WAŻNE
Studio/Pracownia (Maj 21, 2018 9:19 am)
Fotele, krzesła i taborety (Maj 17, 2018 2:44 pm)
Jolanta Kwaśniewska w DPS w Lublinie (Maj 16, 2018 1:12 pm)

Lublin inspiruje żużel

9 maja 2018
1 547 Wyświetleń

O historii lubelskiego sportu żużlowego, o jego osiągnięciach i przyszłości, ale i trudnych chwilach z Markiem Kępą, legendą lubelskiego żużla i członkiem reprezentacji Polski, oraz z jego synem Jakubem, dyrektorem sportowym Speed Car Motor Lublin, rozmawia Iza Boguta, foto Krzysztof Stanek.

 

– 27 kwietnia drużyna Speed Car Motor Lublin wygrała na lubelskim stadionie z drużyną ROW Rybnik. To były bardzo emocjonujące zawody.

Jakub Kępa: – Zgadza się, w naszych analizach przedsezonowych zakładaliśmy, że będzie to jedno z trudniejszych spotkań rundy zasadniczej. Nie zapominajmy, że drużyna z Rybnika to praktycznie drużyna ekstraligowa. Kolejna wygrana, cieszymy się niezmiernie, ale skupiamy się na dalszej części sezonu.

– Jak to jest być synem utytułowanego zawodnika żużlowego Marka Kępy?

– Z perspektywy czasu widzę wiele pozytywów…

– Kiedy inne dzieci bawiły się w piaskownicy, Pan wychował się, towarzysząc ojcu podczas pracy w warsztacie i na jego treningach.

– To prawda, ja i moi dwaj bracia, Grzegorz i Kacper, od dzieciństwa jeździliśmy na motocyklach. Niestety, w każdym przypadku liczne kontuzje zdecydowały o tym, że zrezygnowaliśmy z dalszego ścigania. Niemniej te lata to nie był stracony czas, bo sport wyrobił w nas charakter, podejście do życia. Natomiast przez wiele lat jeździłem z tatą na zawody, pomagałem mu, przygotowywałem motocykle, rozkręcałem do mycia, składałem. Pamiętam jeden z wyjazdów, miałem wtedy chyba 13 lat, na finał Złotego Kasku do Wrocławia. Tata po drugim biegu miał potworny wypadek, złamał obojczyk. W szpitalu unieruchomili mu prawą rękę i ogipsowali go do pasa. A przecież trzeba było wrócić do Lublina. Jechaliśmy nocą, tata kierował jedną ręką, a ja, siedząc na miejscu pasażera, zmieniałem biegi. I tak wróciliśmy do domu. Obaj jesteśmy dość uparci.

– To było 24 lata temu. Dziś jest Pan dyrektorem sportowym lubelskiego klubu żużlowego Speed Car Motor Lublin. I nadal korzysta Pan z doświadczenia ojca.

– Dużo rozmawiamy i zawsze mogę liczyć na jego pomoc w sprawach sportowych, takich jak przygotowanie toru czy podpowiedzi związane z ustawieniami motocykli w trakcie zawodów. Ostatnio, na moją prośbę, był na półfinale Srebrnego Kasku z Oskarem Boberem. Wspierał go, podpowiadał. O wielu naszych działaniach dowiaduje się jednak po fakcie, mam taki charakter, że wiele spraw muszę robić sam. Tata zapisał już historię w lubelskim żużlu, a ja dokładam małą cegiełkę do jej nowego rozdziału.

– Na początku każdej historii, zwłaszcza związanej ze sportem, oprócz idei są liderzy. Bez nich ich urzeczywistnienie nie jest możliwe.

– Najpierw w 2015 r. Piotr Więckowski, menager Klubu Motorowego Cross Lublin, wieloletni zawodnik i trener, uczestnik Rajdu Dakar, założył szkółkę żużlową. Potem padło pytanie do mnie, czy moglibyśmy razem podziałać. Zawsze ciągnęło mnie do sportów motorowych, patrząc na projekt odbudowy lubelskiego żużla, stwierdziłem, że jak nie teraz, to kiedy? Tak wspaniałym kibicom, jakich mamy w Lublinie, należy się żużel na najwyższym poziomie, mam tylko nadzieję, że starczy nam zapału i energii do tego, by doprowadzić naszą drużynę na sam szczyt.

– Zanim zaczęliście wspólnie działać, lubelski żużel miał za sobą trudne lata. Po sukcesach początku lat 90. nastąpił krach – w 1995 roku klub spadł do drugiej ligi, popadł w tarapaty finansowe. Kolejne lata to szarpanina o być albo nie być lubelskiego żużla w rozgrywkach ligowych.

– Osobiście nie lubię wypowiadać się na temat działań poprzednich działaczy, pamiętam doskonale wszystkie te lata lubelskiego żużla. Trzeba na pewno docenić każdego, kto poświęcił swój czas, aby żużel istniał w Lublinie. Z doświadczenia mogę powiedzieć, że nie jest to łatwe zadanie, dlatego też chciałbym podziękować wszystkim, którzy przez te lata byli zaangażowani w lubelski żużel.

– Komentator sportowy Tomasz Dryła porównał dochodzenie do sukcesu lubelskiego klubu Speed Car Motor Lublin do wspinaczki w Himalajach – do przemyślanego i precyzyjnie opracowanego planu zdobycia kolejnych ośmiotysięczników.

– Budowa zespołu została zapoczątkowana odbudową szkółki żużlowej, dzięki której mamy swoich wychowanków. Stworzyliśmy wspólnie zespół i postanowiliśmy, że w sezonie 2017 awansujemy do I ligi. Po bardzo wyboistej drodze udało nam się awansować, a apetyty kibiców wzrosły. W związku z czym, podchodząc do rozgrywek I-ligowych, chcieliśmy zbudować zespół na tyle silny, żeby utrzymać się na zapleczu ekstraligi, a do tego powalczyć o fazę play-off, a może uda nam się zdobyć kolejny ośmiotysięcznik? Osobiście podchodzę do tego z dużym spokojem, nie wywieramy zbytniego ciśnienia, naszym celem w sezonie 2018 jest awans do fazy play-off, a ta część rozgrywek rządzi się swoimi prawami. Zapewniam, że będziemy walczyć do samego końca!

– Patrząc z perspektywy doświadczonego zawodnika, jak porównuje Pan wczoraj i dziś polskiego żużla?

Marek Kępa: – Dziś walczy się nie tak, jak dawniej, na łokcie, dziś walczy się na paznokcie, każdy centymetr, niuans, składa się na końcowy wynik. Decyduje o tym też dbałość o sprzęt. Wiem, że mówiono o mnie „Kępa to bufon”, a wynikało to z tego, że przed zawodami odcinałem się psychicznie od wszystkiego. Istniałem ja, mechanik i motocykl. Sprawdzałem detale, smarowałem łańcuch, ogniwo po ogniwie. W latach, kiedy zaczynałem przygodę z żużlem, o wszystko było trudno. Zdobycie części czy praca nad poprawą osiągów, coś, co nazwalibyśmy tuningiem, wszystko wymagało myślenia, pracy, dużego zaangażowania. Dziś wszystko jest dostępne. Części do motocykla, ubrania, protektory można kupić jednym kliknięciem i za dwa dni mieć w domu. Dziś o sukcesie decyduje to, czy ma się w ogóle chęć i jasno postawione cele.

– Pana pierwsze kroki w żużlu?

– Mając szesnaście lat, nie pytając rodziców o zgodę, zapisałem się na jazdy testowe do szkółki żużlowej w Lublinie, prowadzonej przez pana Ryszarda Bieleckiego. Było nas około stu chętnych. Wykręciłem najlepszy czas. Tata przyjął to na spokojnie – prowadził mały warsztat mechaniczny, motoryzacja była mu bliska. Natomiast mama po rozmowie z panem Bieleckim wróciła z płaczem. Po tym, jak dostałem się do klubu, otrzymałem motocykl WSK, który służył mi zarówno do treningów, jak i dojeżdżania z Polanówki, skąd pochodziłem, do Lublina. A nauczyłem się jeździć, jak to chłopak na wsi, od kolegów, starszego brata. Kiedy poszedłem do zawodówki w Piotrowicach, brat podarował mi motorower Komar. Kiedyś zabrakło mi paliwa i całą drogę ze szkoły musiałem pedałować.

– Marek Kępa symbolizuje najlepsze lata lubelskiego klubu sportowego Motor.

– Trudno oceniać samego siebie, ale jest to niewątpliwie miłe, że nazwisko Kępa dobrze kojarzy się fanom żużla. Ten czas uważam za jeden z lepszych w mojej długiej karierze żużlowej.

– Ma pan trzech synów, było dla Pana oczywiste, że będą jeździć na motocyklach?

Marek Kępa: – Tak, byłem tego pewien, przecież to ta sama krew. Widzi nas tu Pani na zdjęciu z zawodów motocrossowych. Kacper od piątego roku życia jeździł na motocyklu, zapowiadał się pięknie. Grzesio po kontuzjach obojczyków, Kuba po kilku operacjach kolan, a miał wielki zapał do żużla. Niestety, każdy musiał zrezygnować ze względu na kontuzje.

Jakub Kępa: – Mnie bardzo ciągnęło do motocykli i chciałem jeździć na żużlu, ale ojciec na to nie pozwolił, uważając, że to niebezpieczny sport. Za to wciągnął nas w motocross. Na zawody jeździliśmy rodzinnie, to było wspólne spędzanie czasu. Panowała piknikowa atmosfera, spotykaliśmy się ze znajomymi, praktycznie co tydzień cały weekend spędzaliśmy razem. To były takie mocno integrujące wyjazdy. Tylko mamy było mi szkoda przez tyle lat. To, co ona przeżyła przez nas wszystkich, przez nasze kontuzje – jestem pełen podziwu i szacunku, że wytrzymała to wszystko. Ale musiała zdawać sobie sprawę, że te sytuacje są nieuniknione. Nie pamiętam, żeby próbowała nas powstrzymać.   

Marek Kępa:  – Z żoną znamy się od najmłodszych lat. Chodziliśmy do tego samego kościoła – ja z pięciorgiem rodzeństwa z Polanówki siedem kilometrów na piechotę, ona miała blisko, bo mieszkała w Krężnicy. Znała moje życie, motocykle, zawody, to nie było jej obce.

Jakub Kępa: – Punktem zwrotnym był wypadek Kacpra. Kiedy miał siedemnaście lat, kilkuletnie doświadczenie w motocrossie i ogromny potencjał, stwierdził, że chciałby spróbować żużla. Ja byłem kołem napędowym tego pomysłu. W ciągu miesiąca uzyskał licencję żużlową. Wystartował nawet w lidze, reprezentując barwy lubelskiego klubu. Niestety w zawodach młodzieżowych w Bydgoszczy doznał okropnej kontuzji szczęki, która zakończyła krótki epizod ze speedwayem.

– Był tam Pan?

Marek Kępa: – To działo się na moich oczach. Pomimo kasku kierownica wbiła się w górną szczękę. Miał trzy operacje, przeszczep kości z bioder w celu wstawienia kilku implantów. Dziś wszystko gra, ale trzeba było podjąć decyzję o wycofaniu. Szczególnie żona na to naciskała.

Jakub Kępa: – To było dla nas takie przeżycie, że wyleczyliśmy się ze sportów motorowych na parę lat. Ale czas goi rany. Od czasu do czasu wsiadamy na motocykle dla zabawy, jest to chyba silniejsze od nas.

– Jak zawodnicy reagują na wywrotki? Czy stają się ostrożniejsi? I czy ta ostrożność w ogóle jest możliwa?

Marek Kępa: – Przychodzi taki moment, że zamiast odkręcać gaz na maksa, zaczyna się odpuszczać. Ale żeby mieć wyniki, nie można się wahać.

Jakub Kępa: – Sam doznałem poważnych kontuzji kolan i wiem, jak ciężko wraca się do dalszej jazdy. Wszystko zależy jednak od zawodnika, jego charakteru. Ale z upływem czasu zapewne tej ostrożności jest więcej.

Marek Kępa: – Po upadku, jeśli noga nie przekręciła się w drugą stronę, siada się i chce się jechać kolejny bieg. Tak jak pisarza nic nie powstrzyma przed pisaniem, tak zawodnik musi się ścigać, to taki imperatyw.

– Lublin ma piękne tradycje żużlowe. Kiedy zaczynał Pan karierę, na mecze przychodziły rzesze kibiców. Potem przyszły trudne lata, na torze na Al. Zygmuntowskich zapadła cisza. W jakiej kondycji lubelski żużel jest dziś?

Marek Kępa: – Teraz to powraca, dzięki Piotrkowi Więckowskiemu, Kubie. Dzięki nim lubelski żużel wraca na mapę świata i to z ogromnym rozmachem. Jest zauważany nie tylko w Polsce, ale i w Europie, dzięki ich doświadczeniu w organizowaniu wydarzeń sportowych, doborze zawodników, umiejętnościom menadżerskim. Chciałbym, żeby powstał u nas obiekt adekwatny do osiągnięć lubelskiego Motoru z przeszłości i do potrzeb rozwijającego się klubu Speed Car Motor Lublin. Mam nadzieję, że decyzja o budowie takiego obiektu zapadnie. Byłby wizytówką miasta i regionu. Bardzo ważne jest, że mamy szkółkę żużlową czy motocrossową, że dzieciaki od najmłodszych lat mogą tych sportów spróbować. Od tego się zaczyna, tylko w ten sposób kształtować się mogą przyszłe kadry.

Jakub Kępa: – Jesteśmy lokalnymi patriotami, chcemy pokazać Lublin, lubelskie i tutejsze firmy z najlepszej strony. Nasz sponsor tytularny – sieć stacji kontroli pojazdów Speed Car – ma już około kilkudziesięciu placówek w całej Polsce. Od niedawna naszym sponsorem strategicznym jest Grupa Azoty Puławy. Wspiera nas Perła – Browary Lubelskie S.A. Dziękujemy też władzom Miasta Lublin i władzom Województwa Lubelskiego za olbrzymie wsparcie. A więc nie mamy się czego wstydzić jako ten wschodni region Polski. Patrzymy też na żużel, a znamy to przecież z własnego doświadczenia, jako na dyscyplinę łączącą pokolenia. Na mecze przychodzą rodziny z dziećmi. To jest piękne, kiedy na trybunach widać ludzi, których pamiętam sprzed lat, a którzy teraz przychodzą ze swoimi dziećmi, wnukami.

– Jakie są Pana marzenia i plany?

Marek Kępa: – Od niemal trzydziestu lat prowadzę z żoną firmę i mam zamiar prowadzić ją, dokąd sił starczy. Wolny czas poświęcam myślistwu. Nie umiem usiąść i oddać się bezczynności. W przyszłym roku przypadają moje sześćdziesiąte urodziny. W pierwszej kolejności życzyłbym sobie, żeby drużyna Speed Car Motor Lublin awansowała do Ekstraligi, to by był dobry prezent.

– Z naszej rozmowy wynika, że żużel to styl życia i że trudno go zamienić na cokolwiek innego.

Jakub Kępa: – Żużel to większość mojego życia. Towarzyszył mi w dzieciństwie, w okresie dorastania i kształtowania się jako człowieka. Ma więc wpływ na moje podejście do życia, dzięki niemu mam wielu wspaniałych znajomych i niezapomniane wspomnienia.

 

Marek Kępa

wiek 59 lat

wykształcenie – wyższe

stan rodzinny – żona Elżbieta, synowie: Jakub, Grzegorz, Kacper

czym zajmuję się zawodowo – przedsiębiorca, motoryzacja

upodobania – myślistwo, podróże

lektura – wiecznie brakuje czasu

ulubione danie – wszystkie przygotowane przez żonę

dyscyplina sportowa/rekreacja – sporty motorowe

 

Jakub Kępa

wiek 37 lat

wykształcenie – wyższe

stan rodzinny – żona Kasia, synowie: Filip, Oliwier

czym zajmuję się zawodowo – broker ubezpieczeniowy, sektor budowlany

upodobania – dalekie podróże

lektura – biografie ludzi, którzy dokonali wielkich rzeczy (aktualnie: Richard Branson)

ulubione danie – owoce morza w każdej postaci

dyscyplina sportowa/rekreacja – sporty motorowe, sporty wodne, a także wszystkie dyscypliny z udziałem reprezentacji Polski

 

Zostaw komentarz