fbpx

Z wysokiego C. „Tosca”, czyli pierwsza premiera Opery Lubelskiej

25 września 2023
1 945 Wyświetleń

22 września na deskach Sali Operowej CSK w Lublinie Opera Lubelska zainaugurowała swoją działalność. Dyrektor Kamila Lendzion wysoko postawiła sobie poprzeczkę, wybierając na pierwszą premierę „Toscę” Giacoma Pucciniego – dzieło tyleż piękne, co trudne wykonawczo. W ostatnich 5 latach tylko dwie polskie sceny przygotowały premiery tego tytułu: Teatr Wielki – Opera Narodowa i Opera Wrocławska.

Siłą i marką Teatru Muzycznego w Lublinie była klasyczna operetka, która już praktycznie zniknęła z polskich teatrów muzycznych. Opera Lubelska podąża podobną drogą: „Tosca” w reżyserii Tomasza Mana idzie wbrew powszechnemu trendowi uwspółcześniania libretta, zmieniania sensów, przenoszenia akcji w inne czasy i miejsca. Reżyser opowiedział historię zgodnie z zamysłem librecistów (Luigiego Illiki i Giuseppe Giacosy), zwracając szczególną uwagę na relacje między bohaterami, wydobywając z nich prawdę emocjonalną. Man udowodnił, że chociaż akcja „Toski” rozgrywa się w Rzymie w 1800 roku, jej tematyka – miłość, zazdrość, polityka – jest aktualna do dzisiaj.

Novum wprowadzonym przez Tomasza Mana jest postać Anioła Śmierci, który jest obecny na scenie od pierwszej do ostatniej nuty. To bardzo poruszające memento mori, i bardzo dobrze oddające charakter „Toski” – w końcu w operze ginie troje jej głównych protagonistów. W tę rolę wcielił się Wojciech Pyszniak, solista baletu Opery Lubelskiej. Stworzył niezwykłą kreację – nie wypowiadając ani słowa, ruchem scenicznym (za który odpowiadał Artur Dobrzański) przekazał wiele treści. Końcowa scena, w której Anioł Śmierci otula skrzydłami Toscę, zostaje w pamięci widza na długo (świetny zabieg reżyserski Mana).

W warstwie wizualnej, za którą odpowiedzialne były Anetta Piekarska-Man (scenografia i kostiumy) oraz Zuzanna Piekarska (wizualizacje), postawiono na minimalizm. Jak tłumaczyła Piekarska-Man podczas przedpremierowej konferencji prasowej, podjęła taką decyzję, bo uważa, że w operze najważniejsi są śpiewacy. Faktycznie, nie ma tutaj monumentalnej scenografii, ale uzupełniają ją dopracowane wizualizacje Piekarskiej wyświetlane na ekranach LED, dające trójwymiarowy efekt. Kostiumy natomiast dobrze oddawały charakter postaci (dominującą osobowość Scarpii, czystość intencji Cavaradossiego czy pobożność Toski). Wrażenie robi kontrast pomiędzy prostą, czarną sukienką Toski z I aktu oraz błyszczącą, białą kreacją (z okazałym diademem przypominającym monstrancję) z aktu II.

„Tosca” to opera werystyczna, do czego realizatorzy podeszli z pietyzmem, oddziałując nie tylko na nasze zmysły wzroku i słuchu, ale i węchu: w I akcie czuć zapach kadzidła, a pod koniec aktu III – siarki.

Dyrektor Kamili Lendzion udało się zebrać wspaniałą obsadę głównych ról – solistów z najważniejszych polskich scen muzycznych. W rolę tytułową wcieliła się sopranistka Karina Skrzeszewska (która współpracowała m.in. z Operą Wrocławską, Operą Śląską w Bytomiu, Operą Krakowską czy Narodową Orkiestrą Symfoniczną Polskiego Radia). Był to debiut sceniczny Skrzeszewskiej w roli Toski, w co trudno uwierzyć – bo jest to rola jakby napisana dla niej. Violetta Valéry z „Traviaty” Giuseppe Verdiego, którą Karina Skrzeszewska również wykonywała w spektaklu (wówczas) Teatru Muzycznego w Lublinie, nie pozwoliła jej do końca rozwinąć skrzydeł. Natomiast Tosca eksponuje wszystkie atuty artystki, zarówno w warstwie wokalnej, jak i aktorskiej. Skrzeszewska może pokazać pełną skalę swojego głosu – ma piękną barwę w dolnych rejestrach i brzmi czysto, śpiewając najwyższe dźwięki. A przede wszystkim technikę łączy z ogromnymi emocjami, bo Tosca to kobieta z krwi i kości, silna i zdecydowana, aby walczyć o siebie i swoją miłość – za wszelką cenę. W interpretacji Skrzeszewskiej jest wszystko, co zapisane w libretcie i partyturze: pobożność, miłość, troska, zazdrość, determinacja i duma.

W roli Cavaradossiego wystąpił Tadeusz Szlenkier – tenor, który śpiewał w wielu spektaklach Teatru Wielkiego – Opery Narodowej (m.in. w koprodukcjach z Metropolitan Opera), a teraz robi karierę na niemieckich scenach operowych. Jego aria „E lucevan le stelle” porusza siłą przekazu. Ma się wrażenie, że najtrudniejsze dźwięki śpiewa bez żadnego wysiłku, że są dla niego naturalne jak oddech. Szlenkier stworzył też przekonującą kreację aktorską, uwypuklając wrażliwość swojego bohatera.

Postać Scarpii wykreował Mariusz Godlewski – baryton, który za tę rolę otrzymał Teatralną Nagrodą Muzyczną im. Jana Kiepury w kategorii „Najlepszy śpiewak”. Nic dziwnego, bo Godlewski nie gra Scarpii, on nim po prostu jest. Kiedy pojawia się na scenie w I akcie, doskonale rozumiemy późniejsze słowa Toski: Avanti a lui tremava tutta Roma („Drżał przed nim cały Rzym”). Scarpia w interpretacji Godlewskiego jest człowiekiem, który nie znosi sprzeciwu – wrogów, podwładnych czy kobiety, którą sobie upodobał. Groźny, despotyczny i lubieżny – prawdziwy czarny charakter. Jest to również świetnie zaśpiewana partia. Zwłaszcza za podniosłe „Te Deum” zaśpiewane razem z chórami należą się Mariuszowi Godlewskiemu wielkie brawa.

Warto wyróżnić także Dariusza Macheja (współpracującego m.in. z Teatrem Wielkim – Operą Narodową, Teatrem Wielkim w Łodzi i Operą Wrocławską), który stworzył niewielką, ale charakterystyczną rolę Zakrystiana. Machej swoim talentem aktorskim wniósł do tej mrocznej opery element komiczny, kreując postać niemal jak z opery buffa.

Serca publiczności na pewno skradł chór dziecięcy Opery Lubelskiej. Jednak dzieci nie były tylko uroczym dodatkiem – zostały profesjonalnie przygotowane przez Małgorzatę Papiewską, artystkę chóru Opery Lubelskiej, i brzmiały pięknie.

Chociaż we współczesnym teatrze operowym reżyserzy próbują kreować się na gwiazdy, to jednak w operze najważniejsza jest muzyka. A ta była najsilniejszym punktem „Toski” w realizacji Opery Lubelskiej. 69-osobową orkiestrę Opery Lubelskiej poprowadził Vincent Kozlovsky (który jest również kierownikiem muzycznym OL). Aż trudno uwierzyć, że dyrygent ma tylko 33 lata, bo jego prowadzenie orkiestry odznaczało się opanowaniem, dojrzałością i doświadczeniem. Kozlovsky wydobył cały dramatyzm muzyki Pucciniego; orkiestra grała z niesamowitą ekspresją, niosąc śpiewaków i napędzając akcję. Właśnie na współpracę Vincenta Kozlovsky’ego z solistami warto zwrócić uwagę, bo dyrygentów, którzy naprawdę słuchają śpiewaków i którzy za nimi podążają, nie jest wielu.

Opera Lubelska swoją pierwszą premierą udowodniła, że mieszkańcy Lubelszczyzny nie muszą jeździć do Warszawy czy Łodzi, żeby doświadczyć spektaklu operowego na naprawdę wysokim poziomie.

tekst Anna Ignasiak, foto Piotr Jaruga

Zostaw komentarz