fbpx

NIEOSWOJENIE

9 stycznia 2023
134 Wyświetleń

1 listopada tego roku podobno był najcieplejszy od ponad 30 lat. Bardzo być może, odczuwamy przecież coraz mocniej galopujące zmiany, które są konsekwencją naszego – jako ludzi – istnienia na ziemi.

Rano było gęsto od mgły (a może smogu?), jakoś nic nie wskazywało na to, że z tego mleka wyłoni się słońce i zniknie gdzieś ta prawdziwie listopadowa aura. Reksiom akurat mgła nie przeszkadzała, ochoczo tarzały się w gnijących liściach, szukając w nich ukrytych mysich nor i świeżych krecich kopców. Udało mi się w końcu doholować obydwie panienki do domu, co było nie lada wyczynem, a potem chyżo jak gazela pomknąć na Lipową.

Z dziadkiem umówiliśmy się na cmentarzu na 11, taka nasza stała, coroczna pora. Spóźniłam się trochę, próbując przebić się przez tłum, lawirując między ludźmi, żeby nie dostać łokciem od jakiegoś zapominalskiego, tachającego wielki bukiet lub wieniec ze sztucznych, krzykliwych w kolorystyce kwiatów. Albo kosz, najlepiej złoty, żeby dawał po gałach nawet w tej opadającej mgle. Na sam widok dziąsła bolały. Pomieszanie ostrego pomarańczu z trupim fioletem, okraszone krwistą czerwienią, niezbyt przypadło mi do gustu, w zasadzie wcale. Jakoś trudno mi powiązać chryzantemową melancholię z papuzim w ubarwieniu folklorem sztucznych kwiatów. Bardziej mi to przypomina Día de los Muertos z uchachaną kostuchą, tyle że to nie do końca moje klimaty, piękne, acz nadal zbyt egzotyczne. Wolę przydymione szklane ściany zniczy, zapach chryzantem, kwestę na odnowę zabytkowych pomników, tę jesienną ciszę i zadumę, ale, jak to Olka mawia, ja jestem konserwą.

Kiedy wreszcie udało mi się przedrzeć przez żywe zasieki na miejsce, ojciec, zwany na użytek domowy dziadkiem, krzątał się przy grobie dziadka Mietka. Coś tam poprawiał (wiadomo, symetria musi być…), zapalał znicze (na okolicznych grobach też, nie zostawia się sąsiadów bez zdrowaśki i światła), zbierał z płyty złote jak lipcowe słońce, wciąż opadające liście klonu (akurat to robota głupiego…). Z lekkim niepokojem skradałam się w nadziei, że nie zauważy mojego spóźnienia, bo dziadek jest osobą kategorycznie nieznoszącą niepunktualności. Ale dziadek dalej się krzątał, bo w ogóle nie zauważył, że oto jestem. Zajęty zdrapywaniem cen (bo jak to wygląda…), nawet nie powiedział słowa. Dziwne. A to zdrapywanie cen też niezbyt mu szło, bo te ruchy nie były takie jak dotąd, nie były sprężyste, energiczne, znane. Nie były dziadkowe. Ruchy stały się wolniejsze, jakby rozciągnięte w czasie i przestrzeni. Zawieszone. Stanęliśmy we dwoje z ojcem nad grobem jego ojca, dziadka Mietka, którego pamiętam już tylko z familijnych anegdot, opowiadanych ku uciesze szerokiego grona publiczności podczas rodzinnych zjazdów. Szczególnie smaczna jest opowiastka o tym, jak drażniłam kotkę (syjamską, jak cudną, tak wredną), co skończyło się moim rykiem, bo w finale oberwałam klapa za stawianie się dziadkowi Mietkowi. Urocze. Pamiętam kota, pamiętam ciężko już wtedy chorego dziadka. A potem tylko pamiętam dziadka w trumnie. I kochającą go kotkę, która przy tej trumnie czuwała.

A teraz patrzę na mojego ojca, na jego coraz mniej sprężyste ruchy, pochylenie i dociera do mnie okrucieństwo nieuchronności. Bo co w życiu jest bardziej pewnego niż śmierć?

Ta myśl o jego nieobecności jest tak uderzająca, tak nagła, tak przytłaczająca, że kulę się w sobie, pochylam jeszcze bardziej niż on. Tymczasem dziadek ze spokojem zaczyna koncert życzeń. „Pomnik, Magda, to podniesiesz. Bo ja będę tutaj z matką i ojcem leżał. Tu trzeba będzie…”. Nie słucham. Nie mogę. W gardle narasta mi wielka gula, która dławi coraz bardziej. A dziadek swoje: „Pamiętaj, żeby było tak, jak mówię, o, tutaj…”. Chryste. Potakuję jak automat, ledwo panując nad ogarniającą mnie paniką, płaczem, bo przecież co on gada, przecież, tato, tu jesteś ze mną, teraz, więc jaki pomnik, do diabła, jaki pogrzeb, jaka śmierć?!

Nieuchronne podnosi swój koszmarny łeb niczym hydra i puka do drzwi mojego hermetycznego, komfortowego świata. Dziadek się rozkręca w swojej litanii, jestem w stanie zgodzić się na wszystko, tylko niech już przestanie mówić, ja nie umiem tego udźwignąć! A dziadek ze spokojem dalej rozprawia o śmierci, o śmierci, która staje się dla niego coraz bardziej oswojonym przyjacielem… Dla mnie śmierć to nieoswojenie. Przecież, tato, ty musisz być, bo jak to będzie bez ciebie? Przecież ty jesteś zawsze. Przecież jeszcze jedziemy do babci na setne urodziny, przecież Ola dopiero skończyła studia, przecież jeszcze książki piszę, musisz przyjść, przecież, tato, mamy tyle planów… Przecież mnie, tato, nie zostawisz, prawda?

Zadzwonił dziadek i powiedział, że Lunia nie żyje, że musiał uśpić swojego ukochanego psa. Płaczemy oboje. Nieoswojenie.

Lublin, 2022

Magdalena Zabłocka

foto Marek Studziński

Zostaw komentarz