WAŻNE
Kongres Nowej Mobilności (Wrzesień 16, 2019 12:40 pm)
Rocznica zbombardowania Frampola (Wrzesień 16, 2019 12:31 pm)
Lubelskie Święto Chleba (Wrzesień 16, 2019 12:16 pm)
PIENIĄDZE ZE SŁOŃCA (Wrzesień 16, 2019 9:29 am)

Czy Antwerpia tak jak diamenty jest wieczna?

3 stycznia 2019
340 Wyświetleń

tekst Andrzej Ranicki

foto Pixabay

Region północnej Belgii obfituje w większe lub mniejsze urokliwe miasta i miasteczka. Jednym nich jest Antwerpia, drugi co do wielkości port w tej części świata. Historia miasta zaczyna się w czasach rzymskich, choć właściwy rozwój datuje się od nadania praw miejskich w 1291 r. W krótkim czasie Antwerpia stała się najbogatszym miastem Europy. Już w 1531 r. powstała tu pierwsza na świecie giełda. Tutaj tworzyli malarze Bruegel, van Dyck i Rubens. To właśnie w Antwerpii w 1605 r. ukazał się pierwszy na świecie tygodnik.

Obecna Antwerpia jest prawdziwym miastem multi-kulti. Mozaika narodowości i wyznań, uczelnie i banki, fabryki i muzea. Jednak nieodłączną częścią miasta jest jego przeszłość, a wizyta w historycznych miejscach świadczących o potędze gospodarczej może nam zająć kilka dni.

Spacerem do domu Rubensa

Zwiedzanie historycznej Antwerpii zacznijmy od najstarszego budynku w mieście, czyli fortecy Steen z 1200 roku, gdzie na pewno dodatkową zaletą jest darmowe wejście. Stąd kilkuminutowy spacer na rynek, pośrodku którego znajduje się ulubione miejsce wszystkich miłośników „słit foci”, czyli fontanna z Silviusem Brabo. Jest to postać z legendy tłumaczącej nazwę miasta i prowincji, w której ono leży. Otóż w odległych czasach nad rzeką Skaldą mieszkał olbrzym pilnujący przeprawy przez jedyny w okolicy most, za co pobierał sporą opłatę. Pogromca olbrzyma rzymski żołnierz Silvius Brabo odciął mu dłoń i wrzucił do rzeki. Stąd nazwa miasta, bo rzucić rękę to po holendersku hand werpen. Z kolei od nazwiska żołnierza pochodzi nazwa prowincji Brabancja. Tyle legenda, a my tymczasem zatrzymujemy się przy fontannie, oglądamy renesansowy ratusz i kamieniczki oraz udajemy się do gotyckiej katedry z XIV wieku. Jest to jeden z najwyższych kościołów na świecie, jedna z wież ma 123 metry wysokości (bazylika w Licheniu ma więcej – 141,5).

Mający 8 tysięcy metrów powierzchni może pomieścić 25 tysięcy wiernych i prawie każdy ma zapewnione miejsce do siedzenia. Budynek naprawdę godny jest wizyty – 11 kaplic, 125 kolumn, niezliczone rzeźby i obrazy, m.in Petera Paula Rubensa. Ten najwybitniejszy malarz epoki baroku namalował prawie 2000 obrazów. Mieszkał i tworzył w Antwerpii. Nieopodal katedry znajduje się dom artysty, który sam zaprojektował. W środku oprócz jego dzieł można zobaczyć wyposażone w oryginalne przedmioty wnętrza.

Jeśli niezniszczalne, to diamenty

Oczywiście Antwerpia to nie tylko atrakcje historyczne. Kuszą też atrakcje przyrodnicze, zoo z liczbą 6000 podopiecznych i oceanarium. Ale jedną z największych ciekawostek są oczywiście diamenty, bo to tutaj trafia 85% z wszystkich wydobytych na świecie. Antwerpscy jubilerzy, kiedyś głównie Żydzi, dzisiaj coraz częściej Hindusi, zajmują się nimi już ponad 500 lat. Diamenty znane i cenione były już w starożytnym Egipcie i Grecji. Zresztą to z języka Homera pochodzi słowo adamas, czyli niezniszczalny. Moda na nie rozpoczęła się jednak znacznie później, bo po okresie wypraw krzyżowych. Ówczesna potęga kupiecka, jaką była Republika Wenecka, stała się ich głównym importerem. Do obrobienia przewożone były do ówczesnej Brugii. W XIV wieku Żydzi, którzy po wygnaniu z Hiszpanii i Portugalii zamieszkali w Antwerpii, zajęli się handlem diamentami. Jej mieszkaniec, niejaki Lodewijk van Berken, w 1456 roku wymyślił specjalną szlifierkę i metodę obróbki, używając do tego m.in. oliwy z oliwek i proszku diamentowego, za co postawiono mu pomnik. Wkrótce szlachetne kamienie obrabiano w prawie 200 warsztatach. XIX wiek przyniósł odkrycia bogatych złóż w Afryce Południowej, a to przełożyło się na wzrost znaczenia Antwerpii jako światowej stolicy diamentów.

Mule z frytkami

Po zwiedzeniu Muzeum Diamentów apetyt rośnie, spróbujmy więc narodowego dania Belgów – frytek, których tradycja sięga 1680 roku, kiedy zamarzła rzeka Mosa przepływająca przez miasto Dinant, pozbawiając w ten sposób ludność ich podstawowego pożywienia, jakim były smażone ryby. Pomysłowi Belgowie zastąpili je pokrojonymi w słupki na podobieństwo małych rybek ziemniakami. Statystyczny mieszkaniec tego państwa spożywa ich aż 10 kg rocznie. Są dwukrotnie smażone i podawane z majonezem lub różnymi sosami. Idealnym dodatkiem do frytek albo i na odwrót są oczywiście mule. Być w Antwerpii i nie spróbować moules et fritest to tak samo, jakby w Wadowicach nie spróbować słynnej papieskiej kremówki. Małże duszone w białym winie z selerem naciowym są obowiązkowo podawane właśnie z frytkami. Do typowych potraw kuchni flamandzkiej możemy zaliczyć też Waterzooi. Było to na początku proste, jednogarnkowe danie powstałe z tego, czego na targu nie sprzedali rybacy, czyli miksu ryb i warzyw połączonych z wodą i białym winem. Dobrze też smakuje stopem, czyli warzywne purée, oraz zupa krem z cykorii. Tak smaczny posiłek należałoby jednak czymś popić.

Zobaczyć i skosztować

W 115 browarach belgijskich waży się 600 gatunków piwa. Jeżeli dodamy wszystkie rodzaje, edycje specjalne itd. to osiągniemy prawie 5000 rodzajów. Spożycie na głowę tego złocistego trunku wynosi 100 litrów rocznie. Z tych ciekawszych śmiało mogę polecić piwo trapistów, zwłaszcza trippel, judas czy piwo kwak (w każdym szanującym się lokalu każdy rodzaj piwa ma specjalny kufel). Niezwykle oryginalny jest też jęczmienny Lambic, w którym pszenica stanowi prawie jedną trzecią i produkowane jest w naturalnej rocznej fermentacji, i dodatkowo przez pięć lat dojrzewa w drewnianych beczkach. Kiedy dodamy jeszcze kwaśne wiśnie, powstanie piwo kriek. Pamiętajmy, że istnieją też lokalne antwerpskie piwa, których musimy koniecznie spróbować, jak np. De Koninck.

A teraz czas na deser. Na początek typowa dla Belgii specjalność, czyli czekolada, której produkuje się tu prawie 170 tysięcy ton rocznie. Historia zaczęła się zajęciem Konga przez króla Leopolda w XIX w., skąd popłynęły ziarna kakaowca (reszta to tajemnica flamandzkich cukierników). Od tego czasu grzechem jest nie spróbować belgijskich czekoladek. A jeśli coś równie słodkiego, to koniecznie belgijskie gofry, których podstawą jest ciasto drożdżowe. Tzw. wersja brukselska jest najczęściej podawana z bitą śmietaną lub posypana cukrem pudrem. Ja osobiście wolę drugi wariant z karmelizowanym cukrem.

Lecimy!

Już od piątego kwietnia ruszają loty z Portu Lotniczego Lublin. Dwa razy w tygodniu w każdy poniedziałek i piątek, wylot o godzinie 20.15. Czyli lecimy na weekend, a biorąc jedynie dzień urlopu możemy spędzić w Antwerpii trzy dni, bowiem po dwóch godzinach i dziesięciu minutach lotu jesteśmy na miejscu i za dosłownie chwilę możemy znaleźć się w centrum. Oprócz wypożyczalni samochodów, możemy skorzystać z autobusu (jedzie 10 minut) lub tramwaju – Airport Antwerpen oddalony jest od miasta niecałe dwa km. Oficjalna strona portu to: www.antwerp-airport.be. Możemy też lecieć dalej, głównie do Hiszpanii: Alicante, Barcelona, Ibiza, Malaga, Murcia Palma de Mallorca, ale także do Insbruku, Londynu, Nadoru, Florencji, Splitu i Tulonu. Ja jednak polecam skorzystanie z okazji i zrobienie typowego city breaku.

 

 

 

Zostaw komentarz