WAŻNE
Koniec sezonu – owce do domu (Październik 11, 2019 2:25 pm)
75. lat Państwowego Muzeum na Majdanku (Październik 11, 2019 12:31 pm)
Stulecie praw wyborczych dla Polek (Październik 11, 2019 12:17 pm)
Dłonie, które tańczą wokół głowy (Październik 11, 2019 9:22 am)

W KRAINIE ZMUTOWANEGO DNA

20 sierpnia 2013
Komentarze wyłączone
807 Wyświetleń

Tekst Izabella Kimak

Foto Marcin Pietrusza

 

Na pierwszy rzut oka budynek nasuwa skojarzenia z bunkrem: elewację tworzą długie bloki betonu poprzetykane wąskimi przesmykami okien. Tak wygląda Lubelski Park Naukowo-Technologiczny, inicjatywa powstała kilka lat temu dla – jak czytamy na oficjalnej stronie internetowej – wspierania potencjału naukowego Lubelszczyzny przez współpracę biznesu z nauką i transfer technologii wypracowanych na lubelskich uczelniach. W zakładce „Lokatorzy” pokaźna lista uniwersyteckich jednostek i kilka firm prywatnych, a wśród nich jedyne prywatne laboratorium w Parku – spółka Laboratorium Badań Genetycznych, kierowana przez prof. Jacka Wojcierowskiego. Skąd pomysł, żeby stworzyć i wyposażyć z prywatnych bądź co bądź środków laboratorium specjalizujące się w wykrywaniu genetycznych mutacji? Czy na Lubelszczyźnie jest zapotrzebowanie na tego typu badania? I kim są pacjenci laboratorium?

Prof. Wojcierowski genetyce poświęcił całe swoje życie. W przeszłości kierował Zakładem Genetyki Klinicznej na Uniwersytecie Medycznym w Lublinie, obecnie pełni funkcję wojewódzkiego konsultanta w dziedzinie genetyki klinicznej. Doświadczenie zdobywał między innymi w Szwecji oraz Stanach Zjednoczonych. Jego Laboratorium Badań Genetycznych działa od wielu lat, wcześniej pod nazwą SPI. Początkowo profesor wynajmował pomieszczenia od Uniwersytetu Medycznego, ale gdy odmówił przekazania swojego laboratorium uczelni, firma musiała w 2009 roku poszukać innego lokum. Wybór padł na powstający właśnie Lubelski Park Naukowo-Technologiczny.

Laboratorium inne od pozostałych

Oprowadzając nas po swym laboratorium, prof. Wojcierowski nie kryje dumy z faktu, że całość laboratoryjnego sprzętu została sfinansowana ze środków spółki. – To jest prywatne laboratorium. My nie dostaliśmy od nikogo ani złotówki dotacji, ani od Unii, ani od państwa. Zresztą ja osobiście uważam, że takie dotacje są niemoralne. Jeśli takie laboratorium nie jest w stanie utrzymać się samo, to życie na żebraninie nie jest dobre – mówi prof. Wojcierowski. Jeśli chodzi o środki unijne, profesor miał nawet zamiar starać się o dotację na zakup sekwenatora, nowoczesnego urządzenia niezbędnego do badań genetycznych. Nowy sekwenator kosztuje bez mała milion złotych, wydatek to więc niebagatelny dla prywatnej spółki. Z zamiaru starania się o unijną dotację profesor zrezygnował po tym, jak dowiedział się, że za samo przygotowanie aplikacji zewnętrzna firma policzy sobie… 60 tysięcy złotych. – To byłyby najdroższe strony, jakie w życiu widziałem – śmieje się na wspomnienie niedoszłej aplikacji. A że profesor marnotrawstwa nie lubi jak mało czego, podziękował za współpracę, a za pieniądze, które miały posłużyć jako wkład własny, kupił w Niemczech sekwenator używany, w bardzo dobrym stanie, który w laboratorium służy do dziś.

Prof. Wojcierowski wydaje się człowiekiem nie z tej epoki, bynajmniej nie z powodu swego dość zaawansowanego już wieku, ale z powodu wartości, którymi się kieruje. A są to wartości, hmm, niezbyt rynkowe. Choć Laboratorium Badań Genetycznych to prywatna firma, a z definicji każdy przedsiębiorca jest zorientowany przede wszystkim na zarabianie pieniędzy, wydaje się, że w LBG nie do końca o zarabianie pieniędzy chodzi, a przynajmniej nie w pierwszej kolejności. Oczywiście, prof. Wojcierowski nie ukrywa, że zależy mu na tym, żeby laboratorium się finansowało, wszak za płace pracowników, wynajem pomieszczeń czy sprzęt i odczynniki laboratoryjne trzeba zapłacić. Ale nie zależy mu na zarabianiu za wszelką cenę. Laboratorium ma podpisaną umowę z NFZ na niezbyt wysoką kwotę – około 10 tysięcy złotych miesięcznie. Profesor stara się gospodarować tą sumą oszczędnie i przeprowadza te badania, które oferują największą szansę na prawidłową diagnozę mutacji genetycznej. – My staramy się uruchamiać te badania, które nie są drogie. Staramy się, żeby NFZ nie musiał płacić pieniędzy, jak nie trzeba – twierdzi.

Dla przykładu, chcąc określić prawdopodobieństwo wystąpienia raka piersi, w LBG bada się na ogół tylko gen BRCA1, a więc jeden z dziesięciu genów, których mutacja może spowodować nowotwór. Ze względów finansowych nie bada się też całej sekwencji genu, ale trzy polimorfizmy, które obejmują 80 procent wszystkich podatności na nowotwór. Koszt badania to 360 zł. Niedużo, zważywszy, że badania genetyczne cieszą się niezasłużoną opinią drogich i niezrozumiałych.

Między potrzebą a koniecznością

Komu zatem badania genetyczne są potrzebne? Czy w ogóle warto się fatygować, a czasami jeszcze płacić za nie z własnej kieszeni? Prof. Wojcierowski przekonuje, że warto. – Na 100 pań, o których nic nie wiemy, 12 zachoruje na raka piersi. Na 100 pań z mutacją genu BRCA1 zachoruje 65 – mówi. Pytanie, po co komu taka wiedza? Czy nie lepiej żyć w błogiej nieświadomości i cieszyć się życiem, zanim choroba zaatakuje? Otóż nie. Wiedza o mutacji genu odpowiedzialnego za nowotwór pozwala wcześnie zdiagnozować chorobę, a tym samym skutecznie ją leczyć. Kto więc powinien się zbadać? Badaniu powinny poddać się osoby, w których rodzinach występowały nowotwory, zwłaszcza w bliskiej linii pokrewieństwa, a więc u rodziców czy rodzeństwa.

Jak się do tego zabrać? Co ciekawe, nie trzeba mieć skierowania ze szpitala, choć LBG ma podpisane umowy o współpracy z kilkoma szpitalami w regionie i te kierują pacjentów na badania. Można jednak umówić się na wizytę w Laboratorium Badań Genetycznych osobiście. Prof. Wojcierowski jako specjalista w zakresie genetyki klinicznej jest uprawniony do określenia, czy za badanie pacjenta zapłaci NFZ, czy trzeba je będzie pokryć z własnych środków. Samo badanie jest bardzo proste, w gabinecie przyjęć pobiera się od pacjenta krew, która trafia do kolejnego pomieszczenia, gdzie badaniami zajmują się diagności laboratoryjni. Podczas naszej wizyty biotechnolożki Justyna Pękała i Joanna Sajewicz błyskawicznie reagują na rozlegający się co chwilę sygnał timera, na przykład przekładając coś przypominającego kawałek tekturki z jednej probówki do drugiej. Fachowo nazywa się to barwieniem DNA. W  międzyczasie pokazują nam fragmenty DNA na monitorze komputera i w laboratoryjnej ciemni.

W Laboratorium Badań Genetycznych prowadzi się badania w kierunku określenia podatności na choroby nowotworowe (głównie raka piersi, jajników, jelita grubego i żołądka) oraz te związane z zaburzeniami prokreacyjnymi (przy niemożności zajścia w ciążę oraz poronieniach nawykowych). Dlaczego laboratorium specjalizuje się tylko w tych dwu dziedzinach, skoro sam prof. Wojcierowski twierdzi, że dziedzin jest kilkadziesiąt, a chorób genetycznych kilkanaście tysięcy? Odpowiedź jest prosta: z braku pieniędzy oraz zapotrzebowania. Prof. Wojcierowski tłumaczy, że jego laboratorium jest przygotowane do przeprowadzania badań również w innych kierunkach, na przykład w diagnostyce prenatalnej, której w Lublinie w ogóle się nie robi. Prof. Wojcierowski wysłał pracownika na szkolenie do Warszawy, zakupił odczynniki i wystąpił do szpitali w regionie z ofertą badań amniocytów pobranych w szpitalu. Co działo się dalej? Profesor wyjaśnia: – Od tamtej pory minęło już z 7 lat i nikt nigdy nam ani jednej próbki nie przysłał. Odczynniki poszły do kosza. Pytany o powody ewidentnego oporu lekarzy wobec badań prenatalnych, prof. Wojcierowski chwilę się waha, a następnie stawia dość niepochlebną diagnozę własnemu środowisku. Z jego słów wynika, że lekarze chcą po prostu uniknąć kłopotów, a badania prenatalne to dla szpitala same kłopoty. Gdyby okazało się na przykład, że płód jest uszkodzony genetycznie, wtedy w myśl obowiązujących przepisów pacjentka miałaby prawo do przerwania ciąży, a fakt to powszechnie znany, że lubelskie szpitale odmawiają przeprowadzania takich zabiegów. Wygląda więc na to, że lekarze wychodzą z założenia, że lepiej nie diagnozować i mieć problem z głowy.

Tam, gdzie nie starcza wyobraźni

Innych badań – na przykład w kierunku choroby Alzheimera, zaburzeń immunologicznych czy skazy krwotocznej – nie wykonuje się z kolei z powodów czysto finansowych. Prof. Wojcierowski się jednak nie poddaje. Rozmawia z NFZ, tłumaczy konieczność przeprowadzania badań genetycznych, edukuje w tym zakresie środowisko lekarskie. Rozumie finansowe problemy polskiego systemu opieki zdrowotnej, ale nie ustaje w wysiłkach, żeby wywalczyć genetyce należne jej miejsce. Choć traktowana po macoszemu w programach studiów medycznych na polskich uczelniach, genetyka na Zachodzie uważana jest za jedną z najważniejszych dziedzin medycyny. Prof. Wojcierowski jest zdania, że podobnie powinno być w Polsce, i konkluduje: – To wcale nie jest trudne, ale wymaga jednak ociupinkę wysiłku, żeby wiedzieć, o co chodzi. 

Komenatrze zostały zablokowane