.

Ale nie zamierzał odsiedzieć całego wyroku. 11 listopada 1972 roku, dokładnie w rocznicę napadu, uciekł z więzienia. Tego dnia samochód z zakładu oczyszczania miasta przyjechał do zakładu karnego po odbiór śmieci. Benedykt K., który kręcił się po dziedzińcu więziennym, wykorzystał nieuwagę strażników i wskoczył do bębna śmieciarki. Była to ucieczka jak w sensacyjnym filmie.

Personel zakładu karnego powiadomił milicję, która zorganizowała pościg za zbiegiem. Nie przyniósł on rezultatu. Ze wstępnych ustaleń wynikało, że Benedykt K. wydostał się ze śmieciarki wkrótce po wyjeździe samochodu poza teren więzienia; najprawdopodobniej, gdy kierowca zatrzymał się na światłach.

Były obawy, że będzie chciał się zemścić na oskarżycielu i sędziach, którzy wydali na niego wyrok. Ale trzymał się z daleka od Lublina. Wiadomo, że odwiedził rodzinę w Leżajsku. W marcu 1973 r. został wraz z dziewczyną zatrzymany przez milicję na Wybrzeżu podczas próby nielegalnego przekroczenia granicy. Ponoć chcieli przedostać się do Szwecji. Za ucieczkę z więzienia dołożono mu 2 lata do odsiadki. W całości odbył karę. Po wyjściu na wolność dokończył studia medyczne. Praktykował na prowincji, prawdopodobnie pod zmienionym nazwiskiem. Zmarł na początku XXI wieku.

Profesor Mieczysław Zakryś kierował lubelską Kliniką Chirurgiczną do 1981 roku. Zmarł 26 kwietnia 2001 r. w wieku 91 lat. Jego żona Lucyna odeszła w 1979 r.

tekst i foto Mariusz Gadomski

Zostaw komentarz