WAŻNE
Międzynarodowe Spotkania Folklorystyczne (Lipiec 19, 2019 12:50 pm)
Miasteczko w mieście (Lipiec 19, 2019 9:36 am)
Pakiet na nowy start (Lipiec 18, 2019 11:24 am)
Laureat Diamentowego Grantu (Lipiec 17, 2019 10:45 am)

W stulecie lubelskiej adwokatury  

14 lutego 2019
258 Wyświetleń

O meandrach zawodu adwokata, etyce zawodowej, historii adwokatury w Lublinie i o sztuce czytania akt sądowych od końca z mecenasem Stanisławem Marią Estreichem, dziekanem Okręgowej Rady Adwokackiej w Lublinie, rozmawia Grażyna Stankiewicz, foto Natalia Wierzbicka.

 

Czy lubelska adwokatura w jakiś sposób atmosferą, tradycją, klimatem różni się od innych adwokatur w Polsce?

 

– Wszystkie małe ojczyzny mają swoje odrębności. Na Lubelszczyźnie mamy wspaniałych ludzi, których cechują takie wartości, jak serdeczność, życzliwość i gościnność. Historia naszej Izby sięga początku niepodległości Polski i obejmowała w różnych okresach duże terytorium – Kresy Wschodnie, a nawet Kielce. Byli tu adwokaci z Wilna, ze Lwowa. Ci ludzie i ich historie tworzyły podstawy adwokatury, przekazywane kolejnym pokoleniom. Być może właśnie ta różnorodność stanowi nasze odrębne dziedzictwo.

 

A co ze schedą po zaborcach? Niezależnie od sytuacji środowisko przecież funkcjonowało w czasie zaborów.

 

– Oczywiście, że tak. Adwokaci zawsze stanowili ostoję polskości i ich działania, czy to w ramach pełnionych urzędów, czy walki zbrojnej w powstaniach, zapisały się w historii naszego kraju. Należy pamiętać, że w Lublinie już w 1915 roku pojawiły się początki władzy polskiej, głównie samorządowej, gdy zaborca austriacki zajął Lublin po Rosjanach, a jego dużo bardziej liberalne ustawodawstwo pozwalało na próby restytucji państwa. Pięknie to opisała pani Ewa Bajkowska, wnuczka pierwszego prezydenta Lublina, w książce pt. „Wierni. Opowieść rodzinna”, której wydanie wsparła adwokatura. To historia jej rodziny, której bohaterowie żyli w tamtych czasach i uczestniczyli w tych wydarzeniach. Autorka uchwyciła atmosferę, ale i trudności, jakie należało przezwyciężyć, żeby w państwie, którego nie było przez ponad 100 lat, zorganizować przy trzech różnych prawodawstwach i tak różnych wpływach zaborców coś, co powstało i trwa nadal. Lublin jest miejscem, gdzie procesy te zachodziły od 1915 roku, kiedy po raz pierwszy do Lublina wjechali polscy ułani.

 

Tworzyła się historia. Ale i entuzjazm udzielał się wszystkim.

 

– Do Lublina przybywali młodzi ludzie, którzy służyli w różnych armiach, teraz chcąc służyć Polsce. Należało otoczyć ich opieką. Brakowało żywności, kwater. Temu wszystkiemu próbowali zaradzić lublinianie. Przykładem może tu być Gospoda dla Legionistów, mieszcząca się przy ulicy Namiestnikowskiej – dziś Narutowicza, gdzie ludzie ci mogli znaleźć pomoc, ciepło i posiłek – namiastkę domu.

 

Transformacje ustrojowe to zawsze jest dobry czas dla prawników.

 

– Faktycznie, w tych czasach rola adwokatów była ogromna. W okresie zaborów kariera sądowa była postrzegana jako etycznie wątpliwa. Grono uzdolnionych i wartościowych ludzi funkcjonowało w adwokaturze. Wspaniałym przykładem jest postać adwokata Wacława Bajkowskiego, który zaangażował się w organizowanie samorządu lokalnego w Lublinie i który w 1916 roku został wybrany pierwszym prezydentem Lublina. Kolejnym prezydentem Lublina był również adwokat Jan Turczynowicz, późniejszy dziekan naszej Rady Adwokackiej. W zasadzie wszelkiego rodzaju stanowiska wysokiego szczebla piastowali prawnicy, a wielu z nich było adwokatami. Jak się analizuje losy tych ludzi i ich osiągnięcia, to możemy być dumni z naszego zawodu.

 

Pan też ma adwokackie korzenie.

 

– Adwokatem zostałem pod wpływem mojego ojca Stanisława Witolda, który piastował funkcję wicedziekana Rady Adwokackiej w Lublinie. To był wspaniały człowiek – społecznik, działał w komitecie odbudowy katedry, był radcą prawnym w muzeum na Majdanku, a także cenionym cywilistą. Niestety, ojciec osierocił mnie, kiedy miałem 8 lat. Natomiast mama Feliksa od dziecka wpajała mi potrzebę pomagania ludziom. W moim zawodzie zdarzają się chwile ogromnej satysfakcji, np. kiedy uda się obronić kogoś, kto miał spędzić życie w zakładzie karnym, będąc niewinnym. Wtedy powinność adwokata nabiera właściwego wymiaru.

 

Dlaczego właśnie adwokatura? Nie chodziło Panu po głowie, by zostać sędzią lub prokuratorem?

 

– Kiedy kończyłem studia, droga do zawodu adwokata była bardzo skomplikowana. Dopiero po odbyciu trwającej dwa lata aplikacji sądowej lub prokuratorskiej można było ubiegać się o trzyletnią aplikację adwokacką. Przyszli prokuratorzy czy sędziowie mogli już pracować w zawodzie, natomiast aplikantów adwokackich czekała dalsza nauka i egzamin. Aplikant zarabiał 2200 złotych, pensje prokuratorów i sędziów były dwa razy większe. Trzeba podkreślić, że w owych czasach pobory te były bardzo niskie. Po skończonej aplikacji prokuratorskiej zaproponowano mi etat w Lublinie, co w tamtym czasie było rzadkością, bo zwyczajowo wszyscy młodzi ludzie zaczynali wtedy od pracy w terenie. Wybrałem odbywanie aplikacji adwokackiej i po roku oczekiwania rozpocząłem pracę w Chełmie, dopiero później zostałem przeniesiony do Lublina. Egzamin adwokacki zdałem na piątkę. Dało mi to prawo wyboru miejsca wykonywania zawodu. Zostałem w Lublinie. Nie ukrywam, że moje wcześniejsze doświadczenia z pracy w terenie uważam za świetną szkołę życia i zawodu. Spotkałem się wówczas z wszelkiego rodzaju kategoriami spraw.

 

Jaki wpływ ma Rada Adwokacka na kształtowanie i edukowanie młodego pokolenia adwokatów?

 

– Jest to bardzo ważny aspekt naszej działalności. Ostatni egzamin adwokacki w marcu ubiegłego roku był ogromnym sukcesem Lubelskiej Izby Adwokackiej – nasi aplikanci uzyskali najlepsze wyniki w kraju. Niezależnie od wiedzy prawniczej, duży nacisk kładziemy na zasady etyki zawodowej. Nasz kodeks etyki powstawał wraz z adwokaturą i liczy sobie również 100 lat. Niektóre dawne zasady mogą dziś wydawać się żartobliwe, niemniej podstawy postępowania i zasady deontologii, by najogólniej mówiąc, zawsze postępować rzetelnie i uczciwie – pozostaną na zawsze. Etyka jest jednym z przedmiotów Egzaminu Adwokackiego. Za przykład surowego rozumienia właściwych zasad zachowania i należytego stosunku do organów, który przejawia nie tylko właściwym zachowaniem, ale i strojem – niech posłuży ukaranie w 1930 roku przez sąd dyscyplinarny na Kresach adwokata, który przystąpił do czynności w kaloszkach, a podkreślić należy, że były to jedynie nakładki ochronne na eleganckie buty, co uznano za nielicujące z powagą zawodu i powagą sądu.

 

Ale przecież chodziło nie tylko o kalosze…

 

– Kiedyś zasady gwarantowały właściwą hierarchię. Na przykład niemożliwe było połączenie w ramach jednej rodziny zawodu adwokata, sędziego, prokuratora czy nawet wysokiego rangą policjanta. Natomiast teraz nie ma tych ograniczeń, co wpływa na rozluźnienie pewnych zasad. Ale staramy się zwracać na to uwagę.

 

Jaką rolę w środowisku palestry odgrywają Rada Adwokacka i Izba Adwokacka?

 

– Rada Adwokacka przyjmuje na siebie odpowiedzialność za funkcjonowanie adwokatury w okresie między zgromadzeniami, które odbywają się raz do roku, to coś na kształt parlamentu. Mamy określone obowiązki – dziekan, dwóch wicedziekanów, prezydium i członkowie Rady Adwokackiej. Funkcjonuje również pion rzecznika dyscyplinarnego i sądownictwo dyscyplinarne, które są niezależnie od rady. Adwokaci i aplikanci adwokaccy stanowią Izbę Adwokacką w Lublinie i obecnie jest nas ponad 1 000 osób.

 

A jak dzisiaj wygląda ścieżka kariery?

 

– Aplikacja adwokacka rozpoczyna się bezpośrednio po studiach egzaminem wstępnym. Przez trzy lata aplikanci w czasie szkoleń zdobywają wiedzę teoretyczną i wiedzę praktyczną w kancelariach adwokackich, u przydzielonych im patronów, spełniających określone warunki. Egzamin adwokacki jest egzaminem pisemnym przygotowywanym przez Ministerstwo Sprawiedliwości. Ubolewam, że odeszło się od formy egzaminu ustnego. Bezpośredni kontakt z kandydatem na adwokata pozwalał ocenić, czy dana osoba posiada odpowiednie predyspozycje.

 

Krąży opinia, że adwokaci niechętnie przyjmują do swojego środowiska nowe osoby, a kancelarie stają się rodzinną sukcesją.

 

– Jest to stwierdzenie błędne, jak wspomniałem, tej tezie przeczy chociażby ilość adwokatów w Izbie Lubelskiej. W tej chwili w Izbie Lubelskiej zgłoszonych jest ponad tysiąc osób. A przecież ta ogromna liczba nie jest spowodowana zapotrzebowaniem na rynku. Dodajmy do tego radców prawnych, których jest prawie trzy razy więcej. Tak więc podaż usług prawniczych jest ogromna, natomiast tych spraw nie ma. Dlatego myślę, że jest troszeczkę niewłaściwa polityka działania w stosunku do młodych osób, których się nie uprzedza o tym, że może mieć miejsce tego rodzaju sytuacja. Do tego tworzy się pewne miraże, w szczególności na wyższych uczelniach, gdzie panuje opinia, że ktoś, kto kończy wydział prawa i odbędzie aplikację, będzie żył godnie. Jeśli chodzi o dziedziczenie kancelarii, to należy pamiętać, że na sukces składa się wiele czynników. Samo przekazanie kancelarii następcy nie gwarantuje pomyślności zawodowej. Kancelaria adwokacka nie stanowi żadnego majątku, a jest jedynie miejscem, gdzie adwokat wykonuje pracę, jeśli więc jego następca nie ma ku temu predyspozycji, przekazanie tej kancelarii nie ma żadnego sensu. Tradycja rodzinna jest wspaniałym zwyczajem w szeregu zawodów: lekarzy, nauczycieli, górników, adwokatów.

 

Jaki jest obecnie poziom przygotowania do zawodu?  

 

– Moja świętej pamięci mama mówiła, że przed wojną matura była tym, co za moich czasów studia. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że w dawnej szkole podstawowej młody człowiek z ambicjami posiadał wiedzę na poziomie niektórych dzisiejszych studiów wyższych. Okręgowa Rada Adwokacka dokonuje wszelkich starań, by poziom przygotowania do wykonywania zawodu był jak najwyższy, zaś o stałe dokształcania adwokatów dbamy, organizując szereg obowiązkowych szkoleń zawodowych.

 

Dlaczego na Pana biurku nie ma komputera?

 

– Kiedy ja zaczynałem aplikację, jedynym dostępnym urządzeniem była maszyna do pisania. W zasadzie wszystko pisało się ręcznie. Żeby zawrzeć jakąś myśl, należało ją skondensować. Tymczasem obecnie na porządku dziennym jest tworzenie, jak to ładnie ujął Sąd Najwyższy, pism procesowych, które uległy elefantyzacji. Chodzi o honoraria zależne od ilości wydrukowanych stron. Niektórzy prawnicy już nie noszą teczek, tylko ciągną za sobą walizki ze swoimi dziełami, które merytorycznie nie są aż tak wartościowe. Skondensowany materiał zmieściłby się na dwóch stronach.

 

A autorytety, relacja mistrz – uczeń?

 

– Odejście od tego bezpowrotnie wiele zmieniło na gorsze. Przed laty pisemne egzaminy należały do rzadkości, ważna była relacja z cieszącymi się autorytetem wykładowcami, dyskusja lub dochodzenie do pewnych zasad zdobywania wiedzy. Jest to niemożliwe przy edukowaniu tak dużej ilości osób. To odbija się na poziomie wiedzy, która aktualnie sprawdzana jest przede wszystkim w formie egzaminów testowych. Daleki jestem od twierdzenia, że poprzednie nabory na aplikację były doskonałe, ale dawały możliwości indywidualnego sprawdzenia wiedzy i cech predysponujących danego kandydata do wykonywania zawodu. Dzisiaj obsługa prawna i pisanie tylko pism procesowych bez występowania w sądach prowadzi do utraty wartości i walorów wszystkich zawodów prawniczych. Uczono mnie, że umysł ludzki jest najdoskonalszym instrumentem i żebyśmy z niego korzystali. A dziś? Po co nam myśl ludzka?

 

Sam przygotowuje się Pan do sprawy czy korzysta Pan ze sztabu współpracowników?

 

– Żeby być dobrym w danym zawodzie, należy być w jakiejś mierze specjalistą. Trzeba korzystać z wiedzy, pomocy i współpracy, które to gwarantują szerokie spektrum widzenia na dane zagadnienie. Kiedy przygotowuję się do obrony, akta czytam od tyłu, nigdy od początku. Jeśli klient jest oskarżony o popełnienie przestępstwa i nie przyznaje się do winy, to czytając zeznania od początku, tworzymy pewną koncepcję obrony. Tymczasem w ostatnim protokole oskarżony zmienia zdanie i przyznaje się, więc cała praca staje się bez sensu. Gdy czytamy akta, zastanawiamy się, w jakim kierunku może pójść nasza obrona. Czy jesteśmy w stanie walczyć o uniewinnienie, czy wykazać te elementy, które będą przemawiały za łagodniejszą karą.

 

Na ile adwokat powinien być obiektywny, a na ile może stanąć za swoim klientem?

 

– Najbardziej emocjonujące są sprawy karne. To, że adwokat rozpoczyna współpracę z klientem, nie oznacza, że nie ma niezależnej sytuacji procesowej. Naszym obowiązkiem jest wykorzystać wszystko to, co jest najlepsze dla naszego klienta, stojąc na straży realizacji jego praw. Udzielamy pomocy wtedy, kiedy już się coś wydarzy. Otaczanie opieką prawną klienta, który ma zamiar popełnić przestępstwo, nie będzie wykonywaniem zawodu, a rolę takiej osoby można określić mianem mafijnego consigliere.

Wracając do autorytetów. W skali całej Pańskiej kariery – kto dla Pana był ważny i dlaczego?

 

– Cenię ludzi, którzy w tym, co robią, są mądrzy, oddani sprawie, a przede wszystkim prezentują postawę, która pozwala na pewną dyskusję. Nie potrafię wskazać jednej osoby, która była dla mnie takim drogowskazem, aczkolwiek z wieloma wspaniałymi ludźmi się spotykałem i spotykam. Mam zasadę, żeby traktować równo wszystkich ludzi. Bo człowiek jest tylko człowiekiem, natomiast losem można pokierować tak czy inaczej.

 

Jest taka umiejętność odcięcia się od spraw zawodowych w piątek po południu?

 

– Kiedy zacząłem wykonywać zawód w Zespole Adwokackim nr 1 przy Alejach Racławickich w Lublinie, w dwóch pomieszczeniach pracowało piętnastu adwokatów, zaś w trzecim urzędowała sekretarka. Wówczas z żelazną konsekwencją obiecałem sobie, że od piątku do niedzieli nie pracuję zawodowo. Zdarzały się wyjątki, kiedy stosowano areszty, np. w Wielki Piątek. Ale nigdy nie umawiam się na sobotę czy niedzielę, a już w piątek staram się ładować akumulatory. Czasami łapię się na tym, że kiedy klient zaczyna do mnie mówić, a ja wiem, co chce powiedzieć, to znak, że jak najszybciej należy pójść na urlop. Dlaczego? Żeby dobrze wykonywać swoje powołanie.

 

A lubi Pan poniedziałki?

 

– Bywają przyjemniejsze dni, aczkolwiek nie jest to dla mnie tragedia. Oczywiście w moim zawodzie mógłbym sobie pozwolić na to, aby raz czy drugi nie przyjść. Ale kiedy zaczynam trochę później pracę, to zawsze brakuje mi nie jednej godziny, tylko połowy dnia. Rano praca jest najefektywniejsza, umysł jasno myśli, a to w moim zawodzie jest bardzo ważne. Przy czym to, co robimy, należy kochać. Gdyby los cofnął mnie do lat młodości i ponownie dałby mi prawo wyboru w kwestii zawodu – wybrałbym to samo.

 

 

Stanisław Maria Estreich, rocznik 1951, absolwent Wydziału Prawa i Administracji UMCS w Lublinie, aplikant prokuratorski i adwokacki, od 1980 roku adwokat. Dziekan Okręgowej Rady Adwokackiej – obecnie 4 kadencji.

Dwukrotny Sędzia Trybunału Stanu, wieloletni przewodniczący Komisji Integracji Środowiskowej, Kultury, Sportu i Turystyki Naczelnej Rady Adwokackiej. Współtwórca licznych wydarzeń, m.in. Dni Kultury Adwokatury w Krakowie, odznaczony odznaką Adwokatura Zasłużonym. Jowialny, otwarty, dowcipny. Twierdzi, że intensywna praca, którą kocha wymaga intensywnego wypoczynku – narty, rower, motocykl, jacht, wędkarstwo. Obieżyświat, podróżuje camperem. Lubi teatr i film, ostatnio oglądał  „Bohemian Rhapsody”.

 

Zostaw komentarz