fbpx

ŻAR ARKTYKI

24 grudnia 2013
Komentarze wyłączone
787 Wyświetleń

Iza na czołguJakie są uroki urlopu nad Morzem Barentsa? Czego najbardziej się tam bać i czy w Laponii są renifery? Czy jazda po tamtejszych drogach to nowa forma rosyjskiej ruletki? Odpowiedzi na te pytania przyniosła tegoroczna wyprawa na Daleką Północ Rosji. Czasem zaskakujące.

 

Po zeszłorocznym wyjeździe na Kaukaz apetyt na Rosję był jeszcze większy. Skoro widzieliśmy południe Imperium, to teraz pora na północ. Tym razem w podróż wyruszyliśmy we troje z Marcinem Jastrzębskim, lubelskim fotografem, miłośnikiem północy i samotnych wypraw motocyklowych. Sprawnie przejechaliśmy kraje bałtyckie i wjechaliśmy do Rosji z estońskiej miejscowości Narva, ros. Iwangorod. Najprostszą drogą dotarliśmy do Petersburga. Ominęliśmy go od wschodu szeroką obwodnicą i zjechaliśmy na шоссе M18 ‒ szosę, magistralę czy po prostu asfaltówkę, która miała nas zawieźć do Murmańska.

Wstęgą szos

 

Z Petersburga do Murmańska jest około 1400 kilometrów. Nawigacja potrafi ogłosić „500 kilometrów prosto”. I jedziesz. Zwykle masz przed sobą nitkę asfaltu po horyzont. Wokół płaski widnokrąg. Zakręt tylko od czasu do czasu. Miejscowości, jeśli w ogóle występują, to z dala od drogi, widać więc tylko drogowskazy informujące o ich istnieniu. Na poboczu trochę karłowych drzew, trochę głazów. Co jakiś czas sztuczne kwiaty, wieńce – to miejsca, gdzie doszło do wypadków. Początkowo wydaje się to przesadą i do tego pozbawioną smaku, zwłaszcza że zaaranżowane na poboczach „pomniki” składają się często z kawałka pojazdu – wielkiej opony, fragmentu maski, lusterek. Ale może to ma sens, bo to jest jak uczczenie bohatera, który poległ w nierównej walce z odległością, lodem, zawieją, snem… Wbrew wszystkim koszmarnym opiniom i sytuacjom zarejestrowanym na filmikach dostępnych na Youtube, jazda jest nadzwyczaj sprawna, reakcje kierowców poprawne, przewidywalne.

Wyspy Sołowieckie. Po co komu ta pamięć?

 

Z martyrologicznym przejęciem wsiedliśmy na pokład statku. Gładka tafla Morza Białego oblana poświatą porannego słońca. Na horyzoncie, tak daleko, daleko domyślić się można zarysu wysp. Przypomniałam sobie relacje przytaczane przez pisarza Mariusza Wilka, że bywało, że statek z więźniami wyruszał na wyspy, ale tam nie docierał, tylko wracał po godzinie pusty. Silnik turkocze miarowo, pośmierdują spaliny. Pasażerowie ucinają sobie drzemkę, piją herbatę z termosów.

Monastyr Sołowiecki, założony w XV wieku na największej z wysp archipelagu ‒ Wielkiej Sołowieckiej, był już w czasach carskich wykorzystywany jako więzienie dla niepokornych wobec rosyjskiej polityki. Pamiętam z zeszłorocznego wyjazdu, że tu został zesłany i zmarł szejk Mansur, przywódca walk przeciwko Rosji na Kaukazie. Sołowieccy mnisi skrzętnie wykonywali obowiązki nadzorców skazanych. W latach dwudziestych XX wieku władze komunistyczne odebrały monastyr mnichom, a na jego terenie utworzono SŁON (Sołowieckij Łagier Osobowo Naznaczenia), który działał, będąc miejscem kaźni tysięcy zakluczonych, do 1939 roku.

Na nabrzeżu Wielkiej Sołowieckiej przypływających witają ludzie z kartkami „wolne pokoje” i stragany z pamiątkami. Pomiędzy drewnianymi budynkami migoczą mury kremla i okrągłe kopuły cerkwi. Monastyr Sołowiecki od lat dziewięćdziesiątych jest stopniowo odzyskiwany przez Cerkiew. Wraz z mnichami w puste mury wraca bizantyjski przepych ‒ ociekające złotem carskie wrota, lichtarze i inne cudeńka. Budynki poddawane są gruntownym remontom. Rosjanie są bardzo religijni, a gdzie najlepiej dać temu wyraz jak nie tu, w miejscu gdzie od pięciuset lat wspierani przez państwo, pogrążeni w modlitwie mnisi wiodą mistyczny żywot północnych pustelników. Stąd chmary pielgrzymów.

A nam w głowach łagry… Mieliśmy szczery zamiar dotknąć baraków, drutów kolczastych, spróbować wyobrazić sobie, czym była ta wyspa niecałe sto lat temu. Ale odległości spore, na wynajem terenówki zabrakło funduszy. I ten rozleniwiający upał. A poza tym, jak znaleźć dawne miejsca kaźni, jak trafić na resztki baraków? Trudno dopatrzyć się choćby tabliczki wspominającej los sołowieckich zeka. Tak jakby zaginęli w mrokach rosyjskiej niepamięci. Odpływamy z Sołowek z wrażeniem, że poprawne politycznie jest dziś zwracanie uwagi jedynie na religijny kontekst tego miejsca.

Koszmar

 

Wróciliśmy na naszą M18. Wieczór i noc spędziliśmy w lesie nad jednym z 66 tysięcy karelskich jezior. Tylko my i miliony owadów – meszki, komary i ogromne gzy. Repelenty, moskitiery i ubrania zakrywające całe ciało to najważniejsze rekwizyty. Wystawienie kawałka ciał oznacza natychmiastowy atak. Widelec z jedzeniem trzeba przemycić pod siatkę moskitiery, ząbki umyć również bez odsłaniania twarzy. Po kilku dniach odgłos brzęczenia staje się dla naszych receptorów synonimem alarmu i wyzwala reakcje podobne do paniki. Nie można liczyć, że te potwory kiedyś „pójdą spać”, bo wciąż jest widno i strasznie ciepło. W związku z tym to my musimy pójść spać, zamknąć się szczelnie w namiotach i czekać, aż nastanie ranek. Wtedy historia się powtórzy – posmarujemy skórę repelentami, nałożymy kurtki i długie spodnie, kapelusze z moskitierą i zlani potem załadujemy cały obóz na motocykle… Na północy, latem, nie ma nic straszniejszego niż owady.

 

Krąg polarny. U rosyjskich Lapończyków

 

Marcin, jak przystało na miłośnika północy, przekraczał już krąg polarny kilkakrotnie podczas podróży do Skandynawii, my na tak wysokich szerokościach geograficznych jeszcze nie byliśmy. Miejsce, w którym szosa M18 przecina równoleżnik 66°33’N, oznaczone jest metalowym pomnikiem pomalowanym na błękitny kolor. Na części pionowej jest napis „Krąg polarny”. Na okalającej go barierce wisi mnóstwo szmatek, wiązanych przez tych, co tu byli i pewnie chcą wrócić bądź chcieli pozostawić ślad po sobie. My szmatki nie zostawiliśmy, zrobiliśmy kilka zdjęć, pogadaliśmy z podróżującymi tak jak my Niemcami i pojechaliśmy dalej. Wszystko to działo się w temperaturze 32 stopni C.

Zmienił się krajobraz, na horyzoncie pojawiły się góry Chibiny, jedne z najstarszych gór na świecie. U ich stóp leży miasteczko Łowoziero, nazywane nieformalną stolicą Saamów, czyli Lapończyków. Spacerowanie po miasteczku nie przyniosło pozytywnych wrażeń estetycznych. Pomiędzy resztki tradycyjnych budowli, oczywiście drewnianych z malutkimi oknami, chroniącymi przed utratą ciepła, wcisnęły się bloki, baraczki i blaszane garaże. Restaurację znaleźliśmy w przeszklonym pawilonie, co jest szaleństwem w tutejszym klimacie. Kelnerka kategorycznym tonem oznajmiła „Skafandry do szatni”, dając tym samym jasno znać, że dalsza obsługa będzie możliwa dopiero po zdjęciu kurtek motocyklowych. Na ścisły związek kultury Lapończyków z hodowlą reniferów i wędrownym trybem życia wskazywała architektura współczesnego domu kultury ‒ kształtem przypominał czum – namiot Lapończyków, a betonowe ozdoby nad wejściem przedstawiały rogate głowy reniferów. Spodziewałam się, że wreszcie dojdzie do spotkania oko w oko z tymi uroczymi rogaczami.

Stojące przed restauracją motocykle zwabiły młodego Saama, którego głównym zajęciem jest organizowaniem surwiwalowych wyjazdów i polowań. W ostatnich latach ma coraz więcej chętnych na takie przygody. W trakcie rozmowy okazało się, że ma także żyłkę artystyczną. Zaciekawieni tym wątkiem pytaliśmy o efekty twórczości i w ten sposób trafiliśmy do garażu, w którym mieścił się warsztat artysty. Zaczęło się jak u Hitchcocka – mocnym efektem pod postacią ogromnej czaszki niedźwiedzia. Potem napięcie rosło, bo oczom naszym ukazywały się kolejno poroża reniferów, skóry z rosomaków, oskórowane, ale oblepione zaschniętym mięsem łapy niedźwiedzia. Były to wszystko „półprodukty” do twórczości, która polegała na tworzeniu wisiorków, amuletów, nożyków do papieru. Największą dumą naszego artysty były jednak niedźwiedzie czaszki wybielane w jakiejś chemii i ozdabiane poprzez wypalenie odpowiednich wzorów. Na czerepach pojawiały się zapożyczone z petroglifów autentyczne lapońskie symbole, a obok nich… gwiazdy Dawida i chrześcijańskie ryby w niezrozumiałej dla nas mistycznej wspólnocie. Mieszane uczucia po wizycie w atelier zrekompensowało spotkanie z innym łowozieraninem, który ciekawie opowiedział o swoich korzeniach, o dziadku, który pochodził z ludu Komi i tradycji hodowli reniferów. Zamiast tworzyć sztuczny folklor, dał nam piękną skórę z renifera, z zapewnieniem, że „dobrze dać coś dobrym ludziom”.

 

Murmańsk

 

Rozciągnięty nad fiordem, przecięty wygodnymi arteriami, pełen ludzi, sklepów, restauracji i aut robi wrażenie miasta żyjącego. Porty pracują pełną parą, przyjmują i wypuszczają ze swych doków statki z pasażerami i towarami. Gdzieś tam uśpione czają się łodzie podwodne, pilnie strzeżone przed okiem wścibskich turystów i „szpionów”. Nad wszystkim czuwa uzbrojony w pepeszę, ogromny pomnik radzieckiego żołnierza, zwany pieszczotliwie Alosza. Ma 36 metrów wysokości i stoi na wzniesieniu, więc ma oko na wszystko, a i jego trudno nie zauważyć.

Trudniej za to znaleźć pomnik postawiony ku czci marynarzy łodzi podwodnych, którzy zginęli w czasie pokoju. W przeciwieństwie do Aloszy jest naprawdę poruszający i stoi na skwerze, na uboczu. Zbudowany jest z autentycznego kiosku okrętu Kursk. Zawiera wstrząsającą informację o ofiarach awarii i zatonięć okrętów podwodnych w czasach zimnej wojny. Wybuch na Kursku kosztował życie 118 marynarzy, po dodaniu pozostałych wymienionych na tablicy wychodzi niemal 1000 osób. Ku ich pamięci leży kilka zwiędniętych goździków. Alosza obwieszony jest wieńcami w państwowych kolorach.

Po ostatnich nocach spędzonych pod namiotem trzeba liznąć trochę luksusu, czyli zatrzymać się w hotelu, wykąpać się i zjeść. Z tym ostatnim nie było problemu ‒ znaleźliśmy bar z jedzeniem… kaukaskim. Z hotelami gorzej – wybór duży, ale ceny bez rewelacji. Ostatecznie zmęczone głowy złożyliśmy w motocyklowym motelu „U Siergieja” w miasteczku Kola. To dobra decyzja – ciepłe przyjęcie, ceny niższe niż w Murmańsku, standard nie za wysoki, za to pełne zrozumienie potrzeb motocyklistów – parking przed samym wejściem, posadzki znoszące deptanie brudnymi i twardymi podeszwami, pralka, łazienki z gorącą wodą i duża kuchnia, w której można zasiąść nad szklaneczką i snuć opowieść o nakręconych kilometrach. Oczywiście każdy swoją. No i podpisać się na drzwiach przygotowanymi na tę okoliczność markerami „Byłem tu”.

Murmańsk to właściwie koniec podróży na północ. Ale najbardziej wytrwali i ci, którzy muszą dotrzeć jak najdalej, wiedzą, że na północny zachód od Murmańska, na Morzu Barentsa, przyklejony do lądu wąskim przesmykiem jest niewielki półwysep. I dopiero tam jest najdalej na północ wysunięty punkt w tej części Rosji!

 

Dalej tylko ocean

 

Krajobraz Półwyspu Rybaczego to kwintesencja północy. Zupełne odludzia, drogi wyłącznie gruntowe, obłe pagóry porośnięte rdzawymi i srebrnymi porostami, niziutkimi krzewami. Wszystko niskie, przycupnięte, schowane od wichru, skromne i przestraszone. Załadowane motocykle jak juczne konie z trudem pokonywały niektóre kamieniste odcinki, żłopiąc przy tym straszne ilości benzyny. Po pewnym czasie na horyzoncie pojawił się bezkres morza. Minęliśmy ostry zakręt i okazało się, że od linii morza dzieli nas kilkadziesiąt metrów, ale na brzegu siedzi trzech podejrzanych typków, a jeden leży bez czucia. Po prostu kilkudniowy męski biwak. Wbrew zdrowemu rozsądkowi poczułam ulgę, bo wraz z tymi ludźmi pojawiła się nadzieja na łyk wody, która nam się już dawno skończyła. Jak to zwykle w takich okolicznościach bywa, zostaliśmy strasznie gorąco przywitani. Dostałam upragnioną wodę, ale oprócz tego obowiązkowy kieliszeczek na powitanie. Wódka w środku dnia, ciepła i bez możliwości zapicia – niby koszmar, ale w tych okolicznościach dopełniła poczucie ekstremum. Po kurtuazyjnej wymianie nazwisk nasz zawiany interlokutor zaniemówił, poprosił o powtórzenie i powiedział, że tak nazywa się jego krewna z Włodzimierza Wołyńskiego, która ma polskie korzenie, i od tej pory byliśmy już dla niego nie tylko niespodziewanymi gośćmi, ale cudem odnalezionymi krewnymi…

Dalekie wyjazdy nigdy nie są takie, jak zakładaliśmy na początku. Zwłaszcza w Rosji, na terenach zapomnianych przez Boga i ludzi, nie można liczyć na to, że wszystko potoczy się tak, jak byśmy się spodziewali. Kto by pomyślał, że w Laponii nie zobaczymy ani jednego żywego renifera skubiącego porosty w tundrze, za to trzy tysiące kilometrów na północ od Lublina i Włodzimierza Wołyńskiego napijemy się z dalekim krewnym wódki, która okazała się spirytusem rozrobionym wodą z rzeki, zakąszając flądrą z Morza Barentsa.

 

Iza Wołoszyńska,

foto  Wojtek Wołoszyński

Komenatrze zostały zablokowane