fbpx
WAŻNE
Zapomniani sąsiedzi. Projekt Neshoma (Listopad 25, 2020 3:57 pm)
Akcja wsiedlania kuropatw (Listopad 25, 2020 1:34 pm)
20 ton żywności dla służby zdrowia (Listopad 25, 2020 12:27 pm)
Konferencja prasowa 6. Splat!FilmFest (Listopad 24, 2020 7:24 pm)

Zdzisław Kudelski – Przyjaciel Pana Gustawa

10 kwietnia 2020
900 Wyświetleń

Po ukończeniu liceum elektromechanicznego w Jeleniej Górze profesor Zdzisław Kudelski swoją przyszłość wiązał bardziej z elektrotechniką, budowaniem odbiorników radiowych czy urządzeń telefonicznych niż z polonistyką i wydawaniem literatury. Jednak zamiłowanie do książek było w nim od zawsze, czekało tylko na odpowiedni czas, moment wybudzenia. Tym, co to przyspieszyło, była też przyjaźń zawodowa i prywatna z Gustawem Herlingiem-Grudzińskim. Autor „Innego świata”, wstrząsającego opisu pobytu w radzieckich łagrach, wszedł w jego życie z impetem.

Bezpośrednio po maturze nie dostał się na politechnikę i trafił do wojska. Najpierw wylądował w jeleniogórskiej szkole podoficerskiej, później przez półtora roku pracował „na radarach” w Lesznie Wielkopolskim, nie była to wprawdzie elektryka, ale mimo wszystko pokrewne zagadnienia techniczne. Tam jako opiekun biblioteki polowej miał nielimitowany dostęp do różnych pozycji literackich. I paradoksalnie, oprócz podszkolenia sprawności fizycznej, podszkolił się w czytaniu. Może na zasadzie samoobrony przed ogłupiającą służbą, a może, żeby nie dać się „zmulić”, bo w slangu wojskowym „zmulony” to jak muł – bezwolny. – Nigdy tyle nie czytałem, co w wojsku, choć wtedy żadna humanistyka mnie jeszcze nie ciągnęła. Podczas jednego z zebrań publicznie odmówiłem wstąpienia do Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej, naraziłem się tym dowódcy i nazwał mnie „skurwysyńskim inteligentem i pierdolonym studentem”. Tę ksywkę później powtarzali mi koledzy, miałem trochę pod górę, ale wytrwałem – wspomina z uśmiechem prof. Zdzisław Kudelski, wybitny lubelski polonista, znawca literatury emigracyjnej, redaktor i pisarz. Z wojska wyszedł dokładnie w dniu wyboru Jana Pawła II na papieża. I choć życie bywa nieprzewidywalne, to można powiedzieć, że kilka lat później ten Jan Paweł II powrócił w trochę innym wcieleniu…

Wszystkie drogi prowadzą na KUL 

Jednak politechnika nie była mu pisana i zamiast studiów rozpoczął pracę jako monter urządzeń elektromedycznych w szpitalu w Cieplicach pod Jelenią Górą. W tym czasie razem z kolegą z wojska Bogdanem Sobótką trafił do duszpasterstwa akademickiego i po raz pierwszy zetknął się z KUL-owcami, m.in. Majką Olejniczak, która po psychologii pracowała właśnie w Jeleniej Górze. – KUL-owcy trzymali się razem, niektórzy byli już po studiach. Andrzej Jankowski, czyli Kowal, student teologii, organizował wyjazd na sylwestra w Tatry i pojechałem razem z nimi. Na tym wyjeździe poznałem grupę z kulowskiego PTTK-u, m.in. polonistów. Bardzo mi się podobali ci ludzie, ta atmosfera, i pomyślałem, dlaczego nie spróbować swoich sił w humanistyce? – opowiada profesor. Zachęcony przez kolegów, przyjechał do Lublina, zdał egzamin na polonistykę i jako wolny słuchacz rozpoczął przygodę z KUL-em. Z Jeleniej Góry dostała się wówczas na KUL cała grupa – Aurelia Romaniec na psychologię, Iwona Fijałkowska, Andrzej Piętka i Bogdan Sobótka na teologię, Dzidek Przywrzej na polonistykę i Marcin Zawiła na historię. – Na stancję nie było mnie wtedy stać, więc przygarnęli mnie koledzy do akademika męskiego przy ówczesnej ul. Sławińskiego 8 (dzisiejsza Niecała) i na początku tak waletowałem. Mieszkałem na dziko ze starszymi już studentami teologii i historii – dodaje.

Wtedy jeszcze studiowanie było elitarne, a kultura studencka nierozłącznie wiązała się z kontestacją, alternatywą i autentycznością, próbą tworzenia przestrzeni twórczej i wolności. Lublin nazywano „zagłębiem teatralnym”, to tu odbywały się prestiżowe festiwale studenckie, takie jak Lubelska Wiosna Teatralna czy później Konfrontacje Młodego Teatru. Lubelskie środowisko alternatywne tworzyły m.in. Provisorium, Gardzienice, Grupa Chwilowa, Scena 6, Chatka Żaka, liczne galerie i studenckie kapele, teatry tańca czy Scena Plastyczna KUL, której założycielem i twórcą był Leszek Mądzik. Na KUL w tym czasie przyjeżdżali ludzie z całej Polski, przewijało się wiele interesujących osób, poszukujących wywrotowców, rozkwitała działalność wydawnictw podziemnych, odbywały się Kullages. Cały dziedziniec tętnił kulturą, przepełniony rozmaitymi grupami teatralnymi i muzycznymi. Podobnie było w akademikach. To tam świeżo upieczony student polonistyki wraz ze starszym kolegą Waldemarem Suliszem założyli i prowadzili przez dwa lata muzyczny Klub Dobrej Płyty. Winyle były wtedy rarytasem, więc ten, kto je zdobył, stawał się najbardziej pożądanym gościem na imprezach. W akademiku przy ul. Sławińskiego przy kominku w piwnicy puszczali muzykę elektroniczną, m.in. Petera Baumanna czy Tangerine Dream, ale też rocka symfonicznego i Pink Floydów, Boba Dylana, Leonarda Cohena, King Crimson czy Led Zeppelin. Czasami Leszek Mądzik robił plakaty zapowiadające imprezy, podczas niektórych spotkań bywało kilkadziesiąt osób. Tą drogą, za namową Waldemara Sulisza, Kudelski już na pierwszym roku dołączył do zespołu Sceny Plastycznej KUL w roli operatora świateł. – To doświadczenie było dla mnie niezwykłe. Wtajemniczenie w tak oryginalny teatr, jakim była Scena Plastyczna, a poza tym z Mądzikiem po raz pierwszy wyjechałem na Zachód. Ten nasz wyjazd na Festiwal Teatrów Eksperymentalnych w Brescii i tournée po Włoszech to było coś fantastycznego, podobnie późniejsze wyjazdy do Belgii i Francji oraz wyprawa do Wrocławia, gdzie w Muzeum Architektury mieliśmy kilkudniowy prawdziwy maraton, po cztery spektakle dziennie. Odbywałem te podróże trochę z duszą na ramieniu, bo jako wolny słuchacz nie miałem wtedy jeszcze legitymacji studenckiej. Wojsko mnie zaczęło ścigać na poligony i szkolenia, ale na szczęście jakoś udało się z tego wykręcić. Kiedy trafiłem na KUL, to u Mądzika byłem 1,5 roku, później odszedłem z teatru, bo coraz bardziej pochłaniało mnie studiowanie – opowiada profesor.

Pierwszy raz z „Dziennikiem pisanym nocą”

Kiedy rozpoczął studia polonistyczne, pojęcie literatury emigracyjnej było mu obce, nie wiedział, kim jest Miłosz czy Herling-Grudziński. Na szczęście na studiach trafił na naukowców, dla których twórczość wygnańców nie stanowiła tabu. Miał wykłady i zajęcia z prof. Ireną Sławińską, prof. Czesławem Zgorzelskim, prof. Stefanem Sawickim czy prof. Danutą Paluchowską, żoną Andrzeja Paluchowskiego, dyrektora Biblioteki Uniwersyteckiej KUL. Biblioteka jak na tamte czasy miała bardzo pokaźne zbiory emigracyjne i piśmiennictwa dotyczącego Europy Środkowo-Wschodniej. To właśnie na zajęciach u profesor Paluchowskiej po raz pierwszy Kudelski zetknął się z Herlingiem i fragmentami „Dziennika pisanego nocą” z lat 1979–1980. – Te rozmowy na zajęciach dały mi do myślenia, jak ciekawy i nietypowy jest to pisarz. Najbardziej zaintrygowało mnie podziemne wydanie „Kultury” z lat 78/79, trafiłem tam na przedruk „Dziennika pisanego nocą”, z pozoru nieprzystające do siebie zapisy – doświadczenia historyczne związane z komunizmem w Polsce, fascynacje włoskim malarstwem, refleksja o przedśmiertnym dzienniku Stachury, o człowieku, w którym zakiełkowało ziarno samobójstwa. Niby oderwane od siebie rozmaite tematy, ale jednocześnie wszystko podporządkowane wrażliwości autora. I to lepiszcze mnie najbardziej ujęło, wtedy nie potrafiłem tego jeszcze nazwać słowami. Zacząłem grzebać i zbierać materiały. A jak mi prof. Sawicki przywiózł dwa tomy „Dziennika pisanego nocą” z Paryża, to poczułem taką radość, jakbym Pana Boga za nogi złapał!

Papierowa rewolucja z powielaczem

Studiowanie zbiegło się z szesnastoma miesiącami trwania pierwszej „Solidarności” – „karnawałem wolności”, a więc czasem ograniczenia cenzury, pełnym niebywałych nadziei społecznych na to, że uda się wywalczyć inny, lepszy świat. Zawiązywały się nowe punkty kolportażu i bibliotek w miastach w całej Polsce, jak i w zakładach pracy, szkołach, na uniwersytetach. Drugi obieg rósł w siłę i nikt nie potrafił go zatrzymać, był pierwszą bronią opozycji, jak śpiewał Jan Krzysztof Kelus: „w czasach kiedy jeszcze słowo było słychać jak dynamit”. W wakacje wraz z Dorotą, swoją przyszłą żoną, polonistką i historykiem sztuki, Kudelski pojechał do Jeleniej Góry. I zgłosili się do tamtejszej „Solidarności” jako studenci poloniści, chętni do współpracy przy redakcji biuletynu związkowego. Pracowali ponad miesiąc, on przy powielaczu, ona przy pracach stricte redakcyjnych, później prawie całą pensję wydali na „bibułę”, plecak pełen wydawnictw podziemnych, wśród nich oczywiście – Herling. – Spotkaliśmy tam fantastycznych ludzi, np. robotników, którzy byli tak oczytani, że z pewnością mogliby zawstydzić niejednego polonistę swoją wiedzą humanistyczną, niesamowitą pasją i szerokimi horyzontami – podkreśla profesor.

1980 rok to także Nobel dla Czesława Miłosza i jego przyjazd rok później do Polski i do Lublina, pewien symboliczny przełom w dziejach zakazanej literatury emigracyjnej. Bo skoro Miłosz – doceniony na świecie, a w Polsce zakazany, to może istnieje ktoś jeszcze, którego twórczość jest oficjalnie niedostępna i objęta cenzurą? I tak Kudelski, poprzez Miłosza, zainteresował się intensywniej kręgiem pisarzy „Kultury” paryskiej.

A wydać Herlinga w Polsce? 

W 1985 roku obronił z wyróżnieniem rektora pracę magisterską o „Dzienniku…” Herlinga-Grudzińskiego, napisaną pod kierunkiem prof. Sawickiego, i praca ta została kilka lat później opublikowana w rozszerzonej wersji w formie książkowej pt. „Pielgrzym Świętokrzyski”. – Połknąłem bakcyla. Za pośrednictwem dyrektora Paluchowskiego wysłałem Herlingowi-Grudzińskiemu swoją pracę. Gdybym zrobił to oficjalnie, to zostałaby skonfiskowana, a ja miałbym kłopoty. Po studiach, gdy byłem na seminarium doktoranckim, profesor Sawicki zadał mi pytanie: Panie Zdzisławie, czy myśli pan o wydaniu Herlinga w Polsce? Z wrażenia opadła mi szczęka. Oczywiście, że wtedy nie myślałem. Herling był zakazany, do 1988 r. to nie był pisarz, a zdrajca, zręczny dywersant, ktoś, kto za pieniądze zrobi wszystko – taka była oficjalna linia. Wiedziałem, że w wydawnictwie Znak usiłują wydać „Skrzydła ołtarza” i przy każdym zgłoszeniu otrzymywali odmowę Wydziału Kultury Komitetu Centralnego PZPR z pretensjami, że chcą wydawać „zdrajców”. Napisałem więc do dominikanów w Poznaniu, wydawców miesięcznika „W drodze”, że jadę na stypendium do Rzymu, będę prawdopodobnie widział się z Herlingiem i czy są zainteresowani ewentualnym tomem jego utworów. Ojciec Marcin Babraj, polonista, fantastyczny redaktor, odpisał z entuzjazmem – dlaczego my sami na to nie wpadliśmy? – wspomina Kudelski.

Na stacji metra w Neapolu

Pierwsze zagraniczne stypendium dostał z rzymskiej fundacji Margrabiny Umiastowskiej, której prezesem był Stanisław August Morawski. To on zadzwonił do Herlinga-Grudzińskiego i zapowiedział młodego doktoranta z Lublina. Autor „Innego świata” początkowo odmówił, potem zgodził się poświęcić na spotkanie tylko półtorej godziny. Spotkali się na stacji metra w Neapolu. Herling przywitał go z numerem „Tygodnika Powszechnego” pod pachą, to był ich znak rozpoznawczy. Właściwie można powiedzieć, że polubili się od pierwszej wymiany zdań i zaprzyjaźnili. Półtoragodzinne spotkanie na dworcu zamieniło się w kilka dni. 

– Zawsze żartem mówię, że te półtorej godziny, które dla mnie zarezerwował, przerodziło się w kilkanaście bardzo intensywnych lat. Mimo że już mniej wydaję samego Grudzińskiego, to cały czas się nim zajmuję. Namaścił mnie na swojego wydawcę, nazwał „kuratorem” swoich książek w kraju. Herling nie był jak brat łata, co się ze wszystkimi brata, wręcz przeciwnie, trzymał dystans. Ale mnie polubił i zaakceptował. Okazał się fantastycznym kompanem, przewodnikiem po Neapolu, gawędziarzem, który uwielbia się śmiać, biesiadować, pić wino, opowiadać dowcipy. Takiego Herlinga nie znajdziemy w jego twórczości – i takiego chciałem później przedstawić w jednej z moich książek – tego innego Gustawa. 

Profesor Zdzisław Kudelski od 1988 roku był kuratorem krajowych wydań utworów Herlinga, wydawcą m.in. książkowego debiutu pisarza w Polsce – zbioru „Wieża i inne opowiadania” i jego 12-tomowych „Pism zebranych”. Łącznie opracował i zredagował 23 książki autora „Innego świata”, wydał też wiele własnych publikacji, m.in. obszerną antologię „Herling Grudziński i krytycy”, kilkadziesiąt tekstów wybranych autorów z emigracji i kraju oraz „Spotkania z »Kulturą« paryską”, ponadto współredagował „Leksykon kultury polskiej poza krajem od roku 1939” i tomy dot. literatury emigracyjnej, np. „Rozmaitości emigracyjne. Literatura i sztuka”. W tych wszystkich książkach zostały przedstawione różne twarze Herlinga. Z jednej strony przylgnęły do niego etykietki takie jak „Książę Niezłomny”, postać niemalże z Conrada, bohater wierny wartościom i zasadom bez względu na konsekwencje, ostry polemista z pazurem, a z drugiej – pisarz refleksyjny, medytujący, zafascynowany tajemnicą ludzkiego przemijania i cierpienia.

I można powiedzieć, że to właśnie profesor Kudelski jako jeden z niewielu odkrywał przed czytelnikami w Polsce metafizyczne oblicze Herlinga, zrodzone z poszukiwania istoty człowieczeństwa, zmartwień i samotności, bo każdy artysta najciekawszy jest w swoich sprzecznościach, dramatycznych pytaniach czy w zmaganiach z własną tożsamością. – Pan Gustaw wymagał ode mnie całkowitej dyspozycyjności. Kiedy pytałem np. o interpunkcję, pisownię czy sformułowania w tekstach, to nawet nie potrafił ukryć irytacji. Był trudnym współpracownikiem i nie zawsze rozumiał, że moje pytania nie świadczą o chęci udowodnienia mu, że zrobił jakiś błąd, tylko wynikają z wieloznaczności, kiedy jakieś zdanie nie było do końca dla mnie zrozumiałe. Ja swoją rolę widziałem zawsze jako takiego dociekliwego czytelnika – mówi profesor.

Herbatka z panem Józefkiem

Kiedy po upadku Muru Berlińskiego wyjechał na kolejne stypendium do Paryża, tak zgrał termin, żeby trafić na Herlinga-Grudzińskiego, który z kolei współpracował z paryską „Kulturą” i Instytutem Literackim i regularnie, co dwa miesiące podróżował z Włoch pod Paryż do Maisons-Laffitte, gdzie mieściła się siedziba redakcji. W tym czasie Kudelski codziennie widywał się z Herlingiem, rozmawiał z Giedroyciem, z Zofią Hertz i poznał Józefa Czapskiego. – Przesiadywałem w małym pokoiku i grzebałem w archiwum. Pewnego dnia pani Janina Gąskiewicz, opiekunka i kucharka Czapskiego, a właściwie taka artystka w kuchni, podeszła do mnie i zapytała: „Ma pan ochotę napić się herbatki z panem Józefkiem?”. Ja na to: oczywiście, że tak! Tym bardziej, że dla mnie Czapski to była legenda. Nie tylko autor relacji z Rosji „Wspomnień starobielskich” i „Na nieludzkiej ziemi”, ale też znakomity eseista piszący o sztuce i literaturze oraz bardzo ciekawy malarz. Postać pod wieloma względami niezwykła. 

Czapski był już wtedy po wypadku, niefortunnie potknął się na schodach o psa Giedroycia, cocker spaniela. Po powrocie ze szpitala nie był w najlepszej kondycji, zaczął gwałtownie tracić wzrok, potrzebował opieki, towarzystwa i kogoś, kto mógłby poczytać mu na głos. Gdy nie było nikogo do czytania, wtedy pojawiał się Kudelski… Najczęściej chciał, żeby czytać jego własne rzeczy, ale to nie była megalomania, ja w tym widziałem jakąś taką dramatyczną reakcję. Pytał wprost – czy to, co napisałem, ma sens, czy to jest wartościowe? Jakby szukał potwierdzenia u innych i miotał się między dwoma stanami. Wiedział, że jego starość jest szczęśliwą starością, bo wreszcie ukazują się jego książki, odbywają się wystawy, dostawał listy pełne admiracji, podziwu, a z drugiej strony miał świadomość tego, jak kurczą się jego siły. I mówił mi:„Boję się takiego momentu, że będę miał w pełni sprawny umysł, ale nie będę mógł zapanować nad swoim ciałem”. Namawiałem go, żeby czytać jego dawne teksty, np. o Matejce: „Dlaczego obraz ma przedstawiać Bitwę pod Grunwaldem, a nie główkę kapusty? Główka kapusty pod względem malarskim jest o wiele ciekawszym problemem do rozwiązania, niż Bitwa pod Grunwaldem”. Jak czytaliśmy jego eseje o sporach z Matejką, kiedy jako kapiści w latach 30. toczyli boje ze stereotypem martyrologicznym, to z radością komentował: „Ale przywaliłem, dzisiaj bym już tak nie powiedział”. Kiedy był w dobrym stanie i pamiętał więcej, to był świetnym rozmówcą, ale były i takie dni, że język mu się rwał i mówił: „Pamięć mam kompletnie zgładzoną”. Miał w sobie bardzo dużo dziecięcej ciekawości świata, wielu 20-latków nie ma takiej pasji, chęci do życia, jaką miał on w wieku 90 lat – Kudelski wspomina z uśmiechem Czapskiego.

Lubelski Neapol

Gdy przyjechał pan Gustaw do Polski, to chciał u nas mieszkać. Po latach tułaczki na stancjach mieliśmy z Dorotą wreszcie swoje mieszkanie, do małego remontu, przy ul. Miłej. Zatrzymał się u nas z panią Lidią. Wypić z Herlingiem kawę w piżamie w kuchni – to była prawdziwa gratka – opowiada z melancholią profesor o tym, jak gościł pisarza przyjaciela. To był 1991 rok. Do Lublina przyjechał również jego przyjaciel i wydawca z Włoch Francesco Cataluccio, który w latach 70. był tu na stypendium. Cataluccio nie ukrywał przerażenia, że przez 20 lat nic się nie zmieniło, np. na Starym Mieście. Z kolei dla Herlinga właśnie ten zastój, ta prowincjonalność, składały się na autentyczność i urok miejsca. – Nie zapomnę tego dnia, kiedy razem z Włodkiem Boleckim spacerowaliśmy z Herlingiem w części zupełnie niereprezentacyjnej Lublina, na ul. Wesołej, na tyłach browaru. Kiedy schodziliśmy po schodach, pan Gustaw w pewnym momencie się zatrzymał, przegrzebał laską kępy trawy i powiedział: „niesamowite, te podmiejskie łączki wszędzie są takie same”. Jestem przekonany, że miał w pamięci jakieś obrazy z Kielc czy Suchedniowa jeszcze sprzed wojny, stamtąd, gdzie spędził młodzieńcze lata. Takich rzeczy się nie zapomina.

Lublin zachwycił pisarza, co późnej wielokrotnie podkreślał, m.in. w opisach z podróży w „Dzienniku pisanym nocą”. Być może, gdyby miał wybierać, to wahałby się między Lublinem i Krakowem, bo w żadnym innym polskim mieście nie czuł się tak dobrze. Oczywiście to było na zasadzie hipotetycznej, bo przecież we Włoszech miał swój dom, warsztat, pracownię, ogromną bibliotekę i przede wszystkim najbliższych, rodzinę. „Lublin jest dla mnie zachwycającym miastem, żyje na swoją miarę, czego dziś nie można powiedzieć o wielu miastach. Spokojny, równy rytm, wschodnie podglebie, naznaczone religijną i narodową tolerancją. […] Im więcej poznaję ludzi […], tym wyraźniej czuję odruch przywiązania, skurcz gardła podobny do zakochania się w Krakowie […]”. Tak o Lublinie napisał Herling-Grudziński w 1994 roku, kiedy odwiedził to miasto z okazji zamknięcia sesji poświęconej „Kulturze” paryskiej. 

Czy Herling-Grudziński odmienił życie pana profesora Kudelskiego? Można tak powiedzieć, otworzył mi wiele drzwi. Pozwolił mi odkryć pasje, których wcześniej nie przeczuwałem – edytorstwo, wydawanie książek, opracowywanie materiałów i ich zbieranie, nieznany szerzej dorobek emigracji… Miałem szczęście, że na niego trafiłem tak wcześnie, na samym początku studiów.

Tekst Klaudia Olender,

Foto Robert Pranagal

Czytaj też: Herling-Grudziński – nowa odsłona

Zostaw komentarz