fbpx

Żywot spoconego pałkarza

13 maja 2015
Komentarze wyłączone
1 356 Wyświetleń

IMG_9201Baseball „po polsku” to taki bez piłki, co w domyśle oznacza okładanie przeciwnika pałką i porachunki osiłków w przysłowiowych dresach. Całości dopełnia kaszkietówka z logo drużyny New York Yankees i mamy wizerunek „bejsbola”, jakże daleki od sportowego pierwowzoru!

Baseball jest dziś jedną z najlepiej zarabiających dyscyplin sportowych. Dla Amerykanów jest sportem narodowym, a jego oddziaływanie znacznie przekracza sferę sportu. Mecze są tam czymś w rodzaju święta, połączonego z wielką fetą i rodzinnymi spotkaniami. Czapeczka baseballowa stała się najpopularniejszym nakryciem głowy. Na punkcie baseballu szaleją też Japończycy. Ogromną popularnością cieszy się na Dominikanie i w Wenezueli.

Historia gry wywodzi się z różnego rodzaju gier ludowych z pałką i piłką, przywiezionych przez europejskich emigrantów do Ameryki, takich jak angielska gra rounders i krykiet. Być może pewne elementy zaczerpnięto także z polskiego palanta, który ze Śląska trafił z emigrantami do Nowego Świata. Niektórzy dopatrują się początków baseballu w starożytnym Egipcie. W 1834 roku wydanej w USA Księdze sportów pojawia się po raz pierwszy nazwa baseball, a pierwszy amerykański klub baseballowy Knickerbocker Baseball Club powstał w 1845 roku w Nowym Jorku.

IMG_9614W Polsce znano baseball jeszcze przed wojną. Nie chwycił jednak za serca. Dopiero pod koniec lat 70. XX wieku coś drgnęło i z przekształconego Polskiego Związku Piłki Palantowej i Baseballu powstał Polski Związek Baseballu i Softballu z siedzibą w Rybniku. Z tego miasta wywodzi się też niekwestionowana królowa pierwszych lat istnienia baseballu w Polsce – drużyna Silesia Rybnik, która w 1983 roku rozegrała pierwszy w powojennej historii Polski mecz z holenderską drużyną Foresters Heilo, który przegrała z wynikiem 1:20. Wkrótce potem powstały kolejne polskie drużyny, a w 1985 roku wystartowała liga. Mimo trzydziestoletniej historii rozgrywek ligowych baseball nadal jest w Polsce sportem niszowym. Pewnie dlatego do szerszej świadomości nie przedarła się wiadomość o tym, że w Lublinie jest kompletna drużyna, z trenerem z prawdziwego zdarzenia i gronem oddanych zawodników.

Początki to rok 1995, kiedy Igor Gorzelski, ówczesny zawodnik niemieckiej drużyny Bonn Capitals, spędzając wakacje w rodzinnym Lublinie, prowadził wakacyjną szkółkę baseballu dla młodzieży. Wtedy ziarno zamiłowania dla tej dyscypliny zakiełkowało w sercach kilku chłopców. Jednak trener wrócił do Niemiec i inicjatywa umarła śmiercią naturalną. Ale w 2012 roku zebrało się kolejne grono zapaleńców, a wśród nich narybek z wakacyjnej szkółki! Zaczęły się spotkania, treningi, a dzięki aktywności w internecie dowiedział się o ich działaniach pan Igor. Zjednoczonymi siłami doprowadzili do powstania drużyny Ravens Lublin.

Trzeba się nas bać

IMG_9593Nazwa nie jest przypadkowa. Maciek, szczupły student informatyki, utykając przez kontuzję, której nabawił się na meczu, oprowadza mnie po boisku i opowiada.

Szukaliśmy nazwy, która będzie odzwierciedlać cechy według nas ważne, a jednocześnie czegoś, co wzbudzi respekt. Padło na kruka, bo to dzielny, silny i mroczny ptak. Kruk w logo to znak dla innych drużyn, że trzeba się nas bać.

Lubelski „raven” rzeczywiście robi wrażenie twardego zawodnika, patrzy przymrużonym okiem i trzyma kij gotowy do odbicia nadlatującej piłki.

Zawodnicy trenujący na boisku przy szkole nr 51 przy Bursztynowej wyglądają jak z kadru amerykańskiego filmu. Białe spodnie, drużynowe czarne koszulki. W kącie boiska leżą zapasowe piłki, kije, rękawice. Są bazy, ubrany w ochraniacze łapacz i skupiony miotacz. Padają komendy trenera, często po angielsku, żeby były zrozumiałe dla Sloana ‒ grającego w Ravensach Tajwańczyka studiującego w Lublinie medycynę. Trening zaczyna się od rozgrzewki, potem ćwiczenie rzucania i łapania na kilka różnych sposobów, stałe elementy gry i Ravensi przystępują do rozgrywania meczu między sobą. Na bazie domowej staje łapacz, obok niego pałkarz – atakujący. Następuje ta chwila. Piłka rzucona przez miotacza leci w kierunku łapacza, ma prędkość kilkudziesięciu kilometrów na godzinę i być może jest tak podkręcona, że pałkarz nie zdoła jej odbić. Napięcie. Rywalizacja przenosi się z kolektywu na jednostkę. Jeden na jednego. Sekunda ciszy i charakterystyczny dźwięk odbicia. Udało się! Piłka leci w górę, odbicie wzbudza krzyk uznania, który grzęźnie w gardłach… Cała lubelska drużyna baseballu wraz z zaprzyjaźnionymi kibicami z zapartym tchem obserwuje lot piłki, która poszybowała ponad zabezpieczającą siatką w kierunku osiedlowego parkingu… Lada moment trzeba kończyć – w kolejce do korzystania z boiska czekają już dzieciaki, które chcą grać „w nogę”. To właśnie bolączka Ravensów – brak boiska, spełniającego odpowiednie warunki.

Zasady

IMG_9470Baseball to gra drużynowa, ale jak rzadko który sport daje możliwość ekspresji własnego ego i poczucia siły sprawczej jednostki. Dlatego mimo drużynowego charakteru, jest to sport dla indywidualistów i ludzi, którzy lubią stanąć twarzą w twarz z przeciwną drużyną i wziąć na siebie odpowiedzialność za zdobycie lub stratę punktu dla swoich. Tu trzeba cały czas myśleć i analizować. Niezwykle ważna jest komunikacja pomiędzy łapaczem i miotaczem, którzy umówionymi sygnałami dają sobie znać o tym, jak piłka będzie rzucona i jak ją łapać. Ale inni członkowie drużyny też muszą znać swoje zamiary, by na przykład nie łapać we dwóch tej samej piłki. Wyzwaniem jest zrozumienie, na czym polega granie w baseball. Już sam kształt baseballowego boiska jest zaskoczeniem. Centrum wydarzeń jest tzw. baza domowa. Tu stoi łapacz i pałkarz i tu rozgrywają się główne emocje. Po lewej, prawej i na wprost trzy kolejne bazy i teren boiska (infield) oraz tzw. zapole (outfield). Tam powinna lecieć dobrze odbita piłka. Najważniejsi dwaj zawodnicy to miotacz i łapacz. Tomek, w prywatnym życiu ojciec dzieciom i garniturowy szef wydawnictwa, kilkoma kreskami szkicuje sytuację na boisku: kiedy zaczyna się mecz, na boisku stoi 9 zawodników drużyny broniącej (czyli tylu, ile jest pozycji) oraz tylko pałkarz drużyny przeciwnej – atakującej. Następuje rzut miotacza do łapacza, a pałkarz stara się tę piłkę im „zabrać”, odbić. Gdy mu się to uda, rzuca pałkę i biegnie do I bazy. Żeby ją zdobyć, powinien dobiec tam, zanim obrońcy drużyny przeciwnej złapią odbitą przez niego piłkę i odrzucą do stojącego na tejże bazie ich zawodnika. Kiedy dobiegnie przed piłką, zostaje na zdobytej bazie, a pałkę przejmuje drugi zawodnik z jego drużyny, potem kolejni, a ten pierwszy zjawia się na czwartej (domowej) bazie i tym samym zdobywa punkt. Drużyna broniąca stara się nie dopuścić do zdobycia punktu. Próbuje różnymi sposobami wyeliminować z gry zmierzającego do bazy domowej biegacza. Takich sposobów jest kilka i jeśli się powiodą, to mamy out. Kiedy broniąca drużyna zmusi atakującą do popełnienia 3 outów, drużyny zamieniają się rolami i w ten sposób zamyka się runda, których w meczu jest 7 lub 9, w zależności od wieku graczy.

W lubelskiej drużynie jest pełna obsada, bo im większa ławka rezerwowych, tym większa rywalizacja i wyższy poziom gry. Drużyna z otwartymi ramionami czeka na nowych graczy. Bez wymagań. Najbardziej liczy się chęć gry.

One

IMG_9579Powiedzieć, że są ozdobą drużyny, to seksistowskie faux pas. Małgosia i Ola uważane są przez kolegów za pełnowartościowych graczy i kumpli z boiska. Trener cieszy się ich obecnością i liczy na to, że zachęcą inne dziewczyny do zmierzenia się z piłką i kijem. Kiedy witam się z Małgosią, spływa na mnie fala ciepła i spokoju, dla której niespodziewanym kontrastem jest mocny uścisk dłoni. Po chwili dołącza Ola, to z kolei żywe srebro, osoba, której zgodnie z powiedzeniem „pełno wszędzie”. Opowiada, że dzięki dwóm starszym braciom dzieciństwo spędziła, łażąc po drzewach i uprawiając wszystkie możliwe do uprawiania sporty. Grając w piłkę nożną na Nowomiejskiej, spotkali kilku pastorów, którzy grywali tam w softball i zaproponowali wspólne granie. Bakcyl pozostał. Od kiedy w 2012 roku dowiedziała się o powstaniu Ravens Lublin, stara się dzielić czas pomiędzy ligę siatkarską a baseball. Na razie wygrywa siatkówka.

Dziewczyny przyznają, że baseball to gra trudna, choć uczy koncentracji, wyrabia pewność siebie,wymusza umiejętność podejmowana szybkich decyzji, bo kiedy zawodnik dostaje piłkę, to nie może się wahać i zastanawiać, co z nią zrobić. Obie przyznają ze śmiechem, że pociągający jest też element agresji i to, że biorą się za bary z czymś stereotypowo „męskim”.

Granie z facetami jest motywujące, bo oni są silniejsi, no są! I dlatego tym bardziej chcę odbić tę piłkę jak najmocniej, najdalej, dorównać im! – opowiada Ola.

Małgosia zrobiła wielki krok, pojawiła się na treningu jako obserwatorka, żona zawodnika. Wyciągnięta z trybun prośbami i mozolnym namawianiem przez kolegę, poszła porzucać. Dziś trener chciałby więcej takich kobiet jak ona w drużynie.

W baseballu nie ma płaczu

IMG_9225Tomek opowiada o swoim powrocie do gry w baseball, o pierwszych krokach, które stawiał w legendarnej Silesii. Trudno uwierzyć, że ten miłośnik muzyki klasycznej może zmienić się w spoconego pałkarza. Dla niego nie ma jednak wątpliwości, że gra wymaga bezgranicznego zaangażowania. Każdy trening to okazja do przekroczenia swoich obaw, do wyrobienia odporności. Dla większości trenujących wyzwaniem jest poskromienie lęku przed pędzącą piłką, której energia może wyrządzić niemałą krzywdę. Ale adrenalina robi swoje. Do tego emocje wynikające z rywalizacji, które Tomek tak opisuje:

Staję na pałce, maksymalna koncentracja, słyszę własny oddech i bicie serca. Patrzę w oczy miotaczowi i chcę mu powiedzieć, że nie boję się jego piłki i za chwilę wybiję ją do wszystkich diabłów. A potem bieg, walka z obroną, zdobycie punktu i nie masz wątpliwości, że za te emocje dasz z siebie wszystko!

Małgosia przyznaje, że są dni, kiedy ma się dość. Czasem coś nie wychodzi, nie możesz trafić w piłkę, stałe elementy gry wydają się nie do ogarnięcia. Zdarza się, że boli przetrenowany bark, wybity palec. Ale wtedy tym bardziej trzeba wstać, iść na trening, znaleźć oparcie wśród „kruczej” braci i walczyć dalej. Bo, jak mówi, w baseballu nie ma płaczu!

IMG_9200Trener chce w zaczynającym się sezonie zagrać jak najwięcej meczów. Konfrontacja z umiejętnościami innych drużyn, prawdziwa gra, a nie symulowane mecze podczas treningów. Drużyna okrzepnie, zdobędzie tzw. bagaż doświadczeń. Ale najpierw wytężona rekrutacja – aby zdobyć jak najwięcej zawodników, ludzi o różnych predyspozycjach, zdolnościach, których łączyć będzie oddanie drużynie i zamiłowanie do baseballu. Być może, jeżeli frekwencja dopisze i grupa ludzi ukonstytuuje się w zgrany zespół, to w 2016 Ravens Lublin zgłoszą się do klasy rozgrywkowej i zaczną regularną grę w lidze. Nie pozostaje nic innego, jak życzyć im szerokich lotów.

Tekst Iza Wołoszyńska

Foto  Krzysztof Stanek

Komenatrze zostały zablokowane