fbpx

Z cyklu “Proszę Pani, Proszę Pana…”

11 października 2021
153 Wyświetleń

Nie lubię Warszawy. Nie znoszę wręcz Warszawy, ale ostatni wyjazd – po rocznym niebycie, wypuszczona z pandemicznego buszu – potraktowałam z należnym pietyzmem, niemal jak wyprawę do Nowego Jorku. Bladym świtem, który przywitał mnie z przytupem i melodyjką (grzmiało, błyskało i jeszcze na okrasę lunęło tak od serca) władowałam się do taksówki chyżo i zwinnie jak gazela i pomknęłam z pieśnią na ustach na Dworzec Główny PKP.

Pokonałam po drodze milion pięćset przeszkód – rozkopy, przekopy, wykopy, odkopy, perony, dezinformację totalną, ogólny cyrk na kółkach – po czym namierzyłam wreszcie swój wagon, zziajana wycieczką wlazłam i zasiadłam. W maseczce jak prawo nakazuje. I zamarłam. Siedziałam sobie tak cichutko w kątku koło okienka, zaliczając dzwon nr 1. Maseczki?! Ale o co chodzi! W przedziale jechali ze mną państwo pracujący w PKP (pokazali konduktorowi legitymacje, to działa lepiej niż legitymacja partyjna), zrobił się lekki tłok. Na dzień dobry, a pandemia trwa w najlepsze, w sześcioosobowym przedziale było nas czworo. Teoretycznie miało być chyba wesoło, chociaż nie bardzo interesowały mnie anegdoty z firmowych imprez, kto bardziej, kto mniej, kto z kim i w jakiej konfiguracji. Oko, na wszelki wypadek, zaczęłam trenować już w okolicach Miłocina, nie zdążyłam nawet zobaczyć tabliczki z napisem „Nałęczów”. Obudziłam się gdzieś koło Anina. O zgrozo. O tempora. I o mores. Gość naprzeciwko śpi snem sprawiedliwego, pochrapując z cicha, a na lewym uchu smętnie dynda mu maseczka, smyrając go po policzku. Ale przynajmniej się pokusił o jej zainstalowanie, plus dla gościa. Łypnęłam dookoła. Upchani byliśmy już w szóstkę jak sardynki, jak za starych, dobrych czasów, które pamiętają tylko ci, co w latach osiemdziesiątych wieku ubiegłego podejmowali się przemieszczania po kraju naszym cudnym transportem kolejowym. Dzwon nr 2. Przepisy pandemiczne w PKP to mit i pomówienia. Albo plotki. W każdym razie fikcja to i farsa, drodzy Państwo. Pani obok pana z maseczką na uchu (lewym) swoją miała na brodzie. W teorii może gustownie, w praktyce dramat modowy, kolorek sinawy jest lekko nietwarzowy, poza tym świeżość maseczki raczej pozostawiała wiele do życzenia. Przy drzwiach, w pozie smętnej topielicy, zaległo dziewczę zupełnie bez systemu ochrony, toż samo chłopięta (sztuk dwie), którzy siedzieli po mojej stronie. Poczułam się jak zakonserwowany dinozaur, każdy ma w zadniej części ciała przepisy, pandemia nie istnieje, no po prostu bawmy się i kochajmy! Nic to.

Wygramoliłam się z pociągu na Centralnej. Żwawym krokiem wypadam na słońce, na ten żar, na ten huk. Warszawa. Pozałatwiałam, co miałam załatwić, byłam, gdzie miałam być, wróciłam na dworzec. Sprawdziwszy trzy razy (dla świętego spokoju, niejedna niespodzianka mnie zastała z ogarnianiem pokrętnej logistyki przez PKP), przy którym to peronie zatrzyma się pociąg, zahaczając jeszcze o księgarnię (polecam, przy zakupie czterech książek czwarta gratis!), dźwigając tobół z literaturą, zainstalowałam się na peronie. Nudy. Telebim wyświetla jakiś kosmos modowy za miliony monet, książkę jest trudno utrzymać w ręku, balansując z siatą, zerkam zatem dookoła. Wtem do śmietników ustawionych na peronie podszedł pan z wieeeeelkim jak słoń wózkiem i zajął się ogarnianiem śmieci. Wszystko pięknie, wszystko cacy. Jest podział na frakcje taką, siaką i owaką. Ekologia, te sprawy, walka o planetę. A cóż ów pan uczynił? Ku mojemu przerażeniu pan wyjmował worki z kontenerków i płynnym ruchem wywalał zawartość każdego do wózka, wszystko razem, ponad podziałami. Dzwon nr 3. W sumie powinnam jeszcze wspomnieć o dzwonie nr 4, czyli opóźnieniu pociągu, jednakże opóźnienia stały się już takim standardem, że nikogo nie dziwią.

Wyjechaliśmy za Warszawę. Lunęło. Nawłocie chyliły swoje złote grona, nabrzmiałe i ciężkie od deszczu, wrzosy mrugały fioletowym okiem gdzieś spośród drzew. Lato już mija i czuć cierpkość jesieni w ustach.

tekst Magdalena Zabłocka

foto wstępne elCarito | Unsplash


Magdalena Zabłocka jest dyrektorem ds. programowych Izby Rzemiosła i Przedsiębiorczości w Lublinie. W pracy, będącej jej największą pasją, zaangażowana jest w działania na rzecz promocji rzemiosła. W książce „Rzemiosło w przestrzeni kulturowej” ze znawstwem i temperamentnie opowiada historie, legendy i mity tej gałęzi działania, poczynając od antyku. Prywatnie uwielbia literaturę luzofońską i iberoamerykańską, a najbardziej lubi „trupy”, czyli kryminały. Kocha swoje dwa psy i dwa koty.

Zostaw komentarz